Home
Witamy, Gościu
Nazwa użytkownika Hasło: Zapamiętaj mnie

Filip (Filip Nereusz)

  • Offline
  • Registered
  • Ranga: Moderator
  • Data rejestracji: 12/10/2010
  • Ostatnia wizyta: 05/01/2011
  • Strefa czasowa: GMT +1:00
  • Czas lokalny: 00:55
  • Wiadomości: 23
  • Odsłon profilu: 1769
  • Oklaski: 4
  • Miejsce: Nieznany
  • Płeć: Mężczyzna
  • Data urodzenia: Nieznana

Podpis

Posty

Posty

emo
sadze ze wlasnie ten welon ma byc symbolem tego plotna w ktore owiniety byl Jezus
Niestety ale tylko na tyle jestem w stanie odpowiedziec na twe pytanie.
Grób Chrystusa
emo
Modlitwa nie zawsze chyba da pożądane skutki gdy osoba czuje sie z tym dobrze kiedy czyni zle i jest egoistyczna, zazyczaj taka osoba jest przekonana ze wszystko robi dobrze
Skad bierze sie agre ...
emo
Czy jest to porostu zezwolenie ludzi na zło bo tak będzie łatwiej?
Czy nie jest to objaw zniewolenia i opętania?
Dlaczego ludzie zachowują się tak egoistycznie wobec drugiej osoby, mam na myśli tutaj np. wykorzystanie znajomości jedynie w celu uzyskania informacji dot. drugiej osoby czy załatwienia sobie pracy i innych.

Temat zakładam w celu podzielenia się wiedzą i również uzyskaniu informacji
Skad bierze sie agre ...
emo
Poprostu chcialem sie upewnic dziekuje
Wspolzycie Przedmalz ...
emo
Ale ja bron Boze nie yslale w tej kategorii,,bede wspolzyl przed slubem i sie wyspowiadam..." nie... Chodzilo bardziej o to czy ten grzech(wspolzycie przed slubem) nadal bedzie uznawany jako ciezki po slubie.
Wspolzycie Przedmalz ...
emo
majac na mysli slowo wspolzyce mialem na mysli innymi slowy poprostu seks w najprostszej tego slowa znaczeniu.
Czy poprostu takowe wspolczycie(seks) z osoba z ktora zamierza sie zawrzec zwiazek malzenski i zawrze sie juz go po calym "wspolzyciu" to czy nadal bedzie to podciagane pod grzech ciezki i jakie sa jeszcze inne negatywne skutki tego otoz "wspolzycia"
Wspolzycie Przedmalz ...
emo
Pozwole sobie tu przytoczyc pewna wypowiedz oparta o biblie by wyjasnic dostatecznie temat dla majacych problem ze zrozumieniem dotyczaceo seksu przed zwiazkiem Malzenskim

"> W biblii i wg. biblii jest podane że dwoje staje się jednym przez współżycie. "Opuści mężczyzna ojca i matkę, połączy się z kobietą i będą tworzyć jedno ciało" czy jakoś podobnie brzmiał fragment biblii, słowa z ust Jezusa.
Wtedy nie było księży, ślubów(katolicyzm powstał od 300 lat po śmierci Chrystusa). Facet brał kobietę za pozwoleniem i błogosławieństwem jej ojca. Małżeństwo było zawierane poprzez świadomą i dobrowolną umowę faceta i kobiety. Ale to nadal była tylko umowa, gdyż prawdziwe "złączenie", zjednoczenie i realizacja zawartego związku następowała przy pierwszym współżyciu np. w noc poślubną. I to właśnie powodowało złączenie które tylko śmierć jednego z małżonków mogła to rozłączyć.
Co więcej - pozamałżeńskie współżycie też powodował identyczny skutek, z tą różnica że to było dodatkowo w grzechu ciężkim(lecz to jeszcze nie było códzołóztwo). Tak czy owak to dziewictwo bądź brak właśnie wskazywał na to, czy ta kobieta jest wolną panną czy już jest czyjaś żoną, gdyż samo zawarcie małżeństwa można było zerwać, lecz pierwszego współżycia czyli skonsumowania już nie.
Taka kobieta nie będąca dziewicą, jest a i powinna być traktowana jako cudza żona. A każdy związek z taką to jest to grzech cudzołództwa. Przynajmniej dopóki jej kochanek któremu się oddała, żyje.
Mało tego - Paweł Apostoł ostrzegał w liście o tym że takie "złączenie" następuje też w czasie współżycia z nierządnicą(tudzież z prostytutką).
Cytat z listu Pawła:
"Albo czy nie wiecie, że, kto się ŁĄCZY Z WSZETECZNICĄ, jest z nią JEDNYM CIAŁEM? Albowiem, mówi Pismo, >ci dwoje będą jednym ciałem<", (1 Kor. 6:16)."
I dlatego wg. biblii wierzący chrześcijanin powinien za żonę brać dziewicę a pozostałe kobiety traktować jak żonę bliźniego. Wdowy oraz osoby które się nawróciły ale mające już przeszłość, mogły wstąpić w związek małżeński ale takie małżeństwo(zwłaszcza w drugim przypadku) sprowadzało się tylko do zaspokajania popędu i prokreacji.
Jeśli facet weźmie za żonę nie-dziewicę to będzie cierpiał z powodu jej przeszłości, zwłaszcza jeśli jest prawiczkiem
..."

Czy w zwiazku z tym wspolzycie przed zawarciem malzenstwa z partnerem/ka bedzie grzechem ciezkim jezeli te osoby beda po zawarciu takiego zwiazku po wspolzyciu przedmalzenskim?
Wspolzycie Przedmalz ...
emo
Morderstwo młodej Elyse Pahler
było jedną z głośniejszych spraw połowy lat 90. I niby kolejne, zwykłe morderstwo. Ale nie do końca...
Elyse Pahler była mieszkanką Nipomo położonego niedaleko Los Anegeles. 23 lipca 1995 roku rodzice 15-letniej Elyse, zgłosili na policji jej zaginięcie. Mijały kolejne miesiące, ale dziewczyny nie znaleziono. Po jakimś czasie zapominano o całej sprawie. Przypomniano sobie wiosną 1996 roku, kiedy to na policję zgłosił się Royce Casey. Przyznał się do zamordowania dziewczynki, i wskazał miejsce ukrycia zwłok. Aresztowano także Jacoba Delashmutta oraz Josepha Fiorellę. Na podstawie ich zeznań, zrekonstruowano ostatnie godziny życia dziewczyny. Umówili się pewnego razu do eukaliptusowego gaju, wypalili parę skrętów, kiedy Delashmutt rzucił się na ofiarę dusząc ja swoim paskiem, Fiorella dźgał ją nożem myślywskim a Casey trzymał jej ręce by nie mogła się bronić. Zeznano, że śmierć nie nastąpiła przez uduszenie ani rano nożem. Zmarła z upływu krwi. Sprawcy chwalili się, że wielokrotnie wracali na miejsce morderstwa by zgwałcić zwłoki ofiary. Kierowały nimi satanistyczne rządzę, pisali w pamiętnikach o zesłaniu dla nich nowych dusz od szatana itp. Ich ofiara nie była przypadkowa wybrali "niebieskooką blondynkę o reputacji dziewicy" co miało być największym grzechem wobec Boga. Wszyscy dostali oczywiście dożywocie. I to co mnie najbardziej interesuje w tej sprawie- jeden ze sprawców przyznał, że zainspirowała go do tego muzyka zespołu Slayer. Rodzice Elyse pozwali muzyków Slayera oraz ich wytwórnie. Jako dowody w sprawie dołączyli teksty utorów- Dead Skin Mask, Postmortem oraz Necrophiliac. W pierwszej sprawie sędzia odrzucił zarzuty z powodu zbyt małej ilości dowodów. Do drugiej rodzice Elyse przygotowali się o wiele lepiej, ale tym razem już automatycznie sprawa została zakończona pomyślnie dla muzyków Slayera.
Morderstwo młodej El ...
emo
Św.Eufemia




(ok. 290, Chalkedon - 303/7, Chalkedon)
męczennica

patronka: Rovinj

wspomnienie: 16 września

Urodziła się ok. 290 r. w Chalkedonie, miejscowości położonej po azjatyckiej stronie Bosforu na przeciw Bizancjum, w rzymskiej prowincji Bitynia (Azja Mniejsza). Miała być córką senatora Philophronosa i jego żony Teodozji.

Już w młodości ślubowała żyć w dziewictwie.

Decyzja ta – to powołanie! – poddane miało zostać testowi ostatecznemu. Żyć bowiem przyszło Eufemii w czasach najstraszniejszych w starożytności prześladowań chrześcijan za cesarza Dioklecjana…

Ok. 303/7 r. Rzymski prokonsul Azji Mniejszej, Priscus, w odpowiedzi na dekrety cesarskie, wydał własne rozporządzenie, żądające od mieszkańców miasteczka złożenia ofiary pogańskiemu bóstwu Aresowi (rzymskiemu Marsowi). Eufemia i inni chrześcijanie nie poddali się dyktatowi. Oddali się z miasta i ukryli. Gubernator rozpoczął więc poszukiwania. Ukrywającą się Eufemię i 49-cioro innych wiernych wykryto w jednym z domów w okolicy – oprawcy znaleźli ich pogrążonych w modlitwie, na kolanach…

Zażądano złożenia ofiary bożkowi. Wszyscy odmówili. Eufemia miała mówić: „Nie traćcie czasu na próżne namowy. Jesteśmy ludźmi rozsądku, dla których porzucenie Prawdziwego Boga, Stwórcy Nieba i Ziemi na rzecz bezrozumnego, pustego idola jest rzeczą niezrozumiałą. Nie boimy się waszych oskarżeń, tortur, którymi nas straszycie. Jesteśmy świadkami naszego Pana, który okaże Swą moc…”

Torturom ich rzeczywiście poddano. Trwały ok. dwudziestu dni. Szczególnie okrutnie torturowaną najmłodszą z męczenników, Eufemię. Odddzielono ją od pozostałych i męczono odrębnie, między innymi przywiązując do koła obracanego nad dywanem z ostrych, nacinających ciało, noży – koło miało się zaciąć. Próbowano wrzucić do pieca ale dwóch oprawców po jego otwarciu dostrzegło w nich anioła i odmówiło wykonania rozkazu. Nawrócili się w momencie próby. Wschodnia tradycja zachowała ich imiona – Wiktor i Sostenes – za swój czyn ponieść mieli męczeńską śmierć. Wrzucono więc Eufemię do dołu naszpikowanego ostrzami pokrytymi ziemią i darnią. Tradycja mówi o anielskich interwencjach i wyjściu bez szwanku z tych prób…

Nie złamano nikogo: ani jej ani pozostałych…

Spektakl cierpień zakończył się w rzymskim amfiteatrze, gdzie urządzono igrzyska i nasłano na męczenników dzikie zwierzęta. Legendarne przekazy podają, że lwy miały Eufemię oszczędzić. Śmierć poniosła od niewielkiego ugryzienia w nogę głodnej niedźwiedzicy…

Jej ciało nie zostało więc rozszarpane i rodzice w całości złożyli je do grobu w Chalkedonie.

Po edykcie tolerancyjnym Konstantyna Wielkiego (313 r.) i przeniesieniu stolicy do Bizancjum (przezwanego Konstantynopolem) w Chalkedonie, na miejsu jej grobu, wybudowano katedrę ku czci św. Eufemii. Ciało świętej złożono w nim w złotym sarkofagu.

W 451 r. w Chaldenie odbył się najliczniejszy w starożytności (630 reprezentantów) IV Sobór Powszechny. Odrzucono nauczanie archimandryty Eutychiana i herezję monofizytyzmu (od „mono-physis” oznaczające „jedna natura”: Jezus miał być tylko Bogiem, ale nie człowiekiem): zatwierdzono tzw. chalcedońskie wyznanie wiary, uznające pełnię człowieczeństwa i pełnię boskości Jezusa Chrystusa, w Jednej Osobie - Drugiej Osobie Trójcy Świętej.

Zgoda w sprawie natury Boga-Człowieka Jezusa Chrystusa nie przyszła łatwo. Sobór był podzielony. Obie strony sporu trwały na swoich stanowiskach. W tej sytuacji patriarcha Konstantynopola Anatolius zasugerował więc poddanie się woli Bożej i decyzji Ducha św. przez pośrednictwo św. Eufemii. Wybór pośredniczki wydawał się oczywisty: obrady odbywały się bowiem w katedrze jej poświęconej…

Dwie tezy – monofizycką i ortodoksyjną - w formie wyznania wiary Credo spisano na papirusach, zapieczętowano i złożono w sarkofagu św. Eufemii, na relikwiach świętej. Sarkofag został zamknięty i zaplombowany. Obecny cesarz Marcjan wystawił straże mające pilnować sarkofagu. Delegaci udali się na modlitwy. Podjęli post.

Po trzech dniach sarkofag otworzono.

Papirus z wyznaniem monofizyckim leżał u stóp Eufemii. Wyznanie ortodoksyjne znajdowało się w uniesionej prawej ręce Eufemii…

Cud Eufemii poświadczony został w formalnym liście papieża, Leona I, do uczestników Soboru:

„Nasz Pan, przez pośrednictwo św. Eufemii, która Wyznanie Wiary – przedłożone jej przez Imperatora i jego czcigodną Małżonkę - przedstawiła swemu Oblubieńcowi, wskazał – uciszając przeciwników – na nasze Credo, i tak, wskazaniem i słowem, nałożył nań Swoją pieczęć…”

Ok. 620 r. relikwie św. Eufemii przeniesiono z Chalkedonu, podbitego przez Persów króla Chosraua, do Konstantynopola. W czasach obrazoburstwa (ikonoklazm) relikwiarz zawierający jej szczątki miał być wrzucony do morza. Wyłowić go mieli dwaj bracia, Sergius i Sergonos, którzy oddali je prawowiernemu biskupowi. Relikwiarz ukryto w krypcie kościoła.

Po jakimś czasie przeniesiono go na wyspę Lemnos, by wreszcie, w 796 r., przywieźć z powrotem do Konstantynopola.

W średniowieczu relikwie Eufemii zabrali z Konstantynopola krzyżowcy. Głowę świętej templariusze przechowywali w Nikozji na Cyprze. Dziś większość relikwii znajduje się bazylice św. Eufemii w Rovinj (dawne Rovigno), w Chorwacji, w rzymskim sarkofagu z VI w. Legendy niosą, że relikwie trafiły tu ok. 800 r. - sarkofag wyłowić miał z morza mały chłopiec - gdy poglądy obrazoburcze ponownie brały górę w Bizancjum. Część relikwii jednakże znajdować się ma w cerkwii św. Jerzego Ekumenicznego Patriarchatu w Istanbule.
Św. Eufemia
emo
Św. Charbel Makhlouf
(1828 - 1898)



Libański mnich, pustelnik, cudotwórca i uzdrowiciel.

Beatyfikowany 5. grudnia 1965 r. przez papieża Pawła VI.

Kanonizowany 9. października 1977 r. przez papieża Pawła VI.


Modlitwa do św. Charbela
Święty Ojcze Charbelu, który wyrzekłeś się przyjemności światowych i żyłeś w pokorze i ukryciu w samotności eremu,
a teraz przebywasz w chwale nieba, wstawiaj się za nami. Rozjaśnij nasze umysły i serca,
utwierdź wiarę i wzmocnij wolę. Rozpal w nas miłość Boga i bliźniego.

Pomagaj w wyborze dobra i unikania zła. Broń nas przed wrogami widzialnymi i niewidzialnymi i wspomagaj w naszej codzienności.
Za Twoim wstawiennictwem wielu ludzi otrzymało od Boga dar uzdrowienia duszy i ciała, rozwiązania problemów
w sytuacjach po ludzku beznadziejnych.

Wejrzyj na nas z miłością, a jeżeli będzie to zgodne z wolą Bożą, uproś nam u Boga łaskę, o którą pokornie prosimy,
a przede wszystkim pomagaj nam iść codziennie drogą świętości do życia wiecznego. Amen.



Życie.

Św. Charbel Makhlouf urodził się 8 maja 1828 r. w Bekaa-Kafra, w północnym Libanie, jako piąte dziecko biednej ale bardzo religijnej rodziny libańskich chrześcijan obrządku maronickiego. Na chrzcie otrzymał imię Józef (Youssef). Jeszcze jako chłopiec przyszły święty wyróżniał się wielką pobożnością i zamiłowaniem do modlitwy,
a sprzyjała temu rodzinna atmosfera wypełniona miłością i modlitwą oraz ciężka praca. Swoje powołanie do życia zakonnego św. Charbel zaczął realizować w wieku 23 lat wstępując, wbrew woli rodziny, do maronickiego klasztoru w Mayfouk, gdzie odbył nowicjat. Po dwóch latach został przeniesiony do klasztoru św. Marona w Annaya, gdzie
w 1853 r. złożył śluby zakonne i przyjął zakonne imię Charbel - imię antiocheńskiego męczennika
z I w. Przełożeni skierowali następnie ojca Charbela do klasztoru w Kfifan gdzie na tamtejszej uczelni przez kilka kolejnych lat studiował filozofię i teologię. Spotkał tam wielu wybitnych przedstawicieli Kościoła Maronickiego, którzy zarówno swą wiedzą jak i pobożnością i ascetycznym życiem wywarli na niego wielki wpływ. Jego nauczycielem i ojcem duchowym był Nimatullah Kassab Al-Hardini, świątobliwy zakonnik maronicki, asceta, filozof i myśliciel, beatyfikowany w 1998 r. przez Jana Pawła II.

Po odbyciu studiów i otrzymaniu święceń kapłańskich ojciec Charbel wrócił do klasztoru św. Marouna w Annaya gdzie przebywał do 1875 r. Głównym celem jego zakonnego życia było własne uświęcenie poprzez zjednoczenie się z Bogiem. Temu służył niezwykły, nawet jak na zakonnika, tryb życia wypełniony modlitwą, umartwieniami, praktykami pokutnymi, postami i medytacjami.

Masakra ludności dokonana w 1860 r. przez okupujących Liban Turków otomańskich, której ofiarą padło wiele tysięcy libańskich chrześcijan, wywarła wielki wpływ na ojca Charbela. Jak mógł pomagał szukającym schronienia w klasztorze uciekinierom, a swą modlitwą, pokutą i umartwieniami błagał Boga o miłosierdzie dla prześladowanych chrześcijan i ich muzułmańskich prześladowców. Wierny nauce Chrystusa wierzył, że aby zmieniać świat na lepsze należy samemu dążyć do świętości, należy złu przeciwstawić dobro a nienawiści miłość.

Po 16 latach pobytu w klasztorze św. Marouna ojciec Charbel uzyskał zezwolenie władz zakonnych na zamieszkanie w położonej w górach, niedaleko klasztoru, pustelni świętych Piotra i Pawła. Tam, przebywając w odosobnieniu, milcząc, modląc się i umartwiając, zamierzał jeszcze bardziej zbliżyć się do Chrystusa. Czas wypełniała mu modlitwa, kontemplacja, umartwianie oraz praca fizyczna. Pod habitem nosił włosienicę, spał na twardej ziemi tylko kilka godzin na dobę, raz dziennie jadł skromny, bezmięsny posiłek z tego co zostało innym zakonnikom. Szczególnym nabożeństwem ojciec Charbel darzył Eucharystię. Codziennie odprawiał Mszę Św. spędzając cały ranek na przygotowaniu się do niej, a po jej odprawieniu przez kilka godzin trwał w dziękczynieniu. Wiele czasu,
o różnych porach dnia i nocy, poświęcał na adorację Najświętszego Sakramentu oraz na odmawianie różańca przed obrazem Matki Boskiej. W pustelni spędził ostatnie 23 lata swego życia.

16. grudnia 1898 r. podczas odprawiania Mszy Św. ojciec Charbel dostał udaru mózgu. Stało się to podczas Podniesienia, gdy, zgodnie z maronicką liturgią, trzymając w ręku hostię odmawiał modlitwę prosząc Boga
o przyjęcie jego ofiary. Zmarł osiem dni później, w Wigilię Bożego Narodzenia 24. grudnia 1898 r. i został pochowany na przyklasztornym cmentarzu.


Cudowne wydarzenia i uzdrowienia.


Jeszcze za życia ojciec Charbel uważany był za osobę świętą. Jego niezwykła pobożność, bezgraniczne oddanie się Bogu, skromność, dobroć i promieniująca miłość sprawiły, że ludzie szukali u niego wsparcia, prosząc o pomoc
i orędownictwo. Wiele cudownych zdarzeń i uzdrowień miało miejsce jeszcze za jego życia. Pewnego razu uwolnił przerażonych mnichów od zagrażającego im jadowitego węża prosząc go aby zechciał sobie odejść nie wyrządzając im krzywdy. Gdy nad okolicznymi polami pojawiła się plaga szarańczy ojciec Charbel udał się tam i kropiąc wodą święconą i modląc się sprawił, że szarańcza odleciała a plony zostały uratowane. Raz wezwany został aby się pomodlić przy umierającym na tyfus młodzieńcu, któremu lekarze nie dawali już żadnych szans. Gdy udzielił mu sakramentu chorych i pokropił wodą święconą chory natychmiast odzyskał zdrowie. Później ów młodzieniec ukończył nawet studia medyczne i stał się jednym z najsławniejszych lekarzy w Libanie. Ojciec Charbel uzdrowił też chorego psychicznie i niebezpiecznego dla otoczenia mężczyznę, którego z wielkim trudem udało się doprowadzić do kościoła. Gdy zakonnik polecił mu uklęknąć szaleniec uspokoił się, a po nałożeniu rąk i odmówieniu modlitwy przez ojca Charbela całkowicie wyzdrowiał. Takich relacji zachowało się wiele, jednakże najwięcej niezwykłych, cudownych zdarzeń miało miejsce już po śmierci świątobliwego zakonnika.

Zgodnie z zakonną tradycją niezabalsamowane ciało zmarłego ubrane w habit zostało złożone we wspólnym grobie bez trumny. Po pogrzebie ojca Charbela miało miejsce niezwykłe zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata widoczna w całej okolicy, utrzymująca się przez 45 dni. Na wieść o niezwykłym zjawisku do klasztoru w Annaya zaczęły przybywać tłumy wiernych, niektórym udawało się nawet otworzyć grób i zabrać jako relikwię fragment szaty ojca Charbela lub włos z jego brody. Władze zakonne postanowiły dokonać ekshumacji i przenieść ciało do klasztoru. Gdy po czterech miesiącach w obecności specjalnej urzędowej komisji otwarto grób okazało się, że mimo złych warunków i wypełniającej grób wody z mułem, ciało jest w doskonałym stanie, bez śladów rozkładu. Zachowało ono elastyczność i temperaturę ciała osoby żyjącej a także wydzielało przyjemny zapach oraz specyficzną wydzielinę - płyn nieznanego pochodzenia. Po umyciu i przebraniu zwłoki zostały złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Co dwa tygodnie trzeba jednak było zmieniać im szaty ze względu na nieustannie wydzielający się płyn. W 1927 r. ciało ojca Charbela zostało umieszczone w metalowej trumnie i przeniesione do grobowca w podziemiach klasztoru. W 1950 r. zauważono, że z grobowca wydobywa się dziwna ciecz. Powołano specjalną komisję i w obecności lekarzy oraz przedstawicieli Kościoła otwarto grób. Ku wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że mimo upływu ponad 50 lat ciało ojca Charbela nadal pozostało w doskonałym stanie, było giętkie i elastyczne, wciąż wydzielając tajemniczy płyn, który wypełniał wnętrze grobu, a szata była poplamiona krwią. Po obmyciu i przebraniu ciało świętego zostało wystawione na widok publiczny, po czym umieszczono je w nowej trumnie i ponownie zamurowano w grobowcu. Ponowne ekshumacje miały miejsce w 1952. i 1955 r. za każdym razem stwierdzając brak śladów rozkładu ciała oraz obfite wydzielanie tajemniczego płynu. Podejmowane próby zahamowania wydzielania płynu, między innymi przez usunięcie niektórych narządów, nie dały żadnych efektów. Zjawiska tego, niewytłumaczalnego z naukowego punktu widzenia, nie potrafili wyjaśnić najwybitniejsi naukowcy.

Wszystkie te niezwykłe wydarzenia sprawiły, że zaczął się rozwijać kult świątobliwego zakonnika. Do klasztoru w Annaya zaczęły przybywać tłumy pielgrzymów, różnych wyznań i narodowości, modląc się i prosząc ojca Charbela o pomoc i wsparcie. Nasączone wydzielającym się z jego ciała płynem skrawki materiału rozdawano jako relikwie - uśmierzały ból, przywracały zdrowie. Stwierdzono też wiele niezwykłych, niewytłumaczalnych z punktu widzenia medycyny, uzdrowień. Od 1950 r., kiedy to w klasztorze w Annaya zaczęto prowadzić rejestr uzdrowień, stwierdzono ich ponad 6 tysięcy. Trzy z nich stały się podstawą procesów beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego.
Siostra Mary Abel Kamary od 14 lat cierpiała na rozległy wrzód żołądka. Mimo dwóch operacji jej stan pogorszył się do tego stopnia, że nie mogła już jeść, nastąpiło odwapnienie kości i częściowy paraliż. Chora nie miała już sił, przebywała cały czas w łóżku. W lipcu 1950 r. została zawieziona do grobu ojca Charbela. Gdy dotknęła jego grobu i potarła chore miejsca chusteczką zwilżoną wydzielającym się z grobowca płynem poczuła jakby elektryczny wstrząs, wstała samodzielnie z noszy i zaczęła normalnie chodzić. Dokładne badania lekarskie wykazały całkowite wyzdrowienie "nie do wyjaśnienia ludzkim rozumem".
Eskandar Obeid oślepł na prawe oko, które uległo uszkodzeniu w wyniku wypadku. Ze względu na jego stan lekarze postanowili je usunąć. W nocy choremu objawił się ojciec Charbel, który polecił mu udać się z pielgrzymką do klasztoru w Annaya. W październiku 1950 r. Obeid dotarł tam, przyjął Komunię św. i długo się modlił przy grobie świątobliwego pustelnika. W nocy pojawił mu się ojciec Charbel, który zapewnił go że oko wyzdrowieje. Rano po obudzeniu Obeid stwierdził, że ślepota minęła i doskonale widzi prawym okiem. Lekarze potwierdzili całkowite wyleczenie oka nie znajdując jednak żadnego wyjaśnienia tego niezwykłego faktu.
Mariam Assaf Awad miała raka żołądka z przerzutami do innych narządów. Mimo dwóch operacji jej stan zdrowia ulegał ciągłemu pogorszeniu i lekarze nie dawali już jej żadnych szans na wyzdrowienie. Pewnego wieczoru w 1967 r., gorąco modliła się przed zaśnięciem do ojca Charbela o uzdrowienie. Następnego ranka ku swej wielkiej radości stwierdziła, że jest całkowicie zdrowa a wszystkie dolegliwości ustąpiły. Dokładne badania przeprowadzone przez zszokowanych lekarzy potwierdziły całkowite wyleczenie "nieuleczalnie" chorej Mariam.

Na całym świecie ludzie modlą się do świętego pustelnika prosząc o orędownictwo, wsparcie i pomoc w trudnych sytuacjach, piszą listy, wysyłają maile. Do sanktuarium św. Charbela w Annaya wciąż przybywają pielgrzymi z całego świata. Jedni aby prosić o pomoc, inni aby podziękować za doznane łaski. Wciąż mają miejsce niezwykłe zdarzenia i cudowne uzdrowienia.
Jednym z najgłośniejszych było cudowne uzdrowienie Nouhad Al-Chami. W 1993 r. uległa ona częściowemu paraliżowi, stwierdzono u niej także niedrożność tętnicy szyjnej. Jedyną szansą dla cierpiącej była operacja, która jednak nie gwarantowała powodzenia. Nouhad modliła się do Matki Boskiej i św. Charbela. W nocy przyśnił jej się święty Charbel, który w towarzystwie drugiego zakonnika zoperował jej szyję i zapewnił, że jest już zdrowa. Rano Nouhad stwierdziła, że paraliż minął i może się już sprawnie poruszać a na szyi zobaczyła dwie duże blizny ze szwami, w których znajdowały się jeszcze nici chirurgiczne. Żaden lekarz nie był w stanie wytłumaczyć tego zdarzenia, które odbiło się głośnym echem w Libanie i za granicą. Od tej pory, zgodnie z poleceniem św. Charbela, każdego 22 dnia miesiąca na pamiątkę swego uzdrowienia Nouhad przybywa do sanktuarium w Annaya, by wraz z tłumami pielgrzymów modlić się i dziękować za cud.

Niezwykła historia portretu św. Charbela.

Ojciec Charbel, skromny żyjący w ustroniu swej pustelni zakonnik, nigdy nie był fotografowany czy też uwieczniany w inny sposób. Chodził w nasuniętym na twarz kapturze, ze spuszczoną pokornie głową, wpatrzony w ziemię, a wzrok wznosił ku górze jedynie podczas modlitwy i adoracji Najświętszego Sakramentu. Nie istniała więc żadna jego podobizna. Jednakże 8. maja 1950 r. miało miejsce niezwykłe wydarzenie, które poruszyło wszystkich. Do klasztoru w Annaya przybyła grupa pielgrzymów, maronickich zakonników, którzy postanowili zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie przed grobem ojca Charbela. Jakież było zaskoczenie i poruszenie, gdy po wywołaniu okazało się, że na zdjęciu wśród fotografowanych pielgrzymów znajduje się jeszcze jedna, dodatkowa osoba - tajemnicza postać mnicha (na pierwszym planie). Najstarsi zakonnicy z klasztoru w Annaya rozpoznali w niej ojca Charbela. Od tego czasu wszystkie portrety i inne przedstawienia świętego Charbela malowane są na podstawie tego właśnie zdjęcia.
Św. Charbel(Szarbel) ...
emo
Bł. Macieja Nazzarei (1235-1320)





Do dnia dzisiejszego ciało tej błogosławionej klaryski zachowało się w stanie nienaruszonym.

Macieja Nazzarei przyszła na świat w rodzinie szlacheckiej w 1235 roku, w Matelica koło Ankony, we Włoszech. Rodzice pragnęli, aby poślubiła pewnego młodzieńca z bogatego rodu. Jednak plany Macieji były inne. Uczyniła to, co kilkadziesiąt lat wcześniej zrobiły dwie siostry z Asyżu - św. Klara i św. Agnieszka. Macieja uciekła z domu i schroniła się w murach klasztoru klarysek.

Mimo początkowego oporu ze strony rodziców oraz przełożonej klasztoru, która była jej ciotką, Macieja w wieku 18 lat została przyjęta do zakonu klarysek, uprzednio rozdawszy swój majątek. Przez 40 lat pełniła obowiązki przełożonej klasztoru. Sprawnie zarządzała klasztorem, była dobrą organizatorką życia wspólnotowego.

Nazywano ją "matką miłosierdzia", ponieważ wspierała materialnie ubogich i potrzebujących. Była kierownikiem duchowym, w czasie modlitwy miała wizje mistyczne. Żywiła głębokie nabożeństwo do Męki Pańskiej.

Zmarła 27 grudnia 1320 roku. Jej kult zatwierdził papież Klemens XII, w roku 1765. W liturgii bł. Macieja wspominana jest 27 grudnia. Do dnia dzisiejszego jej ciało zachowało się w stanie nienaruszonym.
Macieja De Nazzarei
emo
Pomocna dłoń Anioła Stróża


Kiedy Dominik był małym chłopcem, matka uczyła go: - Pamiętaj, Dominiku, że zawsze obok ciebie jest twój Anioł Stróż. Nie obrażaj go nigdy żadnym grzechem i wezwij go, jeżeli będziesz potrzebował pomocy. Pewnego dnia młodsza siostra Dominika, Rajmunda, wpadła do stawu. Dominik bez zastanowienia wskoczył do wody i wyciągnął dziewczynkę na brzeg. Zbiegli się ludzie. Ktoś zapytał: - Jak tego dokonałeś, skoro jesteś taki mały? Dominik odpowiedział: - Jedną ręką trzymałem Rajmundę, a drugą podałem mojemu Aniołowi Stróżowi.


Moimi przyjaciółmi będą Jezus i Maryja

Pewnego mroźnego poranka wikary szedł odprawić poranną Mszę świętą. Na schodach kościoła dostrzegł skulonego małego chłopca, który modlił się z głową opartą o drzwi. Był to Dominik Savio. Zapytany, co tu robi, odpowiedział: - Czekam, aż rozpocznie się Msza święta. Ksiądz wikary zaprosił chłopca do środka i razem przygotowali ołtarz do Eucharystii. Tego roku Dominik nauczył się służyć do Mszy świętej. Miał wtedy dopiero pięć lat. Aby postawić na ołtarzu ciężki mszał, musiał wspinać się na palcach, wyciągając swoją drobną postać. Czynił to z wielkim nabożeństwem i przejęciem, gdyż wiedział, że w tej książce zapisane jest słowo Boże.

Wybacz mi, Mamo...


W wigilię dnia, w którym miał po raz pierwszy przyjąć do serca Pana Jezusa w Komunii świętej Dominik powiedział do swojej mamy: - Mamo, proszę, wybacz mi wszystkie przykrości, które ci dotąd wyrządziłem. Obiecuję w przyszłości być bardziej grzeczny; będę uważać w szkole, będę posłuszny, łagodny, będę słuchał twoich poleceń. Mówiąc to, wzruszył się i zaczął płakać. Matka, która nigdy nie doznała od niego żadnych przykrości, powstrzymując łzy odpowiedziała: - Idź spokojnie, Dominiku, wszystko zostało ci wybaczone. Módl się do Boga, aby zachował cię zawsze dobrym, proś Go także w mojej intencji i twojego ojca.
W dniu swej pierwszej Komunii świętej Dominik wstał wcześnie, założył swoje najlepsze ubranie i udał się do kościoła, który był jeszcze zamknięty. Uklęknął przy wejściu do domu Bożego i modlił się do chwili, aż przybyły inne dzieci. Dominik wszedł do kościoła pierwszy, a wyszedł z niego ostatni.


Cztery postanowienia Dominika


W wieku siedmiu lat, w dniu pierwszej Komunii świętej, Dominik zrobił cztery postanowienia:
# 1. Będę się często spowiadał i będę przystępował do Komunii św. za każdym razem, gdy spowiednik mi na to pozwoli.
# 2. Pragnę święcić dni świąteczne.
# 3. Moimi przyjaciółmi będą Jezus i Maryja.
# 4. Wolę raczej umrzeć niż zgrzeszyć.
Przyrzeczeniom tym dochował wierności do końca życia. W sposób szczególny ukochał Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Ze wszystkich sił starał się przyprowadzić do Niego jak najwięcej kolegów ze szkoły. Z domu rodzinnego, gdzie codziennie odmawiano "Anioł Pański" i Różaniec, wyniósł także głęboką miłości do Matki Najświętszej.


Najpobożniejszy uczeń św. Jana Bosko


Tak doskonale duchowo uformowanego chłopca Opatrzność Boża zetknęła z ks. Janem Bosko, człowiekiem świętym i wielkim wychowawcą młodzieży. Dominik miał wówczas 12 lat. Do ks. Bosko wysłał go jego nauczyciel, który chciał, by ten zdolny i wartościowy chłopiec zdobył jak najlepsze wykształcenie. Ks. Bosko od razu poznał w Dominiku duszę całkowicie skierowaną na Boga. Był zaskoczony, jak wiele dobrego zdziałała w tak młodym przecież człowieku łaska Boża.

"Bóg księdza przysłał!"


Pewnej grudniowej nocy do pokoju, w którym pracował ks. Bosko zapukał Dominik. Chłopiec miał bardzo poważny wyraz twarzy. Poprosił księdza, by niezwłocznie udał się za nim. Początkowo ks. Bosko zwlekał, lecz Dominik stanowczo nalegał. W końcu kapłan wstał, wziął kapelusz i poszedł za Dominikiem. W milczeniu przemierzali ciemne ulice miasta. Dominik otworzył bramę jednego z domów i wszedł po schodach na górę. Na trzecim piętrze zapukał do drzwi. Zanim otworzono, powiedział do ks. Bosko: - Musi ksiądz tutaj wejść. Potem odwrócił się odszedł. W drzwiach ukazała się kobieta. Na widok kapłana zawołała: - Bóg księdza przysłał! Szybko, szybko, bo będzie za późno. Mój nieszczęśliwy mąż stracił przed wieloma laty wiarę. Teraz leży konający i pragnie się wyspowiadać. Ks. Bosko podszedł do posłania zrozpaczonego człowieka i wysłuchał jego spowiedzi. Kilka minut później mężczyzna zmarł. Po kilku dniach ks. Bosko odważył się zapytać Dominika, skąd wiedział o konającym bez pojednania z Bogiem człowieku. Dominik jednak nie chciał, bądź nie mógł, odpowiedzieć na to pytanie.


W oratorium


W oratorium księdza Bosko Dominik czynił szybkie postępy na drodze do świętości. Był radosny, pracowity, zawsze gotowy służyć pomocą. Otaczał opieką słabszych i młodszych, upominał tych, którzy źle się zachowywali, godził zwaśnionych, zażegnywał wybuchające co rusz kłótnie i bijatyki. Narażając się niejednokrotnie na szyderstwa, a nawet dotkliwe ciosy, próbował odwodzić zuchwałych uczniów od złych uczynków i gorszących rozmów. Za zło odpłacał dobrem. Aby przyprowadzić do Boga jak najwięcej kolegów, założył z przyjaciółmi Towarzystwo Niepokalanej. Stał się prawdziwym apostołem Jezusa i Maryi. Po śmierci Dominika Savio ks. Jan Bosko nie miał żadnych wątpliwości co do jego świętości. Aby zdarzenia z krótkiego życia jego ukochanego wychowanka nie poszły w zapomnienie, poprosił tych, którzy go znali, aby spisali swoje wspomnienia o nim. Z tych wspomnień powstała piękna opowieść o "małym Świętym".


Sześć godzin w ekstazie


Pewnego dnia od rana nigdzie nie można było znaleźć Dominika. Koledzy przeszukali cały budynek oratorium. Kiedy około godziny 14.00 po południu doniesiono o tym ks. Bosko, kapłan od razu pomyślał, że Dominik mógł zostać w kościele. I rzeczywiście. Chłopiec klęczał przy ołtarzu w modlitewnej ekstazie. Nie wiedział, że Msza św. skończyła się już 6 godzin temu.


"Spójrz na ten krzyż!"


Pewnego dnia dwaj chłopcy zaczęli wzajemnie obrzucać się wyzwiskami. Nie dość im było obrażać siebie i zaczęli wyzywać rodzinę przeciwnika. Ich zajadłość rosła i w końcu zdecydowali się na ostateczną rozprawę: pojedynek na kamienie. Obserwujący zajście uczniowie podżegali do bijatyki, chcąc obejrzeć "widowisko". Tylko Dominik miał odwagę próbować nakłonić przeciwników do zaniechania zemsty. Jeden z rozjuszonych młodzieńców, ściskając kamień w garści, krzyknął na Dominika: - Wynoś się! Nie chcę słuchać twoich kazań! Wtedy Dominik chwycił krzyżyk, który nosił na szyi i zwrócił się do niego: - Spójrz na ten krzyż i jeśli masz odwagę, powtórz: "Jezus umarł na krzyżu, przebaczając swoim katom, ja zaś chcę się zemścić". Kamienie wypadły z rąk zawstydzonych chłopców. Pojedynek nie odbył się.


"Występek" Dominika


Któregoś dnia pod nieobecność nauczyciela dwaj znani ze złośliwości uczniowie załadowali do rozpalonego pieca dwie kule ze śniegu. Cała klasa wypełniła się dymem, a z pieca wyciekła strużka brudnej wody. Gdy przyszedł katecheta i zobaczył, co się stało, zapytał groźnie, kto to zrobił. Winowajcy wiedzieli, że ze względu na swoją złą opinię, taki postępek może się skończyć wyrzuceniem ze szkoły. Postanowili więc zrzucić winę na kogo innego. Wskazali na Dominika. Ksiądz oniemiał. Nie mógł uwierzyć w winę tego chłopca. Dominik wstał i milczał. Nikt z uczniów z obawy przed zemstą chuliganów nie odważył się stanąć w obronie niewinnego. Nauczyciel zwrócił się do Dominika: - Masz szczęście, że to twoje pierwsze przewinienie. W innym wypadku wyrzuciłbym cię ze szkoły. Później jednak prawda wyszła na jaw. Nauczyciel zapytał Dominika, dlaczego nic nie powiedział. Chłopiec odpowiedział, że po pierwsze nie chciał, by ci uczniowie zostali wydaleni ze szkoły, a po drugie miał przed oczyma scenę, w której niewinnie oskarżony Pan Jezus stoi przed Piłatem i milczy...


Towarzystwo Niepokalanej


W oratorium obok tzw. trudnej młodzieży przebywali także uczniowie pobożni i dobrze wychowani. Wśród takich właśnie chłopców Dominik znalazł przyjaciół, z którymi założył towarzystwo poświęcone Niepokalanej. Jego członkowie postawili sobie za cel czczenie Matki Bożej oraz doskonalenie swej postawy chrześcijańskiej przez skrupulatne wypełnianie obowiązków, przestrzeganie przepisów szkolnych, sumienne wykorzystywanie czasu, zachęcanie kolegów własnym przykładem do czynienia dobra, częste przystępowanie do sakramentów pokuty i Eucharystii. Chłopcy pragnęli także pomagać ks. Bosko. Każdy z członków Towarzystwa Niepokalanej miał pod opieką jednego kolegę. Towarzystwo działało w tajemnicy, jego członkowie byli dyskretnymi "aniołami stróżami" uczniów sprawiających ks. Bosko najwięcej kłopotów wychowawczych. Wśród "podopiecznych" towarzystwa byli chłopcy opuszczeni w nauce, niezdyscyplinowani, leniwi, agresywni, używający przekleństw i szukający zaczepki. Członków Towarzystwa Niepokalanej wyróżniał jeden znak - każdy z nich nosił na sercu Cudowny Medalik.

Och, jakie piękne rzeczy widzę


Dominik Savio nigdy nie cieszył się dobrym zdrowiem. Zimą na przełomie roku 1856 i 1857 poważnie zachorował. W marcu musiał opuścić oratorium i wrócić do domu. Stan zdrowia chłopca pogarszał się z dnia na dzień. Gorączka nasilała się, coraz częściej nękały go ataki nieopanowanego kaszlu. Lekarze podejrzewali nieuleczalne w tamtych czasach zapalenie płuc.

Przy łóżku umierającego Dominika czuwali rodzice, Karol i Brygida Savio. Dominik zwrócił gasnący wzrok na ojca i zapytał: - Tatusiu, czy jesteś tutaj?
- Jestem, mój synku, czego potrzebujesz? - Mój tatusiu, już czas; weź moją książeczkę do modlenia i przeczytaj mi modlitwę o dobrą śmierć.
Matka, słysząc to, wybuchła płaczem i wyszła z pokoju. Ojcu serce pękało z bólu, a płacz dławił mu gardło. Z trudem opanował drżenie głosu oraz łzy cisnące się do oczu łzy i zaczął czytać modlitwę. Dominik z uwagą i wyraźnie powtarzał każde słowo, a na koniec każdej części modlitwy sam odmawiał: "Jezu miłosierny, zmiłuj się nade mną". Gdy doszedł do słów: "Kiedy ostatecznie dusza moja stanie przed Tobą i ujrzy po raz pierwszy splendor nieśmiertelny Twojego majestatu, nie odrzucaj jej od swojego oblicza, ale uczyń mnie godnym przyjęcia na Twoje miłościwe łono, abym na wieki mógł wyśpiewywać Twoją chwałę". I dodał:
- Tak, to jest właśnie to, czego pragnę. Och, drogi tatusiu - móc wyśpiewywać na wieki chwałę Pana!
Potem zapadł w krótki sen. Wkrótce przebudził się i zawołał wyraźnym, uradowanym głosem:
- Żegnaj, drogi tatusiu, żegnaj... Och! Jakie piękne rzeczy widzę... I wpatrzony w jakąś słodką wizję z uśmiechem na ustach cicho oddał ducha. W 1933 papież Pius XI nazwał go "małym świętym" i "gigantem ducha". W 1950 papież Pius XII ogłosił go błogosławionym, a w 1954 zaliczył Go do grona świętych.
Święty Dominik Savio
emo
Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się w 1566 w możnej rodzinie Pazzi w renesansowej Florencji. Oboje rodzice pochodzili z rodzin szlacheckich: ojciec Kamil Geri de' z rodziny Pazzich (rodziny znanej m.in. z tego, że jej antenaci pierwsi pokonali mury Jerozolimy podczas pierwszej krucjaty), matka z Buondelmontich.

Wykształcenie otrzymała od sióstr w szkole dla dziewcząt z lepszych rodzin. Od I Komunii św. wieku 10 lat w każdą niedzielę i w święta przystępowała do Sakramentu Eucharystii, co w owych czasach wywoływało zdziwienie, a nawet zastrzeżenia (warto zadać sobie pytanie, czy od tego czasu tak naprawdę wiele się zmieniło?…) Zaraz po I Komunii św. złożyła ślub dozgonnej czystości (jej mottem stał się zwrot „cierpienie albo śmierć…”)

W wieku 14 lat oddana została do szkoły w konwencie w Cavalaresse. Już tam ujawniły się jej cechy, tak bardzo znane z życia wielu mistyczek, a mianowicie uwielbienie modlitwy i pokuty, dobroczynność i łagodność usposobienia, i w szczególności umiłowanie Najświętszego Sakramentu.

W 1583 r. wstąpiła, bez wielkich oporów świątobliwych rodziców oddających swą jedyną córkę, do klasztoru karmelitańskiego Matki Bożej Anielskiej, na przedmieściu Florencji. Tu otrzymała imię zakonne Marii Magdaleny. W rok później złożyła śluby wieczyste (była wtedy tak chora, że obawiano się o jej życie). Głównym podłożem wyboru karmelitanek, znanych z rygorystycznego przestrzegania reguły zakonnej, była codzienna Komunia św.…

Szczęścia rozmowy z Matką Bożą miała po raz pierwszy zaznać – w obecności matki - mając zaledwie 12 lat. 7.v.1585 r. doświadczyła w 40-godzinnej ekstazy, w trakcie której otrzymała od Jezusa polecenie ograniczenia się do chleba i wody, a jedynie w dni świąteczne przyjmowania pokarmu postnego. Sypiać odtąd miała tylko pięć godzin, na wiązce siana, by w ten sposób wynagrodzić Bogu za grzechy rodzaju ludzkiego.

Tymczasem ekstazy i wizje miały mieć miejsce przez całe jej życie. Niekiedy wymuszały na niej gwałtowną aktywność (np. w kierunku jakiegoś świętego obiektu). W stanie ekstazy była jednakże o siłach wykonywać codzienne obowiązki (szycia, malowania, etc.). A co najważniejsze to, że w ich trakcie wypowiadała słowa o Bożej miłości niesłychanie klarownie (w 1583 r. miała na przykład wyrzec „O miłości, nikt Cię nie zna ani nie kocha…”), zapisywane - niekiedy wręcz odczytywane z poruszających się bezgłośnie ust - skrzętnie przez współsiostry: mistrzowie duchowości do dziś cytują ją i jej maksymy bardzo często…

Od niebieskiego Oblubieńca otrzymała cierniową koronę, dar stygmatów (niewidocznych na zewnątrz) oraz mistyczną obrączkę jako znak duchowych zaślubin z Chrystusem. Doświadczona została długotrwałymi, uporczywymi oschłościami oraz duchowym opuszczeniem, dla – jak miał jej objaśnić Pan - dobra Kościoła i odnowienia ducha zakonnego w klasztorach.

Kiedy zmarli kolejno jej brat, Alamanno, i matka, ujrzała ich dusze w płomieniach czyśćcowych. Otrzymała równocześnie obietnicę, że czyściec matki będzie krótki - dla wielu uczynków miłosierdzia, jakie w życiu swoim świadczyła…

Do cierpień fizycznych i duchowych dołączyły się prześladowania z zewnątrz, od postronnych osób, do których wysyłała w imieniu Chrystusa listy z napomnieniami. Odpowiedzią były szykany, a nawet groźby.

Maria Magdalena była jedną z największych obrończyń wartości cierpienia dla Bożej miłości i zbawienia ludzkości w historii…

Pomimo słabego zdrowia, mimo – a może raczej obok – mistycznej strony swego życia była w stanie, z niebywałą energią, wypełniać wszelkie powierzane jej obowiązki. Najpierw została opiekunką tzw. eksternów, czyli dziewcząt na okres próbny, później, przez 6 lat, mistrzynią nowicjatu, a w końcu, w 1604 r. została przełożoną domu klasztornego.

Pozostawiła po sobie pisma ukazujące głębię doświadczenia duchowości chrześcijańskiej. W jej oczach darem wizji i ekstaz Bóg doświadcza osoby za słabe, by stać się świętymi w inny sposób…

Życie - ktoś mógłby powiedzieć: bez wielkich wydarzeń - zakończyła w 1607 r., nawet jednakże w śmierci przyświadczając wartościom, którym służyła - przez 3 lata bowiem cierpiała straszliwie (nie można było jej dotknąć bez zadawania straszliwego bólu), znosząc jednakże udręczenia z uśmiechem na ustach…

Jej beatyfikacji w 1626 dokonał Urban VIII. Klemens IX w 1669 zaliczył ją uroczyście w poczet świętych.

Jej relikwie znajdują się w kościele św. Marii Magdaleny de Pazzi we Florencji (ciało ma być w stanie nienaruszonym).

Jest i była obiektem wielu wspaniałych dzieł artystycznych…


Liturgiczny obchód ku czci św. Marii Magdaleny de Pazzi, dziewicy, przypada na dzień 25 maja i ma charakter wspomnienia dowolnego.

W ikonografii przedstawia się św. Marię Magdalenę jako karmelitankę z płonącym sercem lub koroną cierniową w dłoni (ponieważ w ekstazach przeżywała całe życie Chrystusa) albo z włócznią i gąbką (narzędzia Męki Pańskiej), także ze stygmatami.

Warta jest naszej uwagi modlitwa św. Marii Magdaleny do Ducha Świętego, którą możemy uczynić własną:

"Przybądź, Duchu Święty. Niech zstąpi Zjednoczenie z Ojcem i Umiłowanie Syna. Ty, Duchu prawdy, jesteś nagrodą Świętych, orzeźwieniem dusz, światłem w ciemnościach, bogactwem ubogich, skarbem miłujących, nasyceniem głodnych, umocnieniem pielgrzymów. Ty wreszcie jesteś skarbem wszelkich skarbów.

Przybądź, Duchu Święty, Ty, który zstępując na Maryję sprawiłeś, że Słowo stało się ciałem, spraw w nas łaską to, czego w Niej dokonałeś przez łaskę i naturę.

Przybądź, czystej myśli pokarmie, źródło wszelkiego dobra, zbiorze wszelkiej czystości.

Przyjdź i zabierz wszystko, co przeszkadza nam być zabranym przez Ciebie" (Liturgia Godzin, t. II, s. 1454).
Maria Magdalena de P ...
emo
Św. Ubald z Gubbio (łac. Ubaldus) − święty Kościoła katolickiego, biskup Gubbio w Umbrii (Włochy). Urodził się w zamożnej rodzinie w Gubbio w 1084 r. W młodości stracił ojca. Pobierał nauki w miejskiej katedrze, gdzie został kanonikiem regularnym. Jego krewną była święta Sperandia. Zmarł w 1160 r. Kanonizował go w 1192 roku papież Celestyn III. Jego liturgiczne wspomnienie przypada na 16 maja. W ikonografii przedstawiany jako biskup w stroju pontyfikalnym, z atrybutami władzy biskupiej lub z makietą miasta. Jest patronem miasta Gubbio. Wzywany w przypadku migreny i autyzmu.
Ubald z Gubbio
emo
HIACYNTA MARTO – DZIECKO ŁASKI Z FATIMY




Po upływie 80 lat od śmierci małej Hiacynty Kościół wyraził publicznie swą wiarę w jej zbawienie i oficjalnie zezwolił na oddawanie jej czci jako błogosławionej. Matka Boża obiecała jej to w czasie Swego objawienia w dniu 13 czerwca 1917 r., kiedy po raz drugi ukazała się trójce pastuszków. Zapowiedziała, że wkrótce przyjdzie zabrać do Nieba Franciszka i właśnie ją.

Wszyscy znamy przebieg objawień. 13 sierpnia dzieci nie mogły przyjść na miejsce spotkania. Wójt gminy zamknął je w areszcie, grożąc nawet śmiercią. Dzieci były jednak nieugięte, nie zdradziły nawet jednego słowa otrzymanej tajemnicy. Trudno słowami wypowiedzieć, jak bardzo ubolewały, że Piękna Pani daremnie oczekuje na spotkanie z nimi. Maryja jednak nie zapomniała. Ukazała się im nagle 19 sierpnia, przypominając, że mają się modlić o zakończenie trwającej nadal wojny i o nawrócenie grzeszników. Po kolejnym objawieniu, w dniu 13 września, powróciła raz jeszcze i już na zawsze pożegnała dzieci w dniu 13 października. Na prośbę dzieci w dniu tym miał miejsce wielki cud – na znak prawdziwości Jej objawień, znak zwany cudem słońca.

Od tej chwili widzące dzieci nie zaznały już chwili spokoju. Nieustannie były dręczone z powodu ciekawości wielu ludzi. Inni szukali u nich orędownictwa w swoich trudnych sprawach: kłopotach, chorobach itp. Przychodzący z pielgrzymkami zniszczyli nawet pola ich rodziców, a im samym przeszkadzali w pilnowaniu stadka owiec i prowadzeniu normalnego życia. Tak więc objawienia przyniosły dzieciom sławę, ale również niemało cierpień, jakby wstąpiły na drogę krzyżową.



Droga Hiacynty do świętości



Mimo że Hiacynta była młodsza od Franciszka i Łucji, podjęła jak oni te same pokutne czyny. Mała, delikatna i drobna pokutnica, pod rozżarzonym słońcem Portugalii, nie przyjmowała napojów, a posiłki darowała innym. Rzemieniem pokutnym opasywała się mocno, aż do krwi. Często w ciągu dnia, głęboko pochylona do ziemi – jak anioł, którego dzieci widziały na początku objawień – wznosiła modły o nawrócenie grzeszników i za Ojca Świętego. Nie tańczyła już w korowodzie z innymi dziećmi, co wcześniej było jej ulubioną zabawą. Nigdy nie narzekała na doznawane bóle. Unikała słodkich winogron, fig, posilając się żołędziami. Każdego dnia wieczorem prosiła rodziców i rodzeństwo o wspólne odmawianie różańca. Zapraszała do modlitwy również sąsiadów. Tak postępując, powoli przygotowywała się do tego, co miało nieuchronnie nadejść: choroba, która miała spowodować jej śmierći.



Choroba i śmierć Hiacynty


Matka Boża zapowiedziała Hiacyncie, że już niedługo będzie pozostawać na ziemi oraz że ma cierpieć, ofiarowując to za nawrócenie grzeszników.

W grudniu 1918 r. Hiacyntę i Franciszka nie ominęła epidemia hiszpańskiej grypy. Franciszek zmarł 4 kwietnia 1919 r. Niebawem, po jego zgonie, u Hiacynty, w wyniku choroby, wystąpiło jątrzące się zapalenie opłucnej, z wieloma powikłaniami. W dniu 10 lutego 1920 r. poddana została operacji w lizbońskim szpitalu. Usunięto Jej dwa żebra. Po zabiegu pozostała rana na szerokość dłoni. Każdorazowe czyszczenie tej rany i zmiana opatrunku sprawiały Hiacyncie ból nie do zniesienia. Nie potrafiła wówczas powstrzymać się od krzyku: „Maryjo, pomóż mi!”. Znała zapowiedź Matki Bożej: miała umrzeć w samotności. Dla chorego dziecka było to niewątpliwie najcięższe przeżycie.

Nadszedł dzień 20 lutego. Powiedziała, że czuje się niedobrze i wkrótce umrze. Do łoża cierpiącej przyszedł ksiądz wysłuchać jej spowiedzi. Hiacynta poprosiła następnie o przyjęcie Komunii św. Ksiądz przyrzekł, że z Panem Jezusem zjawi się rankiem, następnego dnia. Jednak śmiertelnie chore dziecko musiało ponieść i tę ostatnią ofiarę. Wieczorem, w całkowitym osamotnieniu, około godz. 22.30, Piękna Pani zaprowadziła ten mały kwiat do Nieba. Hiacynta nie ukończyła jeszcze wówczas 10 lat.



Łucja wspomina Hiacyntę



W dzienniku Łucji nie brak wspomnień o małej towarzyszce zabaw, pracy, a następnie – modlitwy i pokuty.

1. Jej miłość do Ojca Świętego

Pewnego razu odwiedziło nas dwóch księży; zadawali nam pytania. Polecili modlić się za Ojca Świętego. Hiacynta zapytała ich, kim jest Ojciec Święty? Kapłani wyjaśnili kim jest, powiedzieli też, jak bardzo pragnie modlitw. Od tej pory Hiacynta wzbudziła w sobie tak wielką miłość do Ojca Świętego, że zawsze gdy składała Jezusowi jakąś ofiarę dodawała: „I za Ojca Świętego”. Każdą modlitwę różańcową kończyła też trzykrotnym odmówieniem: Zdrowaś Maryjo...

Wielokrotnie powtarzała: Gdybym mogła zobaczyć Ojca Świętego. Tak wielu ludzi tu przybywa, lecz nie ma wśród nich Ojca Świętego.

Dziecięco niewinna wierzyła, że Ojciec Święty, jak inni ludzie, może odbyć taką podróż.»



2. Łaski otrzymane za pośrednictwem Hiacynty

W naszej miejscowości zamieszkiwała kobieta, która gdy tylko nas dostrzegła, nie szczędziła nam wyzwisk. Pewnego dnia spotkaliśmy ją, wracającą z gospody i ta biedna istota, umysłowo chora, tym razem nie poprzestała na obelgach pod naszym adresem... Hiacynta powiedziała wtedy do mnie:

– Musimy poprosić naszą Piękną Panią i złożyć ofiarę za nawrócenie tej kobiety. Popełnia tyle grzechów; jeżeli nie pójdzie do spowiedzi, czeka ją piekło.

Zdarzyło się pewnego dnia, że biegliśmy blisko domu, w którym mieszkała. Hiacynta zatrzymała się wtedy nagle w biegu i zwracając się do nas powiedziała:

– Posłuchajcie, przecież jutro na pewno znów zobaczymy tę kobietę?

– No tak, słusznie!

– Wobec tego zakończmy już naszą zabawę. Niech będzie to naszą ofiarą za nawrócenie grzeszników!

Nie bacząc, że ktoś może nas obserwował, Hiacynta wzniosła oczy i ręce do nieba, odmawiając swoją modlitwę. Nieszczęsna kobieta zauważyła to, patrząc przez okno. Powiedziała później mojej mamie, że to, co wówczas zobaczyła, tak nią wstrząsnęło, iż nie potrzebuje już innych dowodów; wierzy, że wszystkie zdarzenia rzeczywiście miały miejsce. Od tego dnia już nas nie obrażała ani nie wyzywała. Prosiła nas natomiast o wstawiennictwo u Pięknej Pani, aby uzyskać przebaczenie grzechów.

Innego dnia zdarzyło się też, że spotkaliśmy pewną biedną kobietę. Płacząc, uklękła przed Hiacyntą, prosząc, by wybłagała u Pięknej Pani uzdrowienie od strasznej choroby. Kiedy Hiacynta zobaczyła klęczącą, ogarnęło ją współczucie; uchwyciła jej drżące dłonie, usiłowała podnieść. Okazało się, że to ponad Jej siły, więc sama też uklękła i wspólnie z ową chorą odmówiła trzy razy Zdrowaś Maryjo... Następnie Hiacynta poprosiła kobietę, aby wstała, zapewniając ją także, że Piękna Pani ją uzdrowi. Nie przestała też codziennie modlić się za chorą, która po pewnym czasie powróciła rzeczywiście po to, aby podziękować Matce Bożej za uzdrowienie.
św. Hiacynta Marto z ...
emo
Jakub Alberione urodził się 4 kwietnia 1884 roku w San Lorenzo di Fossano, wiosce położonej w prowincji Cuneo na północy Włoch, jako piąte z siedmiorga dzieci Michała
i Teresy. Tego samego dnia po południu został ochrzczony w miejscowym kościele parafialnym, a jako kilkutygodniowe dziecko ofiarowany przez matkę Najświętszej Maryi Pannie w Sanktuarium Madonny Kwiatów w Bra.

Rodzina Alberione pracowała na wydzierżawionym gospo-darstwie rolnym. Jakub wychowywany był w atmosferze pracowitości, wstrzemięźliwości, ubóstwa i głębokiej religijności opartej na prostej, lecz mocnej wierze właściwej ludziom wsi. W 1887 roku rodzina Alberione przeniosła się w okolice Cherasco, gdzie Jakub w wie-ku 6 lat zaczął uczęszczać do szkoły.

Pierwszym zwiastunem jego powołania, była odpowiedź dana pewnego dnia nauczycielce, która pytała swych uczniów o ich plany na przyszłość. „Zostanę księdzem” - powiedział ośmioletni Jakub i ta odpowiedź naznaczyła całe jego późniejsze życie. Od tej pory, pół żartem, rodzina zaczęła traktować go jak kandydata na księdza, co jego samego także zobowiązywało do pewnych postaw.

Po ukończeniu szkoły podstawowej, dzięki pomocy wuja, rozpoczął naukę w niższym seminarium duchownym w Bra, którą po krótkim kryzysie, kontynuował w seminarium diecezjalnym w Albie.

Punktem zwrotnym w życiu młodego kleryka była nocna adoracja noworoczna z 31 grudnia 1900 roku na 1 stycznia 1901 w katedrze
w Albie. W czasie czterogodzinnego modli-tewnego czuwania przed Najświętszym Sakramentem poczuł się, jak sam później pisał, „szczególnie zobowiązany do służby Kościołowi
i ludziom nowego wieku”. Rozważając, w świe-tle Eucharystii, wyzwania nowych czasów wyrażane przez ówczesnego papieża Leona XIII i różnych działaczy katolickich, Jakub zrozumiał potrzebę uzdrowienia i odrodzenia człowieka oraz całego społeczeństwa w Chrys-tusie poprzez: rodzinę, szkołę, obyczaje, książkę, prasę, a także oddania nowych zdobyczy techniki w służbę Ewangelii. Tam też zrodziło się pragnienie znalezienia i zorga-nizowania grupy ludzi myślących podobnie jak on i kierujących się tymi samymi pragnieniami. Ta noc była decydująca dla specyficznej misji i szczególnego ducha, w ja-kim miała zrodzić się i żyć przyszła Rodzina Świętego Pawła.

Dalszy okres przygotowania i oczekiwania na kapłaństwo, Jakub, pod kierownictwem duchowym ks. Francesco Chiesa, przeżywał w duchu św. Pawła Apostoła - wydarzenia mu współczesne czynił przedmiotem modlitwy i starał się wyciągać z nich wnioski. Patrzył na toczące się dzieje przez pryzmat biblijnej historii zbawienia i usiłował dostrzegać znaki czasu, jakie współczesność niesie ze sobą. Poszukiwał też dróg odpowiedzi na nowe potrzeby Kościoła i świata.

Jakub Alberione został wyświęcony na kapłana i skierowany do pracy duszpasterskiej w Na-rzole. Tam spotkał chłopca, który został później jego naj-bliższym współpracownikiem i pierwszym kapłanem pa-ulińskim, błogosławionego Tymoteusza Giaccardo.

Po uzyskaniu doktoratu na Wydziale Teologicznym w Ge-nui, ksiądz Alberione, został mianowany ojcem duchownym seminarzystów z Alby.

W roku 1913 biskup powierzył mu kiero-wnictwo tygodnika diecezjalnego „Ga-zzetta d’Alba”. Mło-dy ksiądz widział w tym znak woli Bożej na drodze swojego powołania do poświęcenia się apostolstwu dobrej prasy, które z czasem miało zmierzać do oddania wszystkich środków masowego komu-nikowania, na jakie pozwoli postęp techniki, w służbę Ewangelii.

Tak też się stało. 20 sierpnia 1914 roku, ksiądz Alberione założył szkołę typograficzną „Mały Robotnik” uczącą chłopców sztuki drukarskiej i będącą zalążkiem przyszłego zgromadzenia męskiego - Towarzystwa Świętego Pawła dla Apostolstwa Dobrego Druku.

Rok później powstał zalążek zgromadzenia żeńskiego. Grupę dziewcząt, którą zgromadził w pracowni żeńskiej, po trzech latach wysłał do Suzy dla przejęcia tygodnika diecezjalnego. Mieszkańcy Suzy nazwali je „Córkami Świętego Pawła”.

Momentem znaczącym w życiu księdza Alberione była jego ciężka choroba w roku 1923. Stan jego zdrowia pogorszył się wtedy do tego stopnia, iż zaczął martwić się losem młodych fundacji na wypadek gdyby, wezwany przez Pana, musiał pozostawić je własnemu losowi. Wtedy, podczas snu – wizji, Jezus Mistrz wskazując na tabernakulum pocieszył go słowami, które potem ksiądz Alberione polecił umieścić we wszystkich kaplicach paulińskich: „Nie lękajcie się. Ja jestem z wami. Stąd chcę oświecać. Nieustannie się nawracajcie.”

W roku 1936, kiedy działalność paulistów i paulistek była już wystarczająco rozwinięta i ugruntowana, a nawet powstały już pierwsze domy poza granicami Włoch, ksiądz Alberione przeniósł się do Rzymu. Pierwszy dom filialny Rodziny Świętego Pawła stanął na ziemi zakupionej od benedyktynów w pobliżu Bazyliki św. Pawła za Murami.

„Naszą parafią jest świat” mówił ksiądz Alberione wzorując się na uniwersalizmie św. Pawła Apos-toła i rzeczywiście, mimo okresu światowego kryzysu ekonomicznego, fundacje paulińskie roz-przestrzeniały się po świecie (m. in. w Brazylii, Argentynie, Stanach Zjednoczonych, Francji, Polsce, Chinach, Japonii, Indiach i na Filipinach). Wybuch drugiej wojny światowej zahamował tę ekspansję, a bezpieczeństwo rozproszonych po świecie duchowych dzieci stało się głównym przedmiotem zmartwień księdza Alberione. Po-wierzył on wszystkich szczególnej opiece Maryi i ślubował wybudowanie ku Jej czci san-ktuarium pod wezwaniem Królowej Apostołów. Nikt z Rodziny Świętego Pawła nie zginął
z powodu wojny i sanktuarium zostało wybudowane w Rzymie przy Via Antonino Pio.

Ksiądz Jakub Alberione swoimi intuicjami apostolskimi wyprzedzał współczesne mu czasy, nigdy jednak nie chlubił się z tego powodu. Od roku 1962 do 1965, jako prze-
łożony generalny zgromadzenia, uczestniczył w posiedzeniach Soboru Watykańskiego II odbywających się w Bazylice św. Piotra
w Watykanie. Zgromadzenie soborowe usan-kcjonowało niektóre z jego intuicji, które wprowadzał w życie już od lat dwudziestych.

Życie księdza Alberione było naznaczone cierpieniem. Cierpiał fizycznie, ponieważ był słabego zdrowia, a w ost-atnich latach życia dotknięty został poważną formą artretyzmu i krzywicy, które uniemożliwiały mu sen. Cierpiał też duchowo, doświadczał niezrozumienia ze strony innych a nawet oszczerstw i pomówień. Nigdy się jednak nie skarżył, mawiał: „Jezus odkupił nas przez swój krzyż; teraz kolej na nas, abyśmy zbawiali świat przez nasz krzyż”.

Ksiądz Alberione zmarł w Rzymie 26 listopada 1971 roku
w wieku 87 lat. Ostatnie zrozumiałe słowa, jakie wypowie-dział podczas swojej agonii, brzmiały: „Umieram… Raj!.. Modlę się za wszystkich”. Tuż przed śmiercią odwiedził go jeszcze papież Paweł VI dając wyraz wdzięczności za to, co zrobił dla Kościoła swoich czasów. (ekg)
Jakub Alberione
emo
Święty Alojzy Orione


Ks. Orione przygraniał dzieci ulicy
Ks. Alojzy Orione urodził się w Pontecurone w Italii, 23 czerwca 1872 r. Jest znany w świecie jako „święty”, jako wzór świętości chrześcijańskiej, jako założyciel Małego Dzieła Boskiej Opatrzności.

Stawiał czoło różnego rodzaju problemom społecznym i kościelnym, bliski wysokim osobistościom świata polityki, kultury i Kościoła, rzucając na nie światło swego mądrego spojrzenia i wspaniałomyślnego działania. Pisma Ks. Orione , docierając do nieprzeliczonej liczby odbiorców, zawsze im niosą - poprzez bogactwo swej treści - umocnienie w wierze.

„Szaleńcem Bożym” określił go Pronzato, jego biograf, a Papież Jan Paweł I uznał w nim „stratega miłosierdzia”. Natomiast sam Ks. Orione określał się, jako „tragarz Boskiej Opatrzności”, używając
Ks.


także innych określeń o sobie, aby wyznać swoją nieskończoną ufność Bogu i być pokornym sługą Jego świętej woli. Ignacy Silone porównał go z Leninem, ponieważ „Lenin nie był socjalistą sobotniego wieczora, a Ks. Orione nie był kapłanem niedzielnego poranka”. Douglas Hyde poświęcił mu biografię, którą zatytułował: „God’s Bandit” („Rozbójnik Boży”). Literat Ks. Józef De Luca powiedział o Ks. Orione: „był to człowiek w stanie ciągłego upojenia duchowego”. Papież Pius XII zaś, na wieść o jego śmierci, która nastąpiła 12 marca 1940 r., nazwał Ks. Orione „ojcem ubogich i dobroczyńcą cierpiących i opuszczonych”.


Papież Jan Paweł II beatyfikował Ks. Orione 26 października 1980 r., przedstawiając go Kościołowi, jako „cudowny i genialny wyraz miłosierdzia chrześcijańskiego”, dodając: „z pewnością był on jedną z świetlanych postaci tego wieku, poprzez swoją otwarcie przeżywaną wiarę chrześcijańską”, ”miał hart i serce Apostoła Pawła, a zarazem delikatny i wrażliwy, aż do łez, niestrudzony i odważny, aż do śmiałości, wytrwały i dynamiczny, aż do heroizmu”.

Świętość Ks. Orione wzbudziła i nadal rodzi podziw i pobożność wśród wiernych, wolę naśladowania i pójścia za nim wśród uczniów. Pozostaje bowiem żywy jego charyzmat, nieustanny i uniwersalny dar dla Kościoła, „przekazany uczniom, aby nim żyli, strzegli go, pogłębiali i stale rozwijali w zgodzie z Kościołem” (MR 11). Dzięki światłu tego charyzmatu zaistnieli wspaniali naśladowcy Ks. Orione; niektórzy z nich stali się wzorami dla drugich, inni pozostawili głębokie ślady w życiu Kościoła i społeczeństwa, a jeszcze inni - choć mniej znani - „oddali swe życie w radosnej całopalnej ofierze miłości dla Chrystusa i dla dusz” (Ks. Orione). Oni to właśnie stanowią „Konstelację Orione”.

Dzieło Ks. Orione - istniejące dziś w około 30 krajach świata - obejmuje Zgromadzenia zakonne Synów Boskiej Opatrzności, Małych Sióstr Misjonarek Miłosierdzia, Instytut Świecki i szeroki Ruch Laikatu, dzieło, które promieniuje w świecie, przede wszystkim wśród najuboższych.
Św. Alojzy Orione
emo
Po publikacji w ostatnim numerze Miłujcie się! listu oraz dwóch świadectw mówiących o problematyce muzyki młodzieżowej otrzymaliśmy od Was, drodzy Czytelnicy, bardzo dużą ilość głosów. Tak żywa reakcja na poruszone problemy pokazała nam, jak ważna jest dla Czytelników (zwłaszcza młodych) muzyka rockowa i jak wiele budzi ona emocji. W komentarzu do otrzymanego świadectwa niesłusznie przypisaliśmy Nirvanie szerzenie treści satanistycznych, za co wszystkich dotkniętych tym stwierdzeniem bardzo przepraszamy. Nie możemy jednak nie reagować na świadectwa osób, które mówią o złu i cierpieniu, jakie w ich życie (lub w życie ich bliskich) wniosła muzyka o złym, szatańskim przekazie. Nie mając w tej kwestii wystarczających kompetencji, postanowiliśmy tym razem odwołać się do muzycznych autorytetów. Ufamy, że informacje zawarte w prezentowanych poniżej tekstach pozwolą Wam dostrzec zagrożenia kultury śmierci i uwrażliwią Was oraz Waszych bliskich na niebezpieczeństwo. Wybór i tak należy do każdej i każdego z Was!

Marilyn Manson: Antychryst nowego tysiąclecia

Od wielu lat mówi się o muzyce satanistycznej i o jej wykonawcach, oddanych demonowi. W prasie pojawiają się czasem przejmujące grozą doniesienia o zabójstwach inspirowanych ich muzyką, takich jak ów dramat z Chiavenny (północne Włochy), gdzie 3 czerwca ubiegłego roku trzy dziewczyny, w ofierze szatanowi, 19 pchnięciami noża zamordowały 61-letnią zakonnicę, siostrę Marię Laurę Mainetti... Sprawczynie tego zabójstwa okazały się fankami amerykańskiego muzyka rockowego i zdeklarowanego satanisty, Marilyna Mansona. Manson, nazywając sam siebie „wszechmocnym Antychrystem nowego tysiąclecia”, w swoich utworach gloryfikuje śmierć, krew, przemoc i narkotyki. Zachęcając do buntu wobec wszelkich reguł, głosi nienawiść do księży, sióstr zakonnych i wszystkiego, co „pachnie” religią. Podczas swoich koncertów bezcześci krzyże, rani się i kaleczy różnymi narzędziami, epatuje wyuzdaniem. W dzienniczkach nieszczęsnych dziewczyn z Chiavenny było wiele fragmentów bluźniących przeciw religii, odwrócone krzyże, numer „666” (biblijny symbol Antychrysta) w towarzystwie zdjęć i piosenek Marilyna Mansona.
Z całą pewnością nie jest to nic nowego, gdyż Manson jest jednym z wielu reprezentantów tzw. rocka satanistycznego. Jego zgubny wpływ na młodzież dociera jednak do publicznej świadomości tylko w kontekście podobnych tragedii, stając się na chwilę makabryczną ciekawostką serwisów informacyjnych. Potem znowu zapada milczenie – do czasu kolejnej „demonicznej” wiadomości...
Tymczasem ta „muzyka” bez przeszkód bombarduje młodzież (i nie tylko) natarczywym przesłaniem przemocy, gwałtu, wyuzdanego seksu, narkotyków i pochwały dla kultury śmierci. Młodzi ludzie, bardzo wrażliwi i otwarci, a zarazem zbuntowani i przekorni, przyjmują bezkrytycznie wezwanie do odrzucenia moralności i religii w każdej postaci, praktykują to, co słyszą od swoich „idoli”, często ich po prostu naśladując.

Satanistyczny rock i przesłania podprogowe

Rock satanistyczny nie jest fenomenem ostatnich lat. Swoją historią sięga 1968 roku, kiedy The Beatles wydali swój Devil’s White Album. W piosence Revolution Number Nine przemysł płytowy po raz pierwszy zastosował tzw. przesłania podprogowe, aby przemycić „ewangelię szatana”. Przesłania podprogowe mają na celu ograniczenie świadomości słuchacza, tak aby przyjął on do podświadomości dowolną ich treść (bunt przeciw ustalonemu porządkowi, gwałty, samobójstwa, oddanie się szatanowi).
Jak powstaje zapis informacji podprogowych? Istnieją dwa typy przesłań ukrytych: nagrania odwrotne oraz dwustronnie czytelne. Te pierwsze powstają przy odwróceniu kierunku zapisu w momencie nagrywania dźwięku (tzw. Backward Masking Process). Słuchając normalnie takiego utworu, odbiera się jedynie jakieś trzaski lub niezrozumiałe dźwięki, ale odsłuchując ich od tyłu, można usłyszeć wyraźne słowa. Na płycie A Kind of Magic grupy Queen na początku piosenki One Vision słyszy się jakby ryk lwa, jakiś pozbawiony sensu, niewyraźny dźwięk. Słuchając tego fragmentu w odwrotnym kierunku, słyszy się wyraźny, ponury chór głosów, przypominający modlitwę z czarnej mszy: „My sweet satan, I’ve seen sabbath...”.
Przesłania dwustronne natomiast to zdania, które czytane z jednej i drugiej strony mają skrajnie różny sens. Specjalistami od takich zabiegów byli twórcy utworów Led Zeppelin. W piosence Stairway to Heaven, przesłuchując płytę od tyłu, słyszymy głos mówiący: „Here’s my sweet satan, the one whose little path won’t make me sad, whose power is satan; he will give the growth giving you six-six-six” („Oto mój słodki szatan, jego droga mnie nie smuci, bo szatan jest jej mocą; to on daje wzrost, ofiarowując ci 6-6-6”). Również między piosenkami The Rolling Stones znajdują się hymny na cześć szatana, takie jak utwór Sympathy for the Devil, który stał się wręcz rewolucyjnym hymnem religii satanistycznej, Dancing with Mr D (D od „devil”) czy album To Their Satanic Majesties (Ich szatańskim wysokościom). Można wymienić jeszcze inne grupy: The Who, Black Sabbath, Eagles, Cheap Trick, Styx, Christian Death, Prince, Zucchero oraz wiele, wiele innych, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o taki rodzaj „muzyki”.
Przesłania do odczytu podprogowego wydają się obecnie trochę przestarzałe. Dziś nie ma już potrzeby ukrywać bluźnierczych treści chwalących szatana. Niektóre „gwiazdy” rocka bardzo otwarcie, nawet z pewną dumą deklarują, że są satanistami...
Pierwszym zespołem, który otwarcie używał tematów satanistycznych, był Black Sabbath. Jego wokalista, Ozzy Osburne, w 1981 r. opublikował album Diary of Madman, na którym przedstawiono odwrócony krzyż. Ronnie James Dio, który zastąpił Osburne’a, na swojej pierwszej płycie Holy Diver (1983) przedstawia na okładce szatana, patrzącego z nienawiścią na tonącego księdza, zakutego w żelazny łańcuch. Marilyn Manson w 1996 r. zatytułował swój album Antichrist Superstar i sprzedał go w liczbie ok. 4 mln egzemplarzy.

Ukryte niebezpieczeństwo

Nasuwa się pytanie: kim są młodzi ludzie słuchający tej muzyki, uczestniczący w jej koncertach, naśladujący swoje „gwiazdy” w ubiorze, makijażu, a nawet – jak owe trzy dziewczyny z Chiavenny – wcielający w życie ich potworne przesłanie?
Jeden z włoskich instytutów badawczych przeprowadził w tej materii szczegółową analizę, która wyłoniła grupę ludzi między 15. a 18. rokiem życia: zamkniętych w sobie, bezkrytycznych, o niskim poziomie autorefleksji i słabej wrażliwości, nadmiernie otwartych na wpływ telewizji, żyjących mitami, w których pragną odnaleźć swoją tożsamość. W życiu wszystkich tych ludzi rodzina nie spełniała swoich podstawowych funkcji. Młodzież pozbawiona pozytywnych wzorców i przykładów w swojej rodzinie utożsamia się z piosenkarzem, bardzo często mitologizując jego osobę. Ucieka, chcąc zwalczyć obojętność otoczenia, własne frustracje, nudę, a przede wszystkim – samotność. Wielu młodych ludzi opływa we wszystko, niczego im nie brakuje, a najbardziej doskwiera im właśnie samotność. Brakuje im prawdziwej rodziny, gdzie każdy ma swoje role i obowiązki, gdzie rodzice zachowują się jak rodzice i są dla swoich dzieci punktem odniesienia oraz wzorcem, z którym można się utożsamiać. Rodzice nie tylko nie dają swoim dzieciom właściwego przykładu, ale sami je gorszą własnym postępowaniem: zdrady, rozwody, aborcja, przemoc, gwałty... Totalna negacja wartości rodzinnych! Powszechna akceptacja dla degradacji zasad moralnych zaciera coraz bardziej granice dobra i zła. Wokoło słyszy się: „wszystko wolno”, „wszystko można”, „co w tym złego?”... Czy istnieje jeszcze poczucie grzechu? Skoro wszystko można usprawiedliwić, to grzech nie istnieje! Pozbawiona korzeni rodzinnych młodzież poszukuje idoli w niebezpiecznej muzyce. Wiele utworów, których ta młodzież słucha, mówi o zabijaniu, narkotykach, wyuzdaniu, nienawiści, przemocy, pornografii, rasizmie, fanatyzmie, bluźnierstwach itp. Aby zasłużyć na określenie „satanistyczny”, utwór muzyczny niekoniecznie musi uwielbiać szatana; wystarczy, że na przykład inspiruje do czynienia zła. Wspomniane dziewczyny z Chiavenny wcale nie uczestniczyły w rytuałach satanistycznych, jednak ostatecznie wypełniły „gest satanistyczny” zainspirowane muzyką, której słuchały.
W świetle tego, co zostało powiedziane, można by odnieść wrażenie, że cały rock jest nośnikiem satanizmu. Jest to jednak przekonanie błędne, bo nawet jeśli zdarzają się złe rzeczy, nie należy demonizować całego rocka, a tym bardziej muzyki. Przecież jako sztuka może być on wspaniałą twórczością. Czymże byłoby życie bez muzyki! Święty Augustyn mówi: „Kto śpiewa, podwójnie się modli”. Angielski poeta, John Milton, napisał: „W muzyce tkwi jakaś wielka siła przekonywania”. I jest to prawda zarówno dla dobrego, jak i dla złego przekazu. Wpadająca w ucho, dobra muzycznie piosenka w wykonaniu dobrych artystów może również nieść złe i wykolejone przesłanie. (Przykładem może tutaj być włoska grupa Neri per Caso, której piosenka Sentimento adoruje doznania seksualne i zachęca do porzucenia wszelkich ograniczeń moralnych).
Wiele osób zapyta: „Czy wobec tego nie należy słuchać takiej muzyki?”. Jest to kwestia osobistego, wolnego wyboru. Z całą pewnością jednak nie można odwracać pojęć: zło jest złem. Jeśli więc jakiś tekst namawia do zła, to jaki jest ten tekst?...

Ratunek w rodzinie!

Nasze rodziny są systematycznie niszczone przez „postępową”, światową mentalność, przejawiającą się w wezwaniu „rób, co chcesz”, bez żadnych hamulców i bez patrzenia na drugiego człowieka. Taka postawa oznacza odrzucenie Boga oraz Bożych wartości. Musimy uświadomić sobie w sumieniach, że nasze dzieci wzrastają w atmosferze ciągłego prania mózgu i w fałszywej wolności, która staje się coraz jawniej rozpustą i anarchią. Jednak Jezus, kiedy się modlił do Ojca, mówił: „Nie proszę, żebyś ich zabrał ze świata, ale żebyś ich uchronił i zachował od złego” (J 17, 15). Nie możemy „uciekać” od świata i go odrzucać, ale świadomi zła i niebezpieczeństw powinniśmy stawać się w nim dobrym zaczynem. Możemy to uczynić tylko przez budowanie żywej wiary w Chrystusa na podstawie naszego chrztu.
Pozytywnym przykładem niech będą dla nas młodzi ludzie zebrani w ubiegłym roku w Rzymie, aby wraz z papieżem świętować Wielki Jubileusz Młodzieży. Oto ludzie, którzy wyrzekli się wszelkiego zła świata! Niezliczona liczba młodych spotkała się, ażeby dać świadectwo przynależności do Chrystusa i bezkompromisowego zerwania z cywilizacją śmierci. Tam muzyka mówiła o miłości, o przyjaźni i pokoju. Była językiem uniwersalnym. Grało się, tańczyło i śpiewało – na chwałę Bogu.
Marek Elman, Neapol

Źródło: www.milujciesie.org.pl/nr/mlodziez/muzyka_zycie_albo_smierc.html
Muzyka: życie albo ś ...
emo
W maju br. mass media podały „rewolucyjną” wiadomość, że „joga skutecznie leczy depresję”. „Ćwiczenie jogi podnosi w mózgu poziom substancji, której niedobór prowadzi do depresji i zaburzeń lękowych – zaobserwowali naukowcy z USA” – taką informację można było przeczytać w nieomal każdej prasie i to nie tylko tej propagującej – z założenia – niekonwencjonalne metody leczenia. Wiele gazet, portali internetowych, stacji radiowych i telewizyjnych równolegle obwieszczało światu najnowsze naukowe odkrycie mające udowodnić dobroczynny wpływ jogi na zdrowie psychiczne człowieka, dając tym zaczyn jeszcze bardziej wzmożonej kampanii na rzecz jogi, która i tak ostatnimi laty jest nasilona[*1].

Badania przeprowadził zespół naukowców z Uniwersytetu w Bostonie (Boston University School of Medicine), pracujący pod kierunkiem pani prof. Chris Streeter, psychiatry i neurologa. Miały one dowieść empirycznie, w jaki sposób joga wpływa na funkcjonowanie mózgu. I zapewne skłoniłabym głowę pod wpływem tej „naukowej otoczki”, w postaci sztabu naukowców z tytułami, i uznałabym rangę tego eksperymentu, gdyby nie pewien drobny szczegół: badaniem tym objęto zaledwie dziewiętnaście osób, z czego zaledwie osiem ćwiczyło jogę (asany), podczas gdy pozostałych jedenaście czytało prasę bądź nowele (nienawiązujące w żaden sposób do spraw duchowych). Obie grupy wykonywały swoje „ćwiczenia” przez godzinę dziennie[2]. Ot, cała próba badawcza…

Badania mózgu uczestników wykonywano przed sesją jogi bądź czytania, a także po nich – za pomocą rezonansu magnetycznego. Pomiar ten miał wykazać, że u osób, które ćwiczyły asany, w mózgu podnosi się o 27 proc. poziom kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), głównego neuroprzekaźnika o działaniu hamującym w całym systemie nerwowym. Zbyt niski poziom GABA obserwuje się na przykład u osób z zaburzeniami psychicznymi, takimi jak depresja albo stany lękowe. W badanej grupie czytających nie odnotowano zaś większych zmian w stężeniu tego związku[3].

„To pierwsze badania, które pokazują, że można zmierzyć realny wpływ jogi na samopoczucie – tłumaczy dr Chris Streeter. – Joga może być bardzo użytecznym środkiem w walce z takimi problemami, jak depresja” – dodaje[4]. Do kogóż nie przemówi taka zachęta w naszych rozgorączkowanych czasach pełnych napięcia i stresu? Wszyscy z ochotą przyjmują to, co może pomóc nam rozluźnić się i odzyskać zdrowie. Zaiste, opublikowanie tych badań jest strzałem w dziesiątkę jeśli chodzi o strategię marketingową, wszak joga jest dzisiaj przede wszystkim towarem, o czym świadczy walka wielu międzynarodowych koncernów o możliwość opatentowania poszczególnych form i pozycji jogi.

W USA, Australii i niektórych krajach Europy nastał czas prawdziwej hossy dla jogi. Co ciekawe, w maju br. rząd Indii oficjalnie zaprotestował przeciw rosnącej liczbie patentów na jogę wydawanych przez Urząd Patentów i Znaków Towarowych USA (USPTO). Warto zaznaczyć, że USPTO wydał już blisko 150 praw własności związanych z jogą i zarejestrował ponad 2300 znaków towarowych tego rodzaju[5].

Ale powróćmy do eksperymentu bostońskiego. Sprawa ta wydaje się bowiem dość mocno kontrowersyjna, nie tylko dlatego, że inni badacze nie są zgodni co do tego, czy te badania wyjaśniają dokładnie zależność między jogą a depresją. Potwierdzają oni natomiast, że jakakolwiek relaksująca aktywność fizyczna istotnie może mieć kojący wpływ na zszarpane nerwy i problemy z samopoczuciem. Psychologowie bowiem często zalecają różne łagodne formy aktywności jako element terapii przy problemach w różnego rodzaju depresji. Z tego powodu pewna ilość medycznych kolegów pani Streeter skrytykowała jej badanie, ponieważ nie włączyła ona w eksperyment grup innych niż ćwiczących jogę. Wskazywali na istniejącą już znaczną liczbę badań łączących ćwiczenia chociażby aerobiku do obniżenia depresji i symptomów smutku[6].

Jako przykład takich właśnie badań można podać analizy zespołu badawczego z UT Southwestern Medical Center, kierowanego przez dra Madhukara Trivedi, profesora psychiatrii. Analizy te wykazały, że ćwiczenie aerobiku przez 30 minut trzy do pięciu razy na tydzień może zmniejszać nawet o 50 proc. symptomy depresji. Badania te opublikowano w 2005 roku w styczniowym wydaniu „American Journal of Preventive Medicine”[7]. Podobnie wykazały ekspertyzy dra Fernanda Dimeo i jego zespołu współpracowników (znawcy medycyny sportowej i psychiatrii) z Benjamin Franklin Medical Center, które opublikowane zostały w 2001 roku w brytyjskim magazynie „British Journal of Sports Medicine”[8]. Dowodzą one wyraźnie, że ćwiczenie areobiku znacznie obniża poziom depresji.

Zastanawia więc, czemu bostoński zespół naukowców zdawał się nie dostrzegać takich ekspertyz, szczególnie, jeśli zauważymy, że choć pani Streeter nie argumentuje przeciw innym formom ćwiczeń fizycznych, np. bieganiu, to stawia mocną tezę, że joga może najwięcej zaoferować w leczeniu depresji[9]. A takie stwierdzenie wydaje się być już wnioskiem nie tylko nieuprawnionym, co mocno przesadzonym, biorąc pod uwagę fakt, że jej zespół nie przeprowadził żadnych badań porównawczych w tym zakresie[10].

Anna Białowąs

Przypisy:
1 - Zob. A. Fedorczyk-Łopińska, Joga na ratunek, „Newsweek” 2007, nr 26, s. 67; ap, Joga wycisza mózg, „Gazeta Wyborcza” 25 V 2007, s. 18; pap, Joga lekiem na depresję, za: tvp.pl (17 VII 2007); Joga sposobem na depresję, za: fit.pl (17 VII 2007); E.J. Mundell, Yoga May Help Treat Depression, Anxiety Disorders. Brain scans showed boost in valuable brain chemical, study says, „HealthDay News” 7 VI 2007, za: spine-health.com (18 VII 2007); MRI Brain Scans Show Antidepressant Effects of Yoga; Science says yoga's effects are more than an illusion, za: lifetwo.com (18 VII 2007).
2 - Tamże, s. 419.
3 - Tamże; zob. Yoga Asana Sessions Increase Brain GABA Levels: A Pilot Study; E. J. Mundell, Yoga does a brain good, „Daily News” 11 VI 2007.
4 - E. J. Mundell, Yoga does a brain good…
5 - T. Oszubski, Patent na jogę, za: nowosci.com.pl (17 VII 2007).
6 - Zob. B. Condor, Living Well: Researcher documents the benefits of yoga in lifting depression, za: seattlepi.nwsource.com (18 VII 2007).
7 - Badania przeprowadzono od lipca 1998 r. do października 2001 r. Zob. Exercise helps reduce symptoms of depression, UT Southwestern researchers find, utsouthwestern.edu (12 VIII 2007).
8 - Benefits from aerobic exercise in patients with major depression: a pilot study, F. Dimeo, M. Bauer, I. Varahram, G. Proest, U. Halter, „British Journal of Sports Medicine” 2001, nr 35, s. 114-117, za: bjsm.bmj.com (12 VIII 2007); zob. Aerobic Exercise Lifts Depression in Treatment-Resistant Patients, drugawareness.org (12 VIII 2007). Badania te są cytowane m.in. w takich artykułach, jak: K. Knubben, F. M. Reischies, M. Adli, P. Schlattmann, M. Bauer, F. Dimeo, L. Ansley, A randomised, controlled study on the effects of a short-term endurance training programme in patients with major depression. Commentary, „British Journal of Sports Medicine” 2007, nr 41 (1), s. 29-33; M. H. Trivedi, T. L. Greer, B. D. Grannemann, T. S. Church, D. I. Galper, P. Sunderajan, S. R. Wisniewski, H. O. Chambliss, A. N. Jordan, C. Finley, T. J. Carmody, TREAD: TReatment with Exercise Augmentation for Depression: study rationale and design, „Clinical Trials” 2006, nr 3 (3), s. 291-305; G. M. Zunkel, Depressive Disorders: Treatment with Nonpharmacological Alternatives, „Complementary Health Practice Review” 2003, nr 8 (2), s. 116-127.
9 - B. Condor, dz. cyt.
10 - Na marginesie można dodać, że istnieją badania, które wykazują, że takie ćwiczenia, jak skłony, biegi, pompki, przysiady nie tylko znacznie wpływają na mózg i inteligencję, ale i pomagają powstrzymać rozwój choroby Alzheimera, ADHD i innych zaburzeń zdolności umysłowych. Chodzi tu zasadniczo o dotlenienie organizmu, a co za tym idzie – mózgu (wytwarzanie nowych komórek nerwowych). Zob. M. Carmichael, Mózg przez płotki, „Newsweek” 15 IV 2007, nr 15, s. 64; por. Yoga Asana Sessions Increase Brain GABA Levels…, s. 419.

Źródło: www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=1600
Joga Doprowadzila Mn ...
Kategoria: Medytacja
emo
Bóg mnie ocalił


Chciałbym dać świadectwo, jak bardzo niebezpieczne są joga, okultyzm, magia, medytacje i techniki pogańskiego Wschodu. Na początku wszystko to wygląda niewinnie, jednak jest to grzech bałwochwalstwa, który prowadzi do satanizmu. W moim życiu przeszedłem całą tę drogę. Ja, dzięki Bogu, dzięki modlitwie mojej mamy do Matki Bożej powróciłem do Pana.

Jako najstarszy z sześciorga rodzeństwa nie miałem łatwego życia. Obowiązki przerastające dziecinne możliwości, brak miłości, złe traktowanie i przekleństwa ojca sprawiły, że od dziecka byłem raniony i bardzo cierpiałem. Pomimo że wychowywałem się w rodzinie katolickiej, byłem letnim i nijakim katolikiem.

Nie znałem katechizmu, Jezusa i Pisma Świętego. Nie żyłem zgodnie z Dekalogiem i ciągle łamałem któreś z dziesięciu przykazań. Ponadto wierzyłem w zabobony, przepowiednie, chodziłem do wróżki (cyganki). . Nie wiedziałem, że brak modlitwy, trzymanie w domu posążków Buddy, znaków zodiaku, książek ezoterycznych, noszenie talizmanów czy pierścienia Atlantów, wiara w horoskopy, nałogowe oglądanie telewizji i złych treści w internecie jest grzechem bałwochwalstwa, który rozwija się w człowieku i jego otoczeniu jak choroba nowotworowa. Sam tego faktu doświadczyłem na sobie.

Ucieczka w pustkę

W wieku 23 lat poznaję dziewczynę i zachwycony jej urodą biorę z nią ślub, chociaż była osobą niepraktykującą a jej matka była rozwódką i korzystała z usług tarocistki i kabały. Bardzo ją kochałem. Żeby zarobić na mieszkanie, wyjechałem za granicę. W tym czasie moja żona miała wolny czas i pieniądze. Po pięciu latach naszego małżeństwa, z którego urodziło się dwoje dzieci, moja małżonka powiedziała mi, że kocha innego i odeszła. Przeżyłem szok i załamanie nerwowe. Uciekłem w alkohol. Nie chciałem pić, ale musiałem, chciałem zapić się na śmierć.

W 1990 roku trafiłem do ośrodka leczenia nerwic, gdzie uczestniczyłem w terapii grupowej. – Znikł jeden objaw nerwicy (pieczenie stóp), ale został niepokój, bezsenność, rozbita osobowość. Podświadomie szukałem ratunku i odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak cierpię? Dlaczego to zło mnie dotyka? Nie mogłem znieść ciszy i na przemian słuchałem radia i karmiłem swój wzrok programami telewizyjnymi. W 1991 roku w audycji radiowej usłyszałem ogłoszenie: „Joga – relaks – dobre samopoczucie – zajęcia pod wskazanym adresem”. Wówczas nie wiedziałem co to jest joga, ale wydawało mi się, że w niej znajdę odpowiedź na dręczące mnie pytania.

Joga

I tak wpadłem w sidła szatana. – Zacząłem praktykować medytację wschodnią i ćwiczenia jogi. Mój guru stał się moim bożkiem., głównie dlatego, że już przy pierwszym spotkaniu okazał mi dużo ciepła i troski, którego niestety nie zaznałem w rodzinie. Przestałem chodzić do Kościoła, żeby w pełnej wolności rozwijać się duchowo, psychicznie i finansowo. Po trzech miesiącach poczułem się znacznie lepiej, przestałem pić i palić. Zajęcia odbywały w klubie osiedlowym lub w szkole podstawowej. Odbywały się też zajęcia wyjazdowe. Wyjeżdżałem też na szkolenia do Holandii. olandiiHoNauczyciel posługiwał się także wyrwanymi z kontekstu słowami Pisma Świętego i modlitwą Ojcze nasz i mówił dużo o miłości. Ćwiczenia jogi, odpowiednie odżywianie oraz wiedza miały mi zapewnić przekroczenie siebie w celu uzyskania „stanu Buddy”, samozbawienia.

Któregoś dnia mój nauczyciel stwierdza, że powodem moich niepokojów i cierpień jest krzyż, który wisi w moim pokoju i każe mi go usunąć. – Jako pilny uczeń dostałem tajemne imię. Poznawałem inne religie: buddyzm, sufizm itd. Otrzymałem nakaz prowadzenia relaksu, podczas którego powtarzałem mantrę, odwołującą się do sił kosmicznych. Mantrami były skażone kasety relaksacyjne z podkładem muzycznym nagrywane w studio. Korzystałem z porad numerologa. Ta usługa miała mi zapewnić dobre zarobki. Brałem też leki homeopatyczne.

Twórcą homeopatii był dr S. Hahnemann. W 1777 r. został on przyjęty do Loży Masońskiej w Transylwanii. Dodatkowo parał się spirytyzmem. Jak sam oświadczył, homeopatia powstała dzięki informacjom, przekazanym mu podczas seansów spiritystycznych. Każdy spirytyzm, okultyzm, magia i joga – jakikolwiek ma rodowód – jest źródłem złych energii, emanujących na człowieka i jego otoczenie. One powoli, ale skutecznie rujnowały moją psychikę, ciało i duszę.

Krótko mówiąc, Lucyfer namawia ludzi do posługiwania się przekleństwami, wróżbami, mantrami, astrologią, numerologią, amuletami, bioenergoterapią, różdżkarstwem itd. Kościół natomiast proponuje modlitwę, sakramenty św. i sakramentalia np. woda święcona a przede wszystkim życie zgodne z Dekalogiem i Ewangelią.

Brałem tez udział w seansach uzdrawiających. Prowadził je guru stosując między innymi hipnozę. Uczęszczałem na festiwale podczas których profesjonaliści leczyli metodą reiki, kolorami, muzyką, bioenergioterapią, wahadełkiem, lekami homeopatycznymi. Sprzedawałem książki Sufizmu, tarota, kasety relaksacyjne i reklamowałem prowadzoną przez niego szkołę jogi i kursy Tarota. Medytowałem, mantrowałem i mudrowałem 20 godzin na dobę. Mało jadłem, mało spałem – oczekiwałem na obiecane oświecenie, a doświadczyłem przerażającej pustki i beznadziei.

Powrót do Boga

Były jednak okresy w moim życiu, kiedy chciałem się wycofać z grupy. Nie dałem jednak rady – zajęcia relaksacyjne działały jak magnes. Jeżeli dłużej niż tydzień nie poszedłem na zajęcia, czułem niepokój, szedłem na zajęcia – było lepiej. Przełom nastąpił w 2002 roku. Stało się to dzięki mojej mamusi, która wyprosiła u Matki Bożej Częstochowskiej dla mnie nawrócenie. Po 11 latach nie chodzenia do kościoła, ukląkłem na oczach mojego guru i poprosiłem Boga: „Boże co tu jest grane? Gdzie ja jestem?”. I Pan zlitował się nade mną. Natychmiast w moim umyśle zaświeciło światło Ducha Świętego i usłyszałem: „to jest sekta i guru kieruje umysłami tych, którzy uczestniczą w zajęciach jogi”. Moja decyzja była natychmiastowa: odchodzę, uciekam.

I wówczas zwaliło się na mnie całe piekło. Zaczął się horror. Szatan uderzył w ciało, psychikę i rzeczy materialne. Nie mogłem wejść do swojego domu. Czułem obecność zła w całym bloku mieszkalnym, a działy się rzeczy straszne. Krótko mówiąc miałem stracić życie i mieszkanie. Dzisiaj wiem, że przywrócenie do normalnego życia kogoś, kto był po uszy uwikłany w okultyzmie i magii jest większym cudem niż wskrzeszenie Łazarza. A piekło zaczęło się tak niewinnie: horoskopy, relaks, wróżby, talizmany, amulety, ćwiczenia jogi itp. Czułem, że ratunkiem dla mnie jest Kościół, ale przez pół roku nie mogłem wejść do kościoła, nie mogłem się modlić, słuchać Radia Maryja. Bardzo często leżałem przed Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, gdzie było mi trochę lżej.

W rękach Boga

W końcu udaje mi się wejść do Sanktuarium i przystąpić do spowiedzi. – Doświadczyłem czym jest mądrość, miłość miłosierna i moc Boga Ojca i Jezusa Chrystusa, który działa przez kapłanów i Kościół. Po opuszczeniu sekty postawiłem na Chrystusa i jego moc uzdrawiającą i uwalniającą w Kościele. To mnie uratowało. Gdyż tylko Jezus przywraca do życia owce, które się pogubiły i zaginęły, a te które słuchają Jego głosu, prowadzi do wiecznej szczęśliwości. Dzisiaj jestem świadomy, że ciałem i duszą byłem w przedsionkach piekielnych. Przez sześć lat byłem reanimowany w szpitalu Jezusa Chrystusa – Kościele za posługą księży charyzmatyków, egzorcystów. Jezus Chrystus spowodował, że zostałem uwolniony i uzdrowiony.

Dlatego apeluję i proszę ludzi odpowiedzialnych za media i pracujących w mediach: nie reklamujcie zła, nie walczcie z Bogiem i Kościołem – przecież w większości jesteśmy ochrzczeni. Nasi dziadkowie i pradziadkowie przelewali krew za naszą wolność. Nie niszczcie siebie, swoich rodzin, znajomych, naszej wspólnej, tak poranionej Ojczyzny, którą tylko sam Bóg może uleczyć, wywyższyć i uzdrowić. Ludzie biznesu, politycy – nie korzystajcie z porad wróżbitów, numerologów, astrologów itd., gdyż stałe korzystanie z ich magicznej wiedzy prowadzi do zaprzedania swojego życia, duszy i firmy diabłu.

Proszę, wyrzućcie z domu wszystkie rzeczy pogańskiego wschodu czy zachodu – książki, talizmany, pornografię, pierścienie Atlantów, znaki zodiaku itp. Wszystkie te rzeczy posiadają ducha innych kultur i religii, a niektóre są nasycone obrzędami szamańskimi i magią które odciskają piętno na naszej duszy i ciele. Odwracają nas od Boga, Chrystusa i Jego Kościoła, działają negatywnie na nas i na otoczenie.

Dlatego bardzo proszę, nie posyłajcie dzieci na kury szybkiego czytania, uczenia, jogi, kung-fu. Nie pozwalajcie, aby wychowywał je internet i telewizor. Powróćmy do modlitwy i nauki Chrystusa. Podejmijmy walkę ze złem, pamiętając, że szatan nigdy nie pokona Mądrości i Mocy Boga! A zwycięstwo przyjdzie przez Maryję – jak zapowiedział Sługa Boży Kardynał Wyszyński. Okazuje się, że były to słowa prorocze, gdyż pokonała Ona komunizm, pokona również liberalizm gdy porzucimy bałwochwalstwo i aborcję.

Dzisiaj jestem pewny, że powodem moich cierpień i niepowodzeń był grzech – grzech własny, grzech moich przodków, brak wiedzy i wiary. Mój błąd był zasadniczy: do 56 roku życia nie brałem pod uwagę i nie traktowałem poważnie Jezusa. Skutki tego były opłakane. Pomimo to Jezus Chrystus nigdy o mnie nie zapomniał! On jest jedynym Uzdrowicielem, który leczy ciało, duszę i psychikę. Doznałem uzdrowienia kręgosłupa, ducha i duszy. Dziękuję Ci, mój Jezu.

Przestroga

W Piśmie Świętym znalazłem genialną przestrogę św. Pawła, która streszcza wszystko, o czym dałem świadectwo:
Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę
przez tę filozofię, będącą czczym oszustwem,
opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata,
a nie na Chrystusie (Kol 2,.

We współczesnym świecie owe filozofie, oszustwa, ludzkie tradycje i żywioły świata funkcjonują w konkretnych organizacjach, ruchach, stowarzyszeniach, sektach i przybierają formę okultyzmu i magii. Stanowią one centrum neopogaństwa, określanego jako New Age, dlatego uważaj na czym budujesz.

Dziękuję wszystkim kapłanom, siostrom zakonnym i osobom świeckim, którzy pomogli mi wyjść z sekty i nadal pomagają, gdyż walka się nie skończyła, abym mógł wzrastać w miłości i świętości.
Bóg Wam zapłać i „Szczęść Boże!”

Wiesław

Żródło: www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=1892
Bóg Mnie Ocalil
Kategoria: Medytacja
emo
Jeszcze krotka informacja

Twórcą homeopatii był dr S. Hahnemann. W 1777 r. został on przyjęty do Loży Masońskiej w Transylwanii. Dodatkowo parał się spirytyzmem. Jak sam oświadczył, homeopatia powstała dzięki informacjom, przekazanym mu podczas seansów spiritystycznych.
Każdy spirytyzm, okultyzm, magia i joga – jakikolwiek ma rodowód – jest źródłem złych energii, emanujących na człowieka i jego otoczenie.
One powoli, ale skutecznie rujnowały moją psychikę, ciało i duszę.


Tekst pochodzi ze strony: www.katolik.pl/index1.php?st=artykuly&id=1892
Homeopatia
emo
Joga doprowadziła mnie do przedsionka piekła

Kiedy miałam dziewiętnaście lat, bardzo interesowałam się jogą. Zgłębianie jej zaczęłam od ćwiczeń, które miały usprawnić moje ciało, ale później ćwiczyłam również moją psychikę, bo tego wymagało pełne zaangażowanie się w jogę. Kupowałam książki, gazety, czytałam, jak krok po kroku dojść do "wielkiego szczęścia", czyli do połączenia się z wszechświatem.

Ćwiczyłam intensywnie, dzień w dzień, przez wiele godzin. Po trzech latach potrafiłam zgromadzić energię w każdej czakrze bez większego trudu. Teraz należało ją zebrać w jednym centralnym miejscu i otworzyć się na wszechświat. Obiecywano, że jest to szczyt dążeń jogi. Byłam gotowa. Nadszedł wieczór, kiedy byłam sama i nikt mi nie przeszkadzał. Chciałam zasmakować tego szczęścia. Udało mi się szybko zebrać całą energię; moje ciało było strasznie ciężkie, bez czucia, jakby obce. Czułam, jak z niego wychodzę, jak jest mi lekko, dobrze... Moim celem było połączenie się z jakąś bliżej nieokreśloną energią, która miała dać mi obiecane szczęście...

Naraz poczułam, że coś zaczyna mnie wchłaniać, coś strasznego, czarnego. Nie mogłam się uwolnić, a tak chciałam już wrócić z powrotem! Nie umiem opisać strachu, przerażenia, rozpaczy - chciałam wrócić do swojego ciała, a "to" mnie wciągało coraz mocniej i mocniej. Pomyślałam, że to chyba jest piekło i myśl moja powędrowała do dobrego Boga. W tym samym momencie wróciłam z powrotem. Do rana leżałam jak sparaliżowana; zlana zimnym potem, bałam się własnego oddechu. Miałam wrażenie, że przez chwilę byłam w piekle lub czymś, co to przypomina, pomimo wszelkich podręcznikowych zapewnień, że spotkać mnie miało wymarzone szczęście.

Kiedy ćwiczyłam jogę, moje życie układało się gładko. Miałam nawet pewne zdolności, np. wiedziałam, co się wydarzy, jak skończy się dana sytuacja życiowa znajomych, jak przebiegnie egzamin... Bawiło mnie to, ale i dawało jakieś poczucie wyższości nad innymi, bo ja potrafiłam wiele rzeczy przewidzieć, a oni nie. Nie zastanawiałam się wówczas, skąd to mam, było mi z tym po prostu wygodnie i to wystarczało.

Wszystko się zmieniło po tej pamiętnej nocy. Postanowiłam zerwać definitywnie z jogą i nie mieć z tym już nic wspólnego. Najgorsze było to, że nie mogłam o tym z nikim porozmawiać - bałam się posądzenia o chorobę psychiczną czy o zdziwaczenie, bo przecież wszyscy wiedzieli, co obiecywały mi podręczniki jogi.

Nigdy już do tej praktyki nie wróciłam, ale w moim życiu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Czułam, jak gdyby coś, co mi do tej pory sprzyjało, zaczęło mnie niszczyć. Byłam wychowana w wierze katolickiej, codziennie się modliłam, uczęszczałam co niedzielę na Mszę św., choć robiłam to bardziej z przyzwyczajenia i tradycji niż z potrzeby serca. Teraz każde pójście do kościoła było dla mnie katuszą. Już w drodze na Mszę św. było mi słabo, miałam wrażenie, że coś zabiera mi siły. Zawroty głowy, słabość w nogach, mdłości pojawiały się nagle i nie chciały mnie opuścić, a przecież byłam zdrowa fizycznie. W kościele stawałam zawsze przy drzwiach wyjściowych, bo nie byłam w stanie wejść w głąb. Wiele razy podsuwano mi krzesło, widząc jak bardzo jestem blada. A ja nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Zaczęłam spóźniać się na Msze św., żeby skrócić sobie katusze, którym byłam poddawana. Stałam się nerwowa, noce stały się dla mnie koszmarem, miałam wrażenie, że coś zabiera mi siły i życie. To trwało ponad trzy lata; byłam u kresu sił i podupadałam już na zdrowiu. Nadal bałam się o tym komukolwiek powiedzieć, a bardzo potrzebowałam pomocy, tym bardziej, że nachodziły mnie coraz częściej myśli podsuwające jedyny, zdawać by się mogło, sposób na uwolnienie się z tego koszmaru - śmierć.

Już jako dziecko żywiłam szczególnie ciepłe uczucie do Matki Bożej, przynosiłam jej kwiaty do ołtarza, rozmawiałam z Nią. Wiele lat temu obiecałam bliskiej mi osobie, że codziennie zmówię choć część różańca. Słowa dotrzymałam, choć kończyło się to przeważnie na jednym "Zdrowaś Mario". I właśnie podczas tego "Zdrowaś Mario" w ciągu owych trzech lat przychodziła mi do głowy wciąż ta sama myśl, która nękała mnie do bólu: "Zacznij przyjmować Komunię św. - ona da ci siłę". Zupełnie w to nie wierzyłam, bo jakże taki mały opłatek może mi pomóc, przecież go już przyjmowałam i nic szczególnego się nie działo. Ta myśl wciąż mnie jednak nękała. Aż wreszcie przyszedł koniec, moje własne siły się wyczerpały i wszystko zaczęło się walić: sam widok kościoła budził dreszcze i strach, a myśl o Matce Bożej sprowadzała od razu do mojej głowy bluźnierstwa, co było dziwne, bo przecież na swój sposób Ją czciłam. Powróciła do mnie myśl o przyjęciu Komunii św. Powiedziałam wtedy: �Dobrze, Panie Boże, niech Ci będzie. Ja obiecuję, że przez cały rok, co niedziela będę przystępować do Komunii św., ale Ty mi pomóż, bo ginę!". Było to postawienie Bogu ultimatum. Słowa dotrzymałam, choć Bóg jeden wie, ile mnie to kosztowało. Każda droga do ołtarza była męką, słabłam wiele razy, ale jednak szłam. Po pewnym czasie zauważyłam, że owa zła siła przestała mnie przemagać, przestała przeważać. Czułam jak obok powstaje we mnie coś nowego, coś większego, coś, co wraca mi siły. Nic z tego za bardzo nie rozumiałam, ale instynktownie czułam, że to moja jedyna deska ratunku.

Minął rok. Szłam na Mszę św. i cieszyłam się, że "swoje odrobiłam", i że jeśli nie chcę, nie muszę już podchodzić do Komunii i przeżywać po raz kolejny towarzyszących temu katuszy. Ludzie szli, a ja siedziałam w ławce, ksiądz skończył rozdawanie Komunii, a ja uczułam coś dziwnego w sercu, coś, co przyszło do mnie jakby z zewnątrz. Serce ścisnął mi żal nie do opisania, taki, z jakim żegna się ukochaną osobę na dworcu. Łzy popłynęły, smutek ściskał serce i wtedy zrozumiałam: odczułam brak Jezusa, zrozumiałam, że Komunia św. to nie tylko kawałek białego opłatka, że ja przyjmuję żywego Boga. Mój żal wypływał z faktu dobrowolnej rezygnacji z przyjęcia Go do swojego serca. Otworzyły mi się oczy, dopiero wówczas wiele rzeczy zrozumiałam.

Dziś staram się być blisko Boga, często uczestniczę we Mszy św. Pan często nawiedza moje serce i zalewa je swą miłością, choć nie szczędzi również krzyży i cierpienia, nigdy jednak nie zostawia mnie z tym samej. Moja walka ze złym zabrała mi jeszcze wiele lat i nadal trwa, ale Bóg mnie chroni. Ogarnia mnie tylko paniczny strach, gdy widzę jak wielu ludzi zabawia się we wróżbiarstwo, tarota, magię. Wiem, co to oznacza i jakie są tego konsekwencje. Również dlatego zdecydowałam się napisać to świadectwo, żeby przestrzec wszystkich przed tego typu praktykami.

Matko Boża, dziękuję za Twą opiekę, że mnie nie zostawiłaś, choć mój obiecany różaniec był taki krótki. Ze względu na moje marne "Zdrowaś Mario", Ty mnie, Matuś, nie opuściłaś.


Krysia


Tekst Pochodzi z: adonai.pl/zagrozenia/?id=14
Joga Doprowadzila Mn ...
Kategoria: Medytacja
COM_KUNENA_MORE
Wygenerowano w 5.23 sekundy