Home
Witamy, Gościu
Nazwa użytkownika Hasło: Zapamiętaj mnie

fratris (fratris)

  • Offline
  • Editor
  • Ranga: Administrator
  • Data rejestracji: 11/23/2010
  • Ostatnia wizyta: 10/08/2015
  • Strefa czasowa: GMT +1:00
  • Czas lokalny: 00:24
  • Wiadomości: 1041
  • Odsłon profilu: 4488
  • Oklaski: 22
  • Miejsce: Nieznany
  • Płeć: Mężczyzna
  • Data urodzenia: Nieznana

Podpis

Posty

Posty

emo
Kryteria rozpoznawania opętania/dręczenia demonicznego
Pierwszym kryterium jest awersja do rzeczy świętych. Człowiek stwierdza, że nie może się modlić, że nie może wejść do kościoła, bardzo źle się czuje będąc w kościele. Czasem jest tak, że nie może przystąpić do sakramentów, bardzo boi się wody święconej (mając dotknąć wody święconej, ucieka). Bardzo charakterystyczne i jednocześnie bardzo przekonujące jest rozpoznawanie wody święconej od wody zwykłej, czyli na jedną reaguje, a na drugą nie, chociaż może nie wiedzieć, która woda jest pobłogosławiona.
Kolejne kryterium jest takie: Osoba bardzo ostro reaguje na modlitwę egzorcyzmu, zwłaszcza kiedy następuje obrzęd przewidziany przez rytuał. Wskazania rytuału mówią, że egzorcyzm można podjąć wtedy, kiedy egzorcysta ma moralną pewność, że zastał sytuację opętania. Chodzi o pewność moralną. Nie jest to jednak rzecz w danym momencie stwierdzona do końca, a jedynie wewnętrzne przeświadczenie, że jest to opętanie albo że istnieje duże prawdopodobieństwo opętania. Wtedy podejmuje się egzorcyzm. Jest on – można by rzec – ostatecznym przejawem weryfikującym: tam, gdzie jest jeszcze wątpliwość, egzorcyzm rozstrzyga, czy osoba jest opętana czy mamy do czynienia z inną sytuacją, np. chorobą psychiczną.
Trzecie kryterium polega na tym, ze człowiek będący w mocy demona posiada „nieuprawnioną” wiedzę: np zna fakty z cudzego życia, doskonale orientuje się w zagadnieniach teologicznym – uprzednio nie mając nic do czynienia z teologią.
Czwarte kryterium rozwiązłość życia moralnego, posługiwanie się wulgaryzmami, rozbudzenie seksualne.

Rodzaje i stopnie dręczeń diabelskich

Można rozróżnić kilka rodzajów i pośrednich stopni ingerencji demonicznych, od kuszenia po opętanie.

1. Kuszenie do złego – zły duch usiłuje oddalić człowieka od Boga poprzez sprowadzenie człowieka na drogę grzechu. Dzieje się to poprzez kuszenie. Takiemu działaniu poddani są wszyscy ludzie, także Jezus cierpiał pokusy diabelskie. Stąd wynika konieczność czuwania, modlitwy i unikania okazji do grzechu.

2. Dręczenie (nękanie) diabelskie to działanie demona na daną osobę poprzez cierpienia i przekleństwa na poziomie zdrowia fizycznego, życia osobistego i zawodowego, komplikacje spraw materialnych.

3. Opresje demoniczne – działania zewnętrzne poprzez oddziaływanie fizyczne i nękania przez Szatana, jak np. niewytłumaczalne zjawiska, hałasy, przemieszczanie przedmiotów

4. Posiadanie diabelskie (obsesje) – zaburzenia w zachowaniu człowieka wyrażające się w braku równowagi duchowej, psychicznej i emocjonalnej wskutek ataków Szatana. Zły duch powoduje udręki wewnętrzne by sparaliżować duchowo człowieka. Mogą objawiać się poprzez natarczywe myśli, koszmary senne i próby samobójcze.

5. Nawiedzenie diabelskie – wskutek praktyk okultystycznych dotykających miejsc, w których się one odbywały oraz wykorzystanych przedmiotów (narzędzi magicznych, amuletów itd.). Dotyczy to także zainfekowania urokiem lub przekleństwem rzeczy, mieszkań a nawet zwierząt.

6. Opętanie diabelskie – wejście złego ducha w ciało człowieka i zawłada jego ciałem (nie duszą!). W pewnych okolicznościach (np. wobec świętości) manifestuje swoją obecność poprzez agresywne gesty, wulgarność, obrazoburstwo. Może wystąpić m.in. wskutek paktu szatańskiego – oddanie się diabłu, dobrowolne trwanie w grzechu, wskutek zaczarowania itd.

Sygnałami, które mogą przejawiać oddziaływanie lub wpływy diabelskie są:

1. Odraza do świętości.

* awersja wobec Boga, bluźnienie,

* wrogość do osób konsekrowanych i kapłanów,

* niemożność lub uprzedzenia do przystępowania do sakramentów, uczestniczenia Mszy św., nabożeństw i modlitwy, niechęć do nawrócenia,

* nerwowe reakcje na czyjąś pobożność, praktyki duchowe i modlitwy wstawienicze,

* wstręt do sakramentaliów (wody święconej, medalików i przedmiotów poświęconych, także wizerunków świętych); nerwowe reakcje albo sztywnienie na dotknięcie relikwią świętego, poświęconym medalikiem, szkaplerzem; wstręt do krzyża, znieważanie rzeczy poświęconych,

* sprośne myśli wobec tego, co nadprzyrodzone.

* dziwne zachowania w czasie jedzenia pobłogosławionych posiłków (np. z dolaną wodą święconą),

* niechęć do noszenia poświęconej odzieży lub ubrań z wszytym poświęconym medalikiem, (kiedy osoba będąca pod wpływem złego ducha nie wie o takim poświęceniu),

* przy modlitwie o uwolnienie mogą wystąpić szatańskie symbole na ciele, zdarza się materializacja przedmiotów, które opętany człowiek wypluwa z ust.

2. Dolegliwości psychiczne i fizyczne

* depresja, próby samobójcze,

* niespodziewane agresywne zachowania, nie tylko na tle religijnym,

* nagłe zmiany zachowań, trwałe zaniedbywanie się w obowiązkach,

* zboczenie płciowe,

* niewyjaśnione zakłócenia zdrowia (bóle fizyczne, głowy i żołądka, ścisk gardła),

* mówienie językami nieznanymi dręczonej osobie,

* posiadanie nadzwyczajnej siły fizycznej.

3. Zjawiska fizyczne w otoczeniu

* opresje – niewyjaśnione zjawiska w otoczeniu, odgłosy pukania, słyszalne kroki, przemieszczanie się, pojawianie i znikanie przedmiotów, samoczynne otwieranie drzwi i okien, zjawiska typu poltergeist,

* zachowanie zwierząt domowych jakby wyczuwały czyjąś obecność, wpatrują się w jedno miejsce, uciekają przestraszone,

* niekiedy w poduszkach, materacach osób opętanych odnajduje się dziwne przedmioty, np. laleczki, figurki zwierząt lub ludzi, bryłki zakrzepniętej krwi, kosmyki włosów, odłamki metalu lub drewna które mogą świadczyć o odprawieniu guseł czy innych form czarów.


pretremarc.wordpress.com/2012/09/27/kryteria-rozpoznawania-opetania-i-lub-dreczenia-demonicznego/
Kryteria rozpoznawan ...
Kategoria: Egzorcysta
emo
Przekaz dla racjonalistów.

Na tamtym Świecie też jest czas BOŻY. On jest inną funkcją jakby prostopadłą do czasu ziemskiego ( lub dla bardziej racjonalnego obrazu załóżmy, że pod znacznie mniejszym kątem), ale też biegnie ( tam jest prawdziwe życie w nieśmiertelnych ciałach materialnych z innej materii niż ziemska w Czasie i Świetle Bożym). I tak jak nie było w Planie Bożym grzechu pierworodnego, tak i nie było zdrady Lucyfera, czy potępienia Judasza Apostoła i wielu innych faktów.
Wielowymiarowość świ ...
Kategoria: Konstrukcja świata
emo
Św. Jan Józef miał ogromną wiedzę z zakresu teologii moralnej, był obdarzony darem Czynienia Cudów, Bilokacji i Lewitacji, miał Wizje. Podczas jednej z nich zobaczył Matkę Boża, która podała mu do piastowania Dzieciątko Jezus.
Św. Jan Józef / w e ...
Kategoria: Bilokacja i zapachy
emo
Teresa Neuman / w edycji
Teresa Neuman / w ed ...
Kategoria: Stygmatycy
emo
Św. Jan Józef miał ogromną wiedzę z zakresu teologii moralnej, był obdarzony darem Czynienia Cudów, Bilokacji i Lewitacji, miał Wizje. Podczas jednej z nich zobaczył Matkę Boża, która podała mu do piastowania Dzieciątko Jezus.
Św. Jan Józef od Krz ...
Kategoria: Lewitacja
emo
Pochodzący z Włoch, św. Józef z Cupertino żył w XVII w. Dziś uznawany za patrona m.in.: lotników i podróżników, miał niespotykaną umiejętność. Potrafił latać.

W 1630 r., w trakcie jednej z procesji upamiętniającej św. Franciszka z Asyżu, Józef wzniósł się w powietrze i znalazł się ponad rozmodlonym tłumem. Gdy wreszcie udało mu się wylądować, był tak zawstydzony, że uciekł wiernym sprzed oczu, by ukryć się w domu swojej matki. Najbardziej znany lot Józefa z Cupertino odbył się podczas papieskiej wizytacji w klasztorze, która miała miejsce podczas pontyfikatu Urbana VIII. Gdy św. Józef nachylił się, by ucałować stopy Ojca Świętego, wzleciał w powietrze. Inne jego uniesienie miało miejsce podczas mszy, która odbyła się w 1663 r. z okazji Święta Wniebowzięcia. Jego wzbicie się w powietrze widziało wówczas kilka tysięcy osób.

Według wielu relacji, św. Józef podczas modlitwy doznawał ekstazy. Czasami wystarczał widok świętego obrazu lub pieśń kościelna. Unoszenie się w powietrze było podobno wynikiem jego ekstatycznych przeżyć. Jego mistyczne ekstazy były tak częste i silne, że niejednokrotnie zamykano go w klasztorze.
św. Józef z Cupertin ...
Kategoria: Lewitacja
emo
Św. Jan Józef miał ogromną wiedzę z zakresu teologii moralnej, był obdarzony darem Czynienia Cudów, Bilokacji i Lewitacji, miał Wizje. Podczas jednej z nich zobaczył Matkę Boża, która podała mu do piastowania Dzieciątko Jezus.
Św. Jan Józef od Krz ...
emo
Charyzmatyk jest tylko prostym sługą. Posługuje Charyzmatami w KK. Są One dla budowania KK. Nie należą do niego ale do KK, a jak mówi Ewangelia Łk 12,39-48 stawiają znacznie wyższą poprzeczkę po śmierci na Sądach Ostatecznym i Szczegółowym


Czym są Charyzmaty znajdziecie tu;

www.kyrios.odnowa.org/?page_id=130


I nawet jak wymaga tego sytuacja i dotykaCharyzmatyk daną osobę to nie on dotyka, a PAN JEZUS i Cuda BOŻE jak sama nazwa wskazuje wykonuję nie on tylko BÓG TRÓJEDYNY.

Charyzmatyk jest Powołany tylko do Modlitwy Wstawienniczej i życia w jak najdalej posuniętej Czystości Serca. DUCH ŚWIĘTY Daje Charyzmaty takie jakie chce i komu chce. Nie wszystkie Charyzmaty jakie dostajemy są zgodne z naszą Wolą. Ale staramy się być Posłuszni BOGU.
O Charyzmatach
Kategoria: Charyzmaty + ukryte
emo
Charyzmatyk nie podchodzi do Posługi Charyzmatami jak fascynat, a podchodzi jak do Służby BOGU. Jeżeli i Ty pragniesz Posługiwać BOGU i być końcówkami PALCÓW BOGA TRÓJEDYNEGO jak także w JEGO IMIĘ Wiązać złe duchy i Posyłać je w konkretne miejsce i traktować to jako Służbę BOGU - Módl się o Te Charyzmaty, a na pewno jakieś dostaniesz - ale niekoniecznie będą zgodne z Twoją Wolą, ale z BOŻĄ i to BÓG Wyznaczy Ci Ścieżkę Służby.


Charyzmatyk nie dostaje danego Charyzmatu ani z powodu Świętości, ani z powodu zasług, ale dlatego, że BÓG uposażył go w szczególne Talenty pomocne w danej Posłudze, tak jak Kapłana przygotowuje już wcześniej, jak i później do tego, by mógł Posługiwać Sakramentami – i że ma to Służyć dla budowania Kościoła Katolickiego - czy to w przypadku Charyzmatyka, czy Kapłana, czy osoby Zakonnej . I nieraz nawet jak dana osoba nie prosi o żaden Charyzmat, czy Powołanie Zakonne, czy Kapłańskie – i tak Je dostaje i dana osoba w Posłuszeństwie BOGU Je przyjmuje mimo, że często zastanawia się dlaczego akurat ona dostała to Powołanie. Zdarza się też często, że dana osoba prosi o jakieś Powołanie i także bardzo często Je dostaje.


Wydaje mi się, że jeżeli osoba otwiera się na działanie Łaski w Jej Duszy - to BÓG OJCIEC bardzo mocno Działa w tej Duszy.
O Charyzmatach
Kategoria: Charyzmaty + ukryte
emo
Teleportacja

Teleportacja opiera się na tym, że cząstki (elektrony, jony czy atomy) są w zasadzie identyczne, tj. nie można ich odróżnić od siebie, jeśli tylko znajdują się w tym samym stanie kwantowym. Naukowcy doszli więc do wniosku, że aby coś teleportować, nie ma potrzeby przenoszenia na odległość materialnego obiektu.
Teleportacja nie oznacza przesyłania materii, ale przesyłanie stanu obiektu kwantowego. To inny foton lub atom w odległym miejscu przygotowuje się w takim (nieznanym) stanie, w jakim jest ten pierwszy. W dodatku do tego celu niezbędny jest dodatkowy klasyczny kanał informacji, taki jak telefon lub radio.
Kluczem do teleportacji jest zjawisko kwantowego splątania, które w tajemniczy sposób może łączyć ze sobą nawet najbardziej oddalone cząstki. Einstein nazwał je upiornym oddziaływaniem na odległość. Po raz pierwszy teoretycznie dowiodła to w 1993 roku amerykańska grupa pod kierunkiem Charles Bennetta z ośrodka badawczego IBM w Yorktown Heights.
W uproszczeniu polega ono na tym, żeby dwa odległe miejsca, pomiędzy którymi chcemy dokonać teleportacji, zaopatrzyć w pary splątanych fotonów. Jeden z fotonów pary musi pozostać u nadawcy, a drugi - u odbiorcy. Teraz łatwo jest przesłać foton na odległość, bo splątanie łączy fotony natychmiastową więzią. Kilka lat temu dokonano udanej teleportacji pojedynczych fotonów.
Aby zastosować w praktyce teleportację należy splątać nie pojedynczych fotonów, czy atomów, lecz dużo większych obiektów, jak choćby pakiet informacji.
Duży zbiór obiektów udało się splątać w 2001 roku trzem duńskim fizykom pod kierunkiem Eugene Polzika z Uniwersytetu w Aarhus. Były to dwie chmury atomów cezu, z których każda zawierała miliardy atomów. Co ciekawe, zespołowi Polzika po raz pierwszy udało się zrobić to, co - jak sądzą fizycy - jest kluczem do efektywnej teleportacji. - Dokonane przez nich splątanie nie wiąże ze sobą poszczególnych atomów obu chmur cezu. To wypadkowa ruchu atomów jednej chmury jest splątana z wypadkową ruchu atomów w drugiej chmurze. To znaczy, że chmura jako całość wygląda i zachowuje się identycznie jak jej "telepatyczna siostra". Jak to zrobili? Otóż każdy z atomów cezu posiada spin, czyli coś na kształt maleńkiej, wewnętrznej igły magnetycznej. Jeśli spiny atomów ustawiają się zgodnie, to się wzmacniają, a jeśli przeciwnie, to się osłabiają. Duńczycy mierzyli wypadkowe namagnesowanie obydwu chmur atomowych. I ten wypadkowy spin obu chmur splątali ze sobą. Co prawda tylko na mgnienie oka, około pół milisekundy, jednak w atomowej skali czasu to prawie wieczność.

Udana teleportacja wiązki promieni laserowych

Artystyczna wizja teleportacji obiektu

O udanej teleportacji wiązki promieni laserowych donieśli we wrześniu 2002 roku badacze z Australii. Przenieśli wiązkę na odległość jednego metra, ale jak sami twierdzą, nic nie stoi na przeszkodzie, by przenosić ją na dowolne odległości. Tak właśnie zrobili Australijczycy - zniszczyli wiązkę światła na jednym stole laboratoryjnym, a informacje o tym, jak ona dokładnie wyglądała, przesłali przez radio na drugi stół, gdzie w mgnieniu oka (dokładnie w czasie nanosekund) udało się "odbudować" taką samą (a w zasadzie tę samą) wiązkę złożoną z miliardów fotonów.
Co ciekawe, w wiązkach światła zapisane były informacje - tak samo jak w świetle przesyłanym światłowodami zapisuje się rozmowy telefoniczne. Po teleportowaniu naukowcy bez trudu odczytali w nowej wiązce to, co zapisali wcześniej w starej!
Nigdy też wcześniej nie przesłano w ten sposób miliardów fotonów z zapisaną informacją, co otwiera drogę do praktycznych zastosowań teleportacji.
Doświadczenie Australijczyków to prawdziwy przełom. Otwiera drogę do stworzenia superszybkich i bardzo bezpiecznych systemów komunikacyjnych - komputerów kwantowych. Zdaniem fizyków komputery te wyprą komputery wykorzystywane dziś, dzięki nieporównywalnie większej pamięci i ogromnej prędkości obliczeń. Praca Australijczyków przyczyni się również do opracowania nowych metod całkowicie bezpiecznego przesyłania zaszyfrowanych danych - np. numerów kont osobistych czy kart kredytowych. Szpieg, który będzie chciał podsłuchać rozmowę czy przesyłaną informację, musiałby zniszczyć idealną zgodność pomiędzy oryginałem a teleportowaną kopią. Wystarczy więc wprowadzić procedury sprawdzania zgodności, by wykryć albo szpiega, albo... inne zakłócenia na linii (co przyczyni się do polepszenia jakości transmisji).
Zespół odkrywców liczył 12 osób z Australii, Niemiec, Francji, Chin i Nowej Zelandii. Ścigał się w palmę pierwszeństwa z 40 innymi grupami badaczy.

Teleportacja pojedynczych atomów

W czerwcu 2004 roku poinformowano o teleportacji stanów kwantowych pomiędzy dwoma "splątanymi" atomami. Atomy wapnia udało się teleportować naukowcom austriackim z Uniwersytetu w Innsbrucku, natomiast berylu dokonał zespół z National Institute of Standards and Technology w Boulder w Kolorado. Udało im się przenieść stan kwantowy jednego jonu na inny, który był oddalony o ułamek milimetra.
Zdaniem niektórych naukowców przy dotychczasowym poziomie nauki możliwość podobnego przenoszenia ciał stałych z jednego miejsca na inne jest całkiem realna, i to w niedalekiej już przyszłości.
Jeśli chodzi o większe obiekty, w tym ludzi, uczeni są niezwykle ostrożni z podawaniem dat. Prawa natury nie stoją na przeszkodzie, by tego dokonać. Jednak złożoność problemu jest tak ogromna, że nikt jeszcze w tej chwili nie myśli o tym poważnie.
teoria OTW Einsteina ...
Kategoria: Konstrukcja świata
emo
Badania kodu DNA dowodzą, że pochodzimy od jednych Rodziców. Jest to argumentem przeciw fałszywej teorii reinkarnacji.

(artykuł w "Świecie Nauki" o badaniach na zlecenie ONZ o kodzie DNA gdzie dowiedziono że ludzie pochodzą od jednych Rodziców. Zrobiono to na bazie obserwacji mutacji jakiegoś genu)

Wg kalendarz Żydowskiego w 2010 roku był rok Żydowski 5770/5771.Długość roku zwykłego może wynosić 354, 355 lub 356 dni. Długość roku przestępnego może wynosić 383, 384 lub 385 dni. Są to lata odpowiednio: ułomne, zwykłe i pełne. W roku ułomnym cheszwan ma jeden dzień mniej. W roku pełnym kislew ma jeden dzień więcej.

pl.wikipedia.org/wiki/Kalendarz_żydowski


Natomiast badania archeologiczne moim zdaniem dowodzą że najstarsi ludzie nie żyją na ziemi dłużej niż 9 000 lat p.n.e., gdyż nie było wcześniej żadnych osad ludzkich a one są niezbędnym czynnikiem by rozróżnić życie w przeszłości - człowieka od małpy.
kiedy żyli Adam i Ew ...
Kategoria: Konstrukcja świata
emo
O charyzmatach
Luty 26, 2011

Co to jest charyzmat?
Charyzmat z gr. „charisma” oznacza „bezinteresowny dar”. Nie jest więc udzielany za zasługi, nie jest żadnym wyróżnieniem jak niekiedy potocznie się to odbiera. Jest darem ku zbudowaniu Kościoła. Charyzmatu więc nie można się ani nauczyć, ani kupić (zobacz Dz 8,18-23). Kodeks Kościoła Katolickiego (KKK 799) podaje: „Charyzmaty, zarówno nadzwyczajne, jak również proste i zwyczajne, są łaskami Ducha Świętego, bezpośrednio lub pośrednio służącymi Kościołowi”.

Inaczej mówiąc, charyzmat to zdolność, jaka pojawia się w człowieku dzięki Duchowi Świętemu.
Może być to naturalna zdolność, która poddana Duchowi Świętemu buduje Kościół. Tak mówi się czasem że ktoś ma charyzmat śpiewu, charyzmat ładu i porządku, charyzmat zachęcania innych do czynienia dobra.
Może to być także nadnaturalny dar od Ducha Świętego. Mówimy wtedy o charyzmacie modlitwy w językach, proroctwa, rozeznawania i innych.
Każdy charyzmat – za wyjątkiem modlitwy w językach – oznacza zdolność do podjęcia służby. Charyzmat – zwyczajny czy nadzwyczajny – nie jest dla osoby która go otrzymała, lecz jest dany po to, aby służyć innym.

Po co charyzmaty?

„Bo Pan Bóg nie uczyni niczego, jeśli nie objawi swego zamiaru sługom swym, prorokom.” (Am3,7). Wynika z tego, że nadprzyrodzonemu działaniu Pana zawsze towarzyszy charyzmat, który dany jest po to, by poznano i chwalono prawdziwego Autora cudu. Dzięki posłudze charyzmatycznej Lud Boży uwielbia swego Pana, który żyje pośród nas i działa z mocą. W KKK 768 czytamy: „Aby Kościół mógł wypełniać swoje posłanie, Duch Święty uposaża go w rozmaite dary hierarchiczne oraz charyzmatyczne i przy ich pomocy nim kieruje”.
Charyzmaty nie są więc jakimś dodatkiem, lecz wraz z hierarchią są niezbędne – „aby Kościół mógł wypełnić swoje powołanie” oraz „zostają udzielone w celu budowania Kościoła, dla dobra ludzi oraz ze względu na potrzeby świata” (KKK 799)
(KKK 800) Charyzmaty powinny być przyjmowane z wdzięcznością przez tego, kto je otrzymał, ale także przez wszystkich członków Kościoła. Są one rzeczywiście wspaniałym bogactwem łaski dla żywotności apostolskiej i dla świętości całego Ciała Chrystusa, pod warunkiem jednak, że chodzi o dary, które prawdziwie pochodzą od Ducha Świętego i żeby były wykorzystywane w sposób w pełni zgodny z autentycznymi poruszeniami tego Ducha, to znaczy w miłości, będącej prawdziwą miarą charyzmatów.

Czy ja też mogę być charyzmatykiem?

Ponieważ charyzmat nie jest wyróżnieniem ani nagrodą, lecz otrzymują go wszyscy ochrzczeni w Duchu w imię Jezusa Chrystusa ku chwale Boga Ojca – „w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (Mt 28,19), dlatego ty też, jeśli otrzymałeś chrzest zanurzający cię w śmierć Chrystusa, otrzymałeś nowe życie Jezusa Zmartwychwstałego, życie w Duchu Świętym, które wyraża się w rozlicznych darach i przejawach, m.in. poprzez miłość, pokój, radość, a także przez charyzmaty. (por. Rz 6,2-5; 14,17).
Zwróć jednak uwagę, że mowa tu w wielu fragmentach Pisma o tych, którzy „umarli dla grzechu” i „narodzili się” do nowego życia. Jeżeli żyjesz dla siebie, a nie dla Chrystusa, jeżeli nie umarłeś dla siebie, by żył w tobie Jezus (Ga 2,19-20), charyzmaty w Tobie będą jedynie w formie potencjalnej, podobnie jak w ziarnku jest potencjalnie krzew gorczycy. (por. Łk 9,24; J 12,24; Mk 4,30-32), a łaski chrzcielne pozostaną w tobie czymś na podobieństwo prezentu, który dostałeś… ale go nie rozpakowałeś.
Wszystkie charyzmaty są nam dane dla zbudowania Kościoła, a nie dla naszych prywatnych korzyści. Nie są one także „orderem” czy też „nagrodą za świętość”. Posiadanie charyzmatów nie jest wyróżnieniem ani za szczególne osiągnięcia duchowe, ani za wieloletni staż we wspólnocie. Są darem od Ducha Świętego, który udziela ich tak jak chce (por. 1 Kor 12,11).
Potrzeba, aby każdy chrześcijanin był otwarty i spragniony charyzmatów. Nie należy jednak zazdrościć innym, iż posługują darami charyzmatycznymi, których sami nie posiadamy. Zazdrość duchowa przeszkadza w życiu wiary i modlitwy. Jeżeli pragniesz daru dla posługi, proś aby Pan ci go dał.

Sobór Watykański II

Podczas Soboru Watykańskiego II pojawił się wyraźny spór o definicję charyzmatu. Owoc tego sporu miał zaważyć na istnieniu w Kościele katolickim ruchu Odnowy w Duchu Świętym.
W efekcie prac Sobór Watykański II powrócił do tradycji wynikającej z Pisma Świętego. Charyzmatów nie traktuje się już jako oznaki świętości, ale jako dar dla dobra innych, dla dobra wspólnoty i jako wyposażenie każdego wierzącego w celu głoszenia Ewangelii. Otworzyło to drogę to tworzenia się grup charyzmatycznych złożonych z ludzi świeckich, a w konsekwencji – Ruchu Odnowy w Duchu Świętym.
Z inicjatywy kardynała Leona-Josepha Suenesa w 1974 roku w Malines w Belgii spotkała się międzynarodowa grupa teologów ( m. in. Joseph Ratzinger, były kardynał Prefekt Kongregacji Nauki i Wiary). Dzięki pracy tej grupy powstał w 1975 roku tzw. I Dokument z Malines, obecnie wydawany po polsku po raz drugi pod tytułem: Teologiczne i duszpasterskie wskazówki dotyczące Odnowy charyzmatycznej w Kościele katolickim. W kolejnych latach powstały następne dokumenty. W sumie jest ich pięć. Dokumenty z Malines jasno określają teologiczne podstawy i pastoralne znaczenie Odnowy charyzmatycznej, ułatwiają jej zrozumienie i przestrzegają przed możliwymi wypaczeniami.
Pod wpływem kard. Suenensa, o którym słusznie się mówi, iż był jednym z architektów Soboru Watykańskiego II, w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen gentium umieszczony został ważny tekst o charyzmatach, w którym między innymi czytamy:
„A ponieważ charyzmaty, zarówno najznamienitsze, jak i te bardziej pospolite a szerzej rozpowszechnione, są nader sposobne i pożyteczne dla potrzeb Kościoła, przyjmować je należy z dziękczynieniem i ku pociesze. O dary zaś nadzwyczajne nie należy ubiegać się lekkomyślnie ani zarozumiale spodziewać się po nich owoców apostolskiej działalności; sąd o ich autentyczności i o właściwym wprowadzaniu ich w czyn należy do tych, którzy są w Kościele przełożonymi i którzy szczególnie powołani są, by nie gasić Ducha, lecz doświadczać wszystkiego i zachowywać to, co dobre (por. 1 Tes 5,12 i 19-21)” (LG 12).
Tekst ten w pewnym sensie umożliwił powstanie Odnowy charyzmatycznej w Kościele katolickim. Kard. Leon Joseph Suenens w 1975 roku osobiście przekonał Ojca Świętego Pawła VI do tego ruchu. Od tego czasu z woli Papieża ” towarzyszył” Odnowie. W 1978 roku pod jego patronatem zorganizowane zostało w Rzymie Międzynarodowe Biuro Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej – International Catholic Charismatic Renewal Services – ICCRS (www.iccrs.org/)

Zobacz: www.lccrs.org/index.html

Charyzmatów jest wiele, a Duch Święty jest nieograniczony w działaniu. Przyjrzyjmy się niektórym z charyzmatów.

DAR JĘZYKÓW

Historia

W Starym Testamencie nie ma wzmianki o takim darze. Został zapowiedziany przez Jezusa dopiero po Jego zmartwychwstaniu: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą;” (Mk 16,15-17).

Apostołowie, prości rybacy, nie mogli sobie zdawać sprawy z tego co znaczy ta obietnica. Dar pojawił się po zesłaniu Ducha Świętego: „Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też języki jakby z ognia, które się rozdzieliły, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.” (Dz 2,1-4).

Po upływie I wieku zanikają informacje o szerokim występowaniu daru języków. Znane są pojedyncze przypadki świętych, np. św. Franciszek Ksawery, św. Jan Maria Vianney. Później używanie daru języków stało się rzadkie i „zarezerwowane” dla życia zakonnego, dla świętych.

Odrodzenie jak nastąpiło po Soborze Watykańskim II.

Czym jest Dar języków?

Dar języków jest modlitwą pozapojęciową, w której można wyrazić to, czego nie da się wypowiedzieć słowami, bardziej rodzajem ekspresji, niż przekazu treści. Bywa on nazwany “darem zwerbalizowanej kontemplacji”. Nie wymaga on większego zrozumienia, posłuszeństwa i formy, niż te modlitwy, na jakie stać dzieci. Jest to jak gdyby “gaworzenie przed Panem Bogiem”.

Św. Paweł mówi o nim jako o zjawisku powszechnym pośród wspólnot i nie domaga się jego ograniczenia, pragnie tylko wprowadzić większy porządek przy korzystaniu z tego daru. On sam potwierdza swoje osobiste doświadczenie w modlitwie językami: “Dziękuję Bogu, że mówię językami lepiej od was wszystkich” (1Kor 14, 18). Paweł pragnie przy tym, żeby ten dar obejmował jak najszersze rzesze wiernych: “Chciałbym, żebyście wszyscy mówili językami” (1 Kor 14, 5).

Dar języków jest najpierw rodzajem modlitwy prywatnej, nawet jeżeli praktykowany jest we wspólnocie: “Ten kto mówi językami, buduje siebie samego”(1Kor, 14, 4).

Jest to modlitwa, którą Duch Święty ma przygotowaną dla nas, aby w chwili naszej słabości lub wtedy, kiedy treść, którą nosimy w sercu i pragniemy przekazać Bogu, przekracza nasze ograniczone słowa, zastąpić naszą słabość, niezdarność i brak rozeznania co do potrzeb nas samych i wspólnoty. “Ten bowiem, kto mówi językiem, nie ludziom mówi, lecz Bogu. Nikt go nie słyszy (tzn. nie rozumie), a on pod wpływem Ducha mówi rzeczy tajemne” (Kor 14, 2).

Jest to modlitwa odpowiednia do każdej okoliczności, Duch Święty wie bowiem najlepiej, jakich użyć słów, aby trafić bezpośrednio do serca samego Boga. Jest to najłatwiejszy sposób, aby oddać się do dyspozycji Ducha Świętego. Kiedy modlimy się w językach, to pokazujemy Panu Bogu problem i „nie narzucamy” rozwiązania. Podobnie jak Maryja na weselu w Kanie Galilejskiej, która powiedziała Jezusowi tylko „Synu, nie mają już wina” – i to wystarczyło.

“Podobnie także Duch Święty przychodzi z pomocą naszej słabości, gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie sposób wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą” (Rz 8, 26-27).

Dar ten, wykorzystywany we wspólnocie, pomaga lepiej otworzyć się na Słowo Boże, oczyszcza myśli i serce od osobistych wyobrażeń Boga i Jego woli, a przygotowuje na przyjęcie woli Boga. Jest jak gdyby “bazą” na podstawie której “uaktywniają się pozostałe dary”. Pozwala też wyciszyć serce z wszelkich nieuporządkowanych myśli i pragnień, uwrażliwiając na przekaz słowa Boga, dlatego też często na bazie tego daru pojawia się we wspólnocie dar proroctwa.

Dar języków może przejawiać się w różnych odmianach:

- jubilacja – jest to bądź śpiew w językach, bądź też śpiew jakiegoś wyrazu, np. alleluja, na improwizowaną melodię. To sposób modlitwy wspólnotowej, modlitwy uwielbienia Pana, który nie wymaga właściwego daru języków, ale stanowi jak gdyby wstęp do niego i bardzo często w ten dar się przeradza.
- glosolalia – jest to właściwy dar języków.
- ksenolalia – jest to sytuacja, w której osoba modląca się w językach wypowiada słowa w jakimś określonym języku, (np. hebrajskim), którego jednak zupełnie nie zna, ani też nigdy nie słyszała.

Dar języków w praktyce

Człowiek posiadający dar języków w pełni go „kontroluje”. Modli się zupełnie świadomie, jest też w pełni wolny, czyli może zacząć i skończyć modlitwę kiedy tylko zechce. Jest jednym ze zwykłych modlących się we wspólnocie, tyle tylko, że jego usta wypowiadają nieznane słowa. Modlitwa w językach domaga się współpracy człowieka z Bogiem, jest ona bowiem pewną kombinacją elementów boskich i ludzkich, a inicjatywa wychodzi zarówno ze strony człowieka, jak i Boga. Człowiek oddaje w tej modlitwie Bogu swój język, głos, wolę, natomiast Duch Święty organizuje to wszystko w jedną całość, nadając modlitwie nadprzyrodzoną treść.

Aby modlić się w językach, trzeba przełamać wewnętrzny opór wiążący się z koniecznością wypowiadania niezrozumiałych przez siebie słów. Ten opór jest główną przeszkodą w modlitwie językami. Aby otrzymać dar języków, można prosić o to Pana i po prostu… ćwiczyć! To ćwiczenie pomaga przełamać wewnętrzne opory przed samym sobą i jednocześnie otwiera na działanie Ducha Świętego. Można to porównać do przykładu małego dziecka, które próbuje wypowiadać przed Ojcem pierwsze słowa. Czy Ojciec Niebieski nie będzie się radował z tego powodu? Warto więc na początek zacząć w trakcie modlitwy osobistej wychwalać Pana nasuwającymi się spontanicznie słowami, nie zwracając uwagi na treść, ale próbując skoncentrować się na samej Bożej Obecności.
Można następnie zatrzymać się przy jakiejś formule lub słowu, np. “Alleluja”, lub “Abba, Ojcze”, powtarzając ją wielokrotnie i szybko. Po dłuższej chwili łatwo zauważyć, że język w pewien sposób nie nadąża za wypowiadanymi treściami. Jest to moment, w którym sam Duch Święty będzie chciał wkroczyć w naszą modlitwę ze swoją modlitwą. Warto wtedy spróbować wypowiedzieć treść modlitewną w postaci spontanicznie nasuwających się słów, które nie mają większego sensu.

Początkowo wszystko to wydaje się sztuczne, pojawia się wewnętrzny opór i obawa że jest to tylko nasze działanie, bez pomocy Ducha Świętego. W pewnym sensie tak jest istotnie. Jednakże gdy człowiek przełamie wewnętrzny opór, z czasem zauważy, że wypowiadane słowa jak gdyby same zaczynają układać się w pewną całość i wypływają jak gdyby spontanicznie, popychane jakąś wewnętrzną siłą. Wtedy właśnie to Duch Święty wkracza w nasze “ćwiczenie” i to On zaczyna przemieniać je w modlitwę Duch Święty bardzo dyskretnie i w sposób początkowo niezauważalny „przejmuje kontrolę” nad naszą modlitwą, układając wypowiadane dźwięki w harmonijną całość. W ten sposób pod działaniem Ducha Świętego zaczynają wypływać z naszych ust dziwne głoski do tej pory niesłyszane, powodowane jakimś impulsem wewnętrznym. Niektórzy od razu otrzymują dar wygłaszania modlitw całkowicie skomponowanych, inni otrzymują „zaledwie” dwa, trzy słowa.

Proroctwo w językach i dar tłumaczenia języków

Polega na przekazaniu wiadomości, jaką Duch Święty pragnie zakomunikować nam w językach. Osoba, która otrzymała taki dar podczas tłumaczenia czuje, że w jej usta wkładane są kolejno słowa tzn., że po wypowiedzeniu pierwszego nasuwa się następne i tak dalej. Trzeba, więc odwagi i ogromnej wiary, aby wypowiedzieć tylko jedno słowo, które w danej chwili się słyszy bez jasności tego, co będzie dalej.

Dar tłumaczenia nie jest literackim przekładem wiadomości. Jest to zupełnie odrębny dar, który nadaje sens całości, a nie tłumaczy poszczególnych słów. Św. Paweł mówił: „Jeżeli korzysta ktoś z daru języków, to niech mówią kolejno dwaj, najwyżej trzej, a jeden niech tłumaczy! Gdyby nie było tłumacza, nie powinien mówić na zgromadzeniu; niech zaś mówi sobie samemu i Bogu!” (1 Kor 14,27-28).

DAR PROROCTWA

Nie polega na przepowiadaniu przyszłości, (chociaż niektóre proroctwa mogą mieć taki charakter), lecz jest to „specjalna wiadomość” od Pana Boga. To przekaz radości, światła, napomnienia, odwagi, pocieszenia, nadziei. „Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz jeszcze znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy, i oznajmi wam rzeczy przyszłe.” (J 16, 12-13). Tak, więc jest to głos samego Jezusa, który chce mówić do nas poprzez Ducha Świętego, chce nas zapewnić, że jest wciąż żywy i obecny wśród nas, że troszczy się o każdego i zna nasze osobiste problemy.

W rozumieniu biblijnym prorok to ktoś, kto mówi w imieniu Boga. Nie należy proroka traktować jak wróżki, czy jasnowidza. Czyli prorokować: to mówić w imieniu Boga, przesyłać specjalną wiadomość dla wspólnoty lub pojedynczej osoby od Pana. Św. Paweł mówi: „Ten zaś, kto prorokuje, mówi ku zbudowaniu ludzi, ku ich pokrzepieniu pociesze.”(1 Kor. 14, 3). Na ogół proroctwa, które słyszymy na spotkaniach modlitewnych mają na celu dodać odwagi, nadziei i ufności, pocieszają i zapewniają o ojcowskiej miłości ze strony Boga. Nie są to nigdy rozkazy, groźby, lecz co najwyżej delikatne napomnienia. Św. Paweł napomina nas: „Ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie. Wszystko badajcie, a co szlachetne -zachowujcie.” (1 Tes. 5, 19-21). Jak z tego wynika, obok prawdziwego proroctwa mogą się pojawić również fałszywe.

Istnieją kryteria oceny, czy proroctwo jest autentyczne czy nie:

1. Proroctwo powinno zostać rozeznane przez osobę, której został dany przez Ducha Świętego dar rozeznania.
2. W treści proroctwa powinny być elementy dodające odwagi, pocieszające, łagodnie napominające, wlewające w serce nadzieję. Jeśli istnieją w nim elementy przedstawiające groźby, wyrzuty, przepowiadające kary, które zasiewają w duszach strach przygnębienie i dezorientację, proroctwo takie powinno być ocenione jako fałszywe.
3. Głównym celem powinno być głoszenie chwały Bożej. Wypowiadane słowa powinny wypływać z obfitości Bożej miłości.
4. Pewność, że proroctwo dotyczące przyszłości jest autentyczne można uzyskać dopiero wtedy, gdy zostanie ono spełnione, toteż należy podchodzić do nich z ostrożnością i pewną rezerwą.
5. Treść proroctwa musi być zgodna z Pismem Świętym i nauczaniem Kościoła. Jeśli tak nie jest, fałszywość jest ewidentna, bowiem Duch Święty nie przeczy samemu sobie.
6. Treść proroctwa powinna rozwijać w nas życie Chrystusa, pogłębiać wzajemną miłość. Jeśli natomiast pobudzi niezdrową ciekawość, wywoła chorobliwe pragnienia, odwróci naszą uwagę od Boga – należy je uznać za fałszywe.
Proroctwo może być przekazane w mowie wiązanej, w językach (wtedy jest potrzebna osoba z darem tłumaczenia języków), lub może to być fragment z Pisma Świętego, albo obraz.

DAR ŁEZ

Ten dar towarzyszy często nawróceniom, jest wyrazem stanu szczęścia wypływającego z doświadczenia bliskości kochającego i przebaczającego Boga. Bardzo często dar ten wiąże się ze stanem pocieszenia duchowego i towarzyszy doświadczeniu emocjonalnego uniesienia, które często pojawia się pod wpływem działania Boga. Dar łez jest więc zewnętrznym przejawem działania Boga w sercu człowieka, podczas którego doświadcza on szczególnego stanu pocieszenia, a jego dusza rozpala się miłością do Boga.

Dar łez ma charakter oczyszczający i rodzi w sercu poczucie wolności i szczęścia. Podobnie jak dar zaśnięcia w Panu, ma charakter daru “nietrwałego”, udzielanego w określonych momentach życia, ale może występować również w formie stałej (na przykład u św. Ignacego czy wielu innych świętych) i wtedy staje się cenną pomocą w procesie rozeznawania jako potwierdzenie działania Ducha Świętego.


www.kyrios.odnowa.org/?page_id=130
O Charyzmatach
Kategoria: Charyzmaty + ukryte
emo
Mt 22,1-14
A Jezus znowu w przypowieściach mówił do nich: "Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: "Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!" Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy [ich], pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: "Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie". Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: "Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego?" Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: "Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów". Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych".
piekło
Kategoria: Cytaty z Biblii
emo
Iz 25, 6-10
Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win, z najpożywniejszego mięsa, z najwyborniejszych win. Zedrze On na tej górze zasłonę, zapuszczoną na twarz wszystkich ludów, i całun, który okrywał wszystkie narody; raz na zawsze zniszczy śmierć. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza, odejmie hańbę od swego ludu na całej ziemi, bo Pan przyrzekł. I powiedzą w owym dniu: Oto nasz Bóg, Ten, któremuśmy zaufali, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność: cieszmy się i radujmy z Jego zbawienia! Albowiem ręka Pana spocznie na tej górze. Moab zaś będzie rozdeptany u siebie, jak się depcze słomę na gnojowisku;
Biblijna zasłona
Kategoria: Cytaty z Biblii
emo
Świadectwo Katarzyny Bednarczyk - Siemińskiej
piątek, 04 grudnia 2009 20:21









Pani Katarzyna Bednarczyk - Siemińska (55), przyszła w samotnej, pieszej pielgrzymce z Kazimierza Dolnego (k/Lublina) do Medziugorja. Szła 62 dni. Wyruszając w drogę nie zabrała nic ze sobą, ufając jedynie w Bożą Opatrzność. W jej rękach znajdował się tylko krzyż, brewiarz i mapa. Ofiarowała tę pielgrzymkę w intencji pokoju na świecie i pojednania wszystkich ludzi, którzy są jedną wielką Bożą rodziną. Pani Katarzyna nie ma dzieci. Jej mąż jest artystą malarzem.



Oto jej świadectwo:



Przybyłam pieszo do Medziugorja, ponieważ Matka i Królowa Pokoju objawia się tutaj. Wierzę w to, że Maryja przychodzi w to miejsce i właśnie dlatego chciałam i ja tu być. Ona jest oczywiście obecna wszędzie, ale w Medziugorju w sposób szczególny. Jest tutaj, ponieważ chce przygotować nas na spotkanie z Jezusem, z Bogiem, z Bogiem, który jest naszym Ojcem. Żyjemy w trudnych czasach. Myślę, że nadszedł czas na pojednanie całej ludzkości. Taką właśnie intencję otrzymałam w czasie modlitwy. Wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi. Ludzie powinni wychodzić sobie naprzeciw. Ludzkość przeżywa obecnie jakby bóle rodzenia. Musimy być tego świadomi. Wszyscy ludzie są naszymi braćmi. Właśnie dlatego nie niosłam ze sobą ani chleba, ani wody. Świadomie i celowo, chciałam być zależna od tych, których miałam spotkać na swojej drodze. Czasami chcieli, abym wzięła ze sobą coś do jedzenia i picia, ale ja zawsze odmownie dziękowałam. Jest czymś pięknym i dobrym prosić innych o pomoc, a ludzie zawsze są szczęśliwi kiedy mogą coś zaoferować. Wtedy właśnie doświadczamy tego, że jesteśmy jedną rodziną. Wtedy też w sposób szczególny Bóg działa przez nich. Czasami byłam odrzucana, nie przyjęto mnie, ale to też jest dobre doświadczenie. Jak wiele razy Bóg puka do naszych serc, a my nie chcemy Mu otworzyć, odpychamy Go. Tak często spotykamy Jezusa w bezdomnych i biednych, a jeśli nie chcemy tego zauważyć to naprawdę jesteśmy ślepi. Wszyscy ludzie są członkami naszej rodziny, nie wykluczając cierpiących, nawet chorych umysłowo. Czasem ktoś chce nam coś ukraść. Powinniśmy pozwolić nawet na to. Nie zamykajmy się na innych, otwórzmy nasze serca a ludzie będą mniej agresywni. Musimy uświadomić sobie, że jesteśmy jednością, jednym ciałem. Czasami chcemy być lepszymi od innych, ale Bóg nie chce, abyśmy za takich się uważali. On chce tylko, żebyśmy byli po prostu dobrzy. Bycie dobrym nie oznacza bycia lepszym od innych. Musimy prosić Boga o pomoc, musimy prosić ludzi o pomoc, a na pewno ją otrzymamy. Tylko Bóg może otworzyć ludzkie serca. Sami nie możemy się zmienić, tylko Bóg może nas zmienić. Właśnie dlatego powinniśmy modlić się jedni za drugich. W domu, nie jesteśmy biedni. Mój mąż jest malarzem i dał mi pieniądze na drogę, ale ja zostawiłam je w Polsce. Kiedyś pielgrzymowałam z nim i z naszym przyjacielem pieszo do Rzymu, ale tym razem czułam, że powinnam pójść kompletnie sama, zgodnie z Bożym natchnieniem: z pustymi rękoma, bez żadnej opieki. Jeśli sami chcemy zadbać o siebie, to Bóg nie potrzebuje dbać o nas. Powinniśmy zrobić mu miejsce i doświadczyć Jego Boskiej opieki. Oto przykład: ponieważ była jesień, zaczęłam iść w płaszczu przeciwdeszczowym i przez pierwsze dziesięć dni rzeczywiście padał deszcz. Kiedy jednak ten płaszcz całkowicie przemókł i podarł się, postanowiłam go zostawić i wtedy... ukazało się słońce! Bóg, jeśli zechce, to może sprawić, że chociaż wszędzie będzie padał deszcz, to na drodze, po której ty kroczysz będzie słonecznie! Doświadczenie to uczyniło mnie niezmiernie szczęśliwą. Bardzo współczuję tym, którzy nie wierzą w Boga. Myślą oni, że wszystko od nich zależy, że muszą sami wszystko robić i dlatego nigdy nie mają pokoju. Spałam w rodzinach, na plebaniach. Wyruszając z Polski przeszłam przez Słowację, Węgry, Chorwację i Bośnię. Szłam przez regiony zamieszkałe przez Muzułmanów. Rozmawiałam z nimi. Oni nie wiedzą, że Bóg jest Ojcem, a ja im właśnie to mówiłam, że wszyscy mamy tego samego Ojca. Muzułmanie są naszymi młodszymi braćmi, którzy narodzili się kilka wieków po nas. W jednym z miasteczek, w pobliżu Zenica weszłam do meczetu. Poprosiłam o znalezienie noclegu dla mnie. Dali mi także jeść. Powiedziałam im, że idę do Medziugorja. Kiedy odchodziłam, żegnali mnie i chcieli dać mi różne rzeczy na drogę, ale opuściłam ich nic nie zabierając ze sobą. Bardzo byli zadowoleni, że idę do Medziugorja i mówili że chcą tylko pokoju, pokoju i tylko pokoju. Kilka lat temu szłam w pieszej pielgrzymce do Częstochowy, niosąc na plecach 25 kg różnorodnego bagażu. Wydawało mi się wtedy, że to wszystko było potrzebne. Teraz dopiero zrozumiałam jak bardzo było to zabawne. Maryja powiedziała mi: jeśli chcesz pójść za moim Synem, nie potrzebujesz niczego. On zatroszczy się o wszystko.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Świadectwo Macieja J.
piątek, 04 grudnia 2009 20:25

Krótka historia, którą chciałbym tu przedstawić dotyczy mojego małżeństwa i głównego, naszego problemu, którym był brak posiadania dzieci. Wszystko zaczęło się wiosną 2000 r. Koło naszego domu spotkaliśmy naszą dobrą znajomą rodziny. Znała ona nasze pragnienia i dlatego odważyła się nam zaproponować: "Pojedźcie do Medziugorja, do Maryi i poproście Ją, a Ona na pewno wam pomoże". Byliśmy wtedy już 10 lat po ślubie i mimo braku konkretnych powodów, nie mieliśmy dzieci. Te lata mijały nam na ciągłych wyjazdach do kolejnych lekarzy, klinik i ciągle nie znaliśmy przyczyny takiego stanu rzeczy. Proponowano nam zmianę klimatu, żeby odblokować się; stąd wyjazdy na wczasy do Tunezji, wycieczki do Paryża, Grecji i wszystko bezskutecznie. Byliśmy również w pobliskim sanktuarium Maryjnym, żeby tam złożyć swoje pragnienia na ręce Maryi, ale nic nie układało się po naszej myśli. Nigdy nie byłem chętny do żadnych wyjazdów, wszystkie poprzednie były po namowach żony, a tego dnia od razu odpowiedziałem: "Jedziemy". Moja wiedza na temat Medziugorja była bardzo ograniczona. Wiedziałem, że objawia się tam Matka Boża i że, pamiętam to z okresu początku tych objawień, wryła mi się w pamięci wzmianka w telewizji w latach 1981 może 1982, że w Jugosławii w jakiejś wiosce objawia się Matka Boża kilkorgu dzieciom (a byli to moi rówieśnicy). Zapragnąłem wtedy bardzo tam pojechać, ale wydawało mi się to niemożliwe. We wspomnianym dniu przypomniało mi się moje pragnienie i nie umiałem zrezygnować nadarzającej się okazji. Wydawało nam się, że jesteśmy dobrymi katolikami, chodziliśmy w niedzielę do kościoła, więcej niż raz, bo przynajmniej 2 razy, w roku spowiadaliśmy się z okazji rekolekcji parafialnych i na tym właściwie kończyło się wszystko. Pobyt w Medziugorju, w sierpniu 2000r., nie pozostał bezowocny. Ufni w to, że Matka Boża załatwi nam upragnione potomstwo i zauroczeni przeżyciami, zaczęliśmy odkrywać Pana Boga w naszym życiu. Zaczęliśmy już nie tylko chodzić na mszę św., ale uczestniczyć w Niej codziennie, spowiedź co miesiąc, komunia św. podczas każdej mszy św. Codziennie odmawialiśmy wspólnie różaniec św., pościliśmy w intencjach Matki Bożej. Jednym słowem zaczęliśmy wprowadzać w czyn wszystko, o co prosiła nas Maryja w Medziugorju. Byliśmy przekonani, że oczekiwana ciąża i inne obowiązki z tym związane, nie dadzą nam możliwości wyjechać już tak szybko do Medziugorja. Postanowiliśmy pojechać tam już trochę dziękczynnie i w 5 miesięcy po pierwszym pobycie w Medziugorju (tj. w styczniu 2001r.) zapisaliśmy się na pielgrzymkę na 20-tą rocznicę objawień. Nim jednak doszło do wyjazdu, mijały kolejne miesiące i nic nowego w naszym życiu się nie wydarzyło. W kwietniu roku 2001 tj. 2 miesiące przed wyjazdem pojawiła się u mnie, nie wiem skąd myśl: adopcja. Poszedłem do żony i okazało się, że ona właśnie wtedy pomyślała o tym samym. Wiedziałem też, że jeżeli nie porozmawiamy właśnie tamtego dnia, to rozmowy już nigdy nie będzie. Decyzja była natychmiastowa. W ciągu 2 dni złożyliśmy potrzebne dokumenty i po dziewięciu miesiącach (bez jednego dnia) przygotowań, kursów od złożenia tych dokumentów, dostaliśmy wiadomość z Diecezjalnego Ośrodka Adopcyjnego: "urodził się wam syn". Decyzją właściwego sądu mogliśmy odebrać go w piątą dobę od urodzenia tj. 25 stycznia (2002r.). W krótkim czasie, bo około lipca, zdecydowaliśmy na kolejne dziecko. Tym razem jednak były konieczne pewne pertraktacje z Matką Bożą. Chodziło o mieszkanie. Mieliśmy, tylko dwa pokoje i mogły pojawić się pewne komplikacje z adopcją następnego dziecka. Oczywiście Maryja zajęła się wszystkim i bez żadnych problemów na miesiąc przed odebraniem córki mieliśmy już wyremontowane nowe trzypokojowe mieszkanie. 25 września następnego roku (tj. 2003r.) urodziła nam się córka, która mogła zamieszkać z nami już pod koniec listopada. Dziś są bardzo pięknymi, radosnymi i wrażliwymi dziećmi. Śpiewają w scholii dziecięcej, my natomiast staramy się wychowywać je na dobrych ludzi kochających Boga i bliźniego. Każdego dnia dziękujemy Bogu za tamten kwietniowy dzień, w którym otrzymaliśmy zaproszenie do Medziugorja, a co za tym idzie, zaproszenie do ciągłego odnajdywania Boga w naszym życiu.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Świadectwo nawróconego Żyda
poniedziałek, 07 grudnia 2009 15:36







Moja żona Suzanne, która jest katoliczką od urodzenia, po raz pierwszy usłyszała o Medziugorju w 1983 r.

Przechowywała w swojej pamięci opowiadania o Bernadetcie i objawieniach w Lourdes, opowiedziane przez siostry zakonne podczas jej odwiedzin w klasztorze, gdy była jeszcze dzieckiem i natychmiast uznała objawienia Matki Bożej w Medziugorju za pochodzące od tej samej Matki Bożej. Żywiła głębokie przekonanie, że sama Matka Boża przyzywa ją do tego miejsca i błagała mnie, bym zawiózł ją tam. Powiedziałem jej wówczas: "To bardzo niesprawiedliwe, że oczekujesz ode mnie, że pojadę do katolickiego Sanktuarium, gdzie odprawiane są publiczne nabożeństwa, podczas których czuję się nieswojo i jeślibyś naprawdę mnie kochała, to nie prosiłabyś mnie, abym pojechał tam z tobą". Odpowiedziała mi: "Bernardzie, gdybyś mnie kochał, to byś mnie tam zawiózł." Jednak nie pojechaliśmy.



Dziewięć miesięcy później, w sierpniu 1983 roku, pojechaliśmy na wakacje do Dubrownika.

To Sue zdecydowała, że powinniśmy tam pojechać. Nie byłem zbyt skłonnym jechać na wakacje do komunistycznego kraju, ale pojechałem tam, aby sprawić jej przyjemność. W trakcie pobytu na miejscu poprosiła mnie, bym zawiózł ją do Medziugorja tylko na jeden dzień. Już w momencie, gdy wybrała Dubrownik na wakacje, zdałem sobie sprawę, że miała coś innego na uwadze, więc tym razem, aby ją zadowolić, zgodziłem się odwiedzić Sanktuarium tylko na jeden dzień. Ku mojemu zdumieniu, kiedy przybyliśmy na miejsce wszystko było tam bardzo normalne, nie było żadnych publicznych pokazów pobożności na wielką skalę, nikt bijąc się w piersi nie leżał na ziemi, nikt nie zakładał worów pokutnych i nie posypywał się popiołem, byli tam sami zwykli ludzie, tacy jak Sue i ja. Mieszkańcy byli w stosunku do na bardzo życzliwi i okazali nam taką gościnność, jakiej nigdy dotąd nie zaznałem. Słyszałem wcześniej, że katolicy w tamtych stronach są antysemitami, ale kiedy powiedziałem im, że jestem Żydem odebrałem od nich jeszcze więcej życzliwości i czułem się bardzo zrelaksowany w trakcie całego pobytu. Około godziny 5-ej znaleźliśmy się w pobliżu kościoła, gdzie odmawiano różaniec i tam spotkaliśmy kogoś znajomego z Londynu; była to kobieta o nazwisku Anita Curtis. Gdy zobaczyła mnie powiedziała: "Och, to świetnie, że Żyd jest pośród osób odwiedzających Medziugorje; Matka Boża bardzo ucieszy się widząc was tutaj" Zasugerowała, że mógłbym udać się do pokoju, gdzie miało mieć miejsce Objawienie, ale pomyślałem, że nie byłoby to rzeczą stosowną, bo nie wierzę w to, co się tam dzieje, nie znam jeszcze samego Pana Jezusa, a cóż dopiero Jego Matkę i naprawdę nie wierzę w to, że Ona może ukazywać się sześciu młodym osobom. Znalazłem się obok prezbiterium stojąc w tłumie innych ludzi. Wszyscy błagali siostrę Janę, która w tym czasie posługiwała i ojca Tomislava Pervana, który był proboszczem, aby pozwolili im przebywać pokoju w czasie objawienia. Anita Curtis powiedziała Siostrze Janie, że jestem Żydem i że powinienem wejść do pokoju objawień, ponieważ Nasza Matka Boża ucieszy się na mój widok. W tym samym czasie zauważyłem, że była tam Włoszka, która miała bardzo chore dziecko. Płakała i błagała siostrę Janę, aby pozwoliła jej wejść do pokoju objawień wierząc, że jej dziecko zostanie uzdrowione. Powiedziałem do siostry Jany: "Proszę, niech siostra pozwoli tej Włoszce wejść do środka, nie jest rzeczą słuszną, abym to ja wszedł, gdyż właściwie to nie bardzo wierzę w to, co się tam dzieje". Ojciec Pervan wyszedł i spojrzał na wszystkich tych kłócących się ludzi, a potem chwycił Włoszkę i mnie, i zanim spostrzegłem się, co się ze mną dzieje przeszedłem obok ołtarza i zostałem wciśnięty do pokoju w bocznej kaplicy, gdzie mają miejsce objawienia. Pokój był mały, bardzo zatłoczony i było w nim nieznośnie gorąco. Ludzie stali ramię w ramię ściśnięci tak bardzo, że nawet palca nie można było wetknąć. Wkrótce nadeszło sześcioro widzących, zaczęli modlić się, a potem upadli na kolana. Spojrzałem na ścianę, aby przekonać się, czy zdołam zobaczyć coś niezwykłego, czy zdołam zobaczyć Matkę Bożą, ale widziałem tylko ścianę i raczej źle pomalowaną figurę Niepokalanej Dziewicy Maryi. Nie miałem wyjścia, musiałem razem z innymi uklęknąć. Byliśmy tak ciasno upakowani, że kiedy ktoś ukląkł wszyscy musieli zrobić to samo. Pamiętam, że pomyślałem, że to niemożliwe, aby więcej osób mogło zmieścić się w pokoju, że dla stojących nie było wolnego miejsca, ale żeby uklęknąć, to przecież musiałoby być w pokoju dwa razy więcej miejsca. Tym sposobem czyjeś kolano znalazło się na mojej łydce, a inne kolano oparło się na mojej pięcie i czułem się z tego powodu nader niewygodnie. W pokoju była taka cisza, że słychać było tylko szmer oddechów ludzi, po czym milczenie to przerwał odgłos płaczu, była to Włoszka z chorym dzieckiem. Zacząłem zauważać, że w pokoju była jakaś szczególna obecność, że w tym pokoju dzieje się coś, czego nie rozumiem. A potem, zanim uzmysłowiłem sobie, gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje wszyscy wstaliśmy i wyszliśmy.



Moja żona, która czekała na mnie ze łzami cieknącymi po twarzy, powiedziała do mnie:

"Nigdy nie dowiesz się, jak cudowną Łaską było to dla całej naszej rodziny." Sue była tak bardzo szczęśliwa, że byłem w pokoju objawień, to było coś, czegoś wtedy nie rozumiałem, bo chociaż nie wierzyłem w to, co się działo uznałem, że jeśli przypadkiem Matka Boża podróżowała w czasie i przestrzeni, by przybyć na spotkanie z sześciorgiem widzących w Medziugorju, to nie miało to wielkiego znaczenia, czy jestem wewnątrz pomieszczenia, czy też po drugiej stronie ściany, gdyż byłaby i tak w stanie mnie zobaczyć, coś, czego po prostu nie mogłem pojąć. Więc to był pierwszy raz, gdy byłem zmuszony uklęknąć; tradycja zakazuje Żydom klękania z obawy naruszenia jednego z Przykazań, które zakazuje oddawania czci wizerunkom uczynionym ręką ludzką, a zatem stało to w przeciwieństwie do wpojonych mi w młodości nakazów ortodoksyjnej religii żydowskiej i czułem się winny temu, że musiałem uklęknąć w tym pokoju przed źle pomalowaną figurą.



Wracałem do Medziugorja wiele razy z żoną, gdyż odbierałem je jako całkiem przyjemne do odwiedzania

i przyjazne miejsce. Sprawiało mi to dużą przyjemność i wiedziałem też, że się tam dzieje coś, czego nie rozumiem, ale cokolwiek się działo, miało to wpływ na to, że wszystkie przybywające tam osoby stają się bardzo milłe i okazują sobie nawzajem uczucia przyjaźni i miłości. Tak więc jeździłem tam bez wiary, ale czerpiąc radość z otoczenia. Wciąż odwiedzałem Medziugorje przez wiele lat i traktowałem je jako miejsce, dokąd można się wyrwać, by znaleźć tam spokój, wspaniały odpoczynek i przyjaźń.



Jakieś dwa lata później, myślę, że było to w 1985 roku, Sue i ja byliśmy w trakcie jednej z naszych regularnie

odbywanych wizyt w Sanktuarium, kiedy to podczas jednego wieczoru zdecydowaliśmy się wejść na Górę Križevac, ponieważ dowiedzieliśmy się, że będzie tam miało miejsce Objawienie i że tam będzie Maria Pavlović. Dotarliśmy do stóp Krzyża bardzo wcześne i usiedliśmy na schodach tuż przed Krzyżem. Rozmawialiśmy ze sobą o naszym życiu i swoich przekonaniach religijnych: Sue mówiła o swojej wierze katolickiej, a ja na temat mojego żydowskiego wychowania. Sue próbowała mnie przekonać, że Jezus Chrystus jest moim Mesjaszem i Zbawicielem, a ja mówiłem jej, że na każdy dobry powód, by twierdzić, że jest On Mesjaszem istnieje równie dobry powód, by powiedzieć, że Nim nie jest. Oczywiście teraz już wiem, że jest to sprawa serca, a nie głowy, ale wówczas to moja głowa panowała nad wypowiadaniem sądów i wciąż nie mogłem przyjąć faktu, że Jezus jest Mesjaszem i że Jego Matka ukazuje się widzącym w Medziugorju. Rozmawialiśmy tak przez jakiś dłuższy czas i nie zauważyliśmy, że zrobiło się już zupełnie ciemno i wielki tłum zebrał się u stóp Krzyża. Usłyszałem śpiew i zobaczyłem zbliżające się w naszym kierunku światło latarki. To była Maria Pavlović ze swoją grupą modlitewną. Tłum rozdzielił się, gdy przyszła do stóp Krzyża. Przez przypadek stanęła obok mojego ramienia. Zaczęła się modlić, a potem upadła na kolana. Gdy to uczyniła stojący obok niej człowiek zapytał się mnie: "Jesteś Anglikiem?", odpowiedziałem "Tak". Poprosił, żebym oznajmił tłumowi w języku angielskim, że Matka Boża ukazuje się w tej chwili Marii i żeby wszyscy uklękli, zaczęli się modlić i przestali robić zdjęcia. Odwróciłem się zatem i krzyknąłem w ciemność, w stronę wielkiego tłumu: "Wszyscy na kolana, Matka Boża objawia się teraz Marii Pavlović, proszę się modlić, nie fotografować", po czym wszyscy uklękli, poza mną, gdyż tradycja nie pozwalała mi klękać. Ale tym razem poczułem, że po tym, jak powiedziałem "wszyscy na kolana" byłoby niegrzecznie samemu nie uklęknąć. Tak więc uklęknąłem obok Marii i to był mój drugi raz, gdy to uczyniłem. Pamiętam, że było to bardzo nieprzyjemną rzeczą do zrobienia. Na ziemi były kamienie, które wrzynały się w kolana, było mi bardzo niewygodnie. Zastanawiałem się, czy katolicy nosili specjalne ochraniacze na kolana, które pozwalają im klęczeć. Takie myśli przechodziły mi przez głowę w czasie Objawienia. Wtem poczułem kroplę deszczu na mojej głowie i pomyślałem, że zaraz zacznie się ulewa, a my tu jesteśmy na szczycie góry w wielkim tłumie ludzi. Będziemy musieli schodzić powoli, zrobi się niebezpiecznie ślisko, gdy góra zostanie zmoczona, wtedy przemokniemy, i zastanawiałem się też, co każdy Żyd robi w takich sytuacjach, gdy nie ma miejsca dla niego. Objawienie zakończyło się, każdy wstał i bardzo szybko podsunięto małe magnetofony przed Marię, a przewodnicy grup tłumaczyli orędzie na różne języki, w końcu przyszła kolej na język angielski. Orędzie zostało przetłumaczone, nie pamiętam dokładnie słów, ale było tam coś na temat powrotu do życia w świetle Ewangelii; w przeciwnym razie świat ściągnie na siebie wielkie nieszczęście, a następnie, na końcu orędzia zostało powiedziane: "łza stoczyła się po policzku Matki Bożej i spadła na chmurkę, na której stała". Pomyślałem, że to ja na pewno stałem wtedy pod tą chmurką. Tej nocy nie padało.



Kiedy wróciłem do pensjonatu, w którym mieszkaliśmy opowiedziałem młodemu amerykańskiemu

kapłanowi imieniem Robert Cox o moich przeżyciach, wtedy powiedział mi: "Bernardzie, zostałeś wezwany do przyjęcia Chrztu Św.". Słów tych nie rozumiałem, poprosiłem go więc o wyjaśnienie. Powiedział mi, abym po powrocie do Anglii udał się do miejscowego księdza proboszcza i powiedział mu, że zostałem wzywany do przyjęcia Chrztu św. Dalej tego nie rozumiałem, więc kiedy wróciłem do Anglii, nie zrobiłem nic w tej sprawie. Jednakże myśl o tamtej kropli wody spadającej mi na głowę pozostała w mojej głowie; bardzo często wracałem w myślach do tej sprawy.



W następnym roku byliśmy znowu w Medziugorju, wtedy to przy okazji odwiedzin u ojca Jozo po to,

by usłyszeć, jak przemawia do ludzi powiedziałem do Sue, że chcę pozostać do samego końca i pomodlić się razem z ojcem Jozo. Jak zwykle był tam ogromny tłum i Sue powiedziała: "Jest tu tak wiele osób, powinniśmy wrócić do Medziugorja", a ja rzekłem: "Chcę, żeby się pomodlił ze mną", wtedy Sue powiedziała: "On modlił się już z tobą w kościele i już cię pobłogosławił, nie ma sensu pozostawać tu dłużej". Tak więc czekaliśmy, czekaliśmy i czekaliśmy, podczas gdy tłum powoli znikał, aż znaleźliśmy się na czele kolejki. W międzyczasie wszystkie autokary i autobusy odjechały z powrotem do Medziugorja, a my zostaliśmy właściwie na samym końcu. Wreszcie nadeszła moja kolej, powiedziałem do Anicy, która tłumaczyła dla Ojca Jozo, że jestem Żydem i że chcę, aby Ojciec Jozo pomodlił się, aby Duch Święty (Żydzi uznają Ducha Świętego) oświecił mnie, abym czynił to, co jest dobre dla mnie. Ojciec Jozo położył jedną rękę na moim sercu a drugą objął Sue i mnie. Nie rozumiałem wypowiadanych słów, ale modlitwa brzmiała bardzo szczere. Podczas tej modlitwy poczułem, jak potężnie wali mi serce. Sue powiedziała mi później, że czuła tak, jakby moje serce miało rozedrzeć koszulę, którą miałem na sobie. Po czym modlitwa zakończyła się, a my musieliśmy znaleźć taksówkę i tak wróciliśmy do Medziugorja. Po powrocie do Anglii myślałem o spotkaniu z o. Jozo i tamtej łzie z nieba, ale jeszcze nie podjąłem się przyuczenia do wiary katolickiej i nadal nie wierzyłem.



Rok po tym, w sierpniu 1987 roku, Ojciec Slavko uczestniczył w nabożeństwie katolickiej odnowy

charyzmatycznej w sanktuarium kościoła katolickiego w Walsingham, w Hrabstwie Norfolk w Anglii, w którym razem z Sue wzięliśmy udział. Było to wieczorne nabożeństwo pokutne, po którym Ojciec Slavko miał uczcić Najświętszy Sakrament w adoracji eucharystycznej. Zgromadzeni podchodzili do kapłanów, którzy stali przed namiotem i wyznawali po jednym grzechu. Po czym każdy z nich zapalał świecę i wychodził w geście symbolicznym w stronę ciemności. Byli rozradowani na samą myśl, że Boża Miłość przebaczyła im grzechy, świętowali, śpiewali i tańczyli z radości, że zostali uwolnieni z jarzma grzechu. Na koniec procesja ta ze śpiewami i tańcami, pełna hałaśliwie zachowujących się ludzi weszła do kaplicy pojednania w Walsingham, gdzie miała mieć miejsce adoracja eucharystyczna pod przewodnictwem o. Slavko. Oiciec Slavko stanął za ołtarzem i patrzył na ten tętniący życiem, głośno zachowujący się, podekscytowany tłum. Stał nie poruszając się, jedynie patrzył na ludzi. Oczywiście czekał, aż się wyciszą i wejdą w stan adoracji. Czekał długo, trwało to dobre kilka minut. W normalnej sytuacji wyszedłbym na zewnątrz w obawie, że złamię przykazanie, które miałem wpojone od młodości. "Nie będziesz oddawał czci posągom uczynionym ręką ludzką, nie będziesz się im kłaniał", ale tym razem zostałem na miejscu. Byłem zafascynowany tym, co się działo, oczekiwaniem o. Slavko, aż tłum powoli ucichnie i znieruchomieje, aż ludzie zastygną w bezruchu, cisi i uspokojeni. Nie było słychać żadnego dźwięku w pomieszczeniu. Przypomniało mi to ciszę w pokoju objawień lata temu. O. Slavko powoli postawił Monstrancję na ołtarzu i wystawił Najświętszy Sakrament na widok zgromadzonych. Był to doskonały spokój we wzniosłym bezruchu. Wszyscy upadli na kolana. Znowu byłem ostatnią stojącą osobą, ale tym razem poczułem wewnętrzne przekonanie, że powinienem również uklęknąć, z tym że za tym trzecim razem było tak dlatego, że sam tego chciałem. Tak więc uklęknąłem i gdy to uczyniłem, to w tej wszechogarniającej chwili patrzyłem na twarze ludzi wokół mnie, którzy wpatrywali się w Najświętszy Sakrament. Następnie spojrzałem na Najświętszy Sakrament i w jakiś sposób odczułem, że była tam Święta Obecność patrząca na ludzi klęczących przed Nią. W tamtej chwili otrzymałem prezent, którego nigdy nie zdołam wyjaśnić, ponieważ jest to czysty dar. Zrozumiałem, że Bóg jest prawdziwie obecny w Najświętszym Sakramencie. W tej samej chwili Jezus wezwał mnie, abym zaakceptował Go jako mojego Zbawiciela i to uczyniłem.



Wróciłem do Anglii i poprosiłem mojego księdza Proboszcza, aby przyuczył mnie do wiary katolickiej.

Pochodząc z kultury żydowskiej nie byłem ochrzczony, podczas katechez uczono mnie więc o sakramencie Chrztu św., zdałem sobie wtedy sprawę, że otrzymuję wspaniałą okazję, by rozpocząć życie na nowo i że poprzez Chrzest św. zostanę obmyty jak nowonarodzone dziecko. Narodzę się na nowo i wszystko, co działo się ze mną i wszystko, co kiedykolwiek uczyniłem w przeszłości będzie tak, jakby się nigdy nie wydarzyło. Nie było wiele rzeczy, które były dla mnie trudne do zrozumienia, ale przyjąłem je, bo byłem ogarnięty myślą, że jest to wspaniała szansa, jaką daje mi Bóg. Z utęsknieniem czekałem na dzień, w którym miałem zostać przyjęty do Kościoła świętego i ochrzczony. Dowiedziałem się o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii, coś co już wcześniej uznałem za fakt i dowiedziałem się, że Pan Bóg przychodzi do nas każdego dnia we Mszy Świętej, aby nas ożywić fizycznie i duchowo, a kiedy popełnimy nieuniknione błędy, których wszyscy dopuszczamy się z powodu naszej ludzkiej ułomności, to mogę wówczas pójść do kapłana udzielającego sakramentu Spowiedzi św. i - o ile będę prawdziwie skruszony - popełnione przeze mnie grzechy zostaną mi odpuszczone. Jako neofita wychowany w wierze żydowskiej zdaję sobie sprawę, że wszystko, co jest obecne w Wierze Katolickiej jest głęboko zakorzenione w wierze żydowskiej. Zatem nie tyle stawałem się katolikiem, co pełnym Żydem i jestem naprawdę wdzięczny, że Pan Bóg w swojej nieskończonej Łasce dał mi tę wspaniałą okazję.



Zostałem przyjęty do Kościoła katolickiego, przyjąłem sakramenty Chrztu św. i Bierzmowania oraz

przystąpiłem do Pierwszej Komunii Świętej w czwartek 13 kwietnia 1987 r. Tak się złożyło, że była to również pierwsza noc żydowskiej Paschy. Pierwsza noc żydowskiej Paschy i Wielki Czwartek nie zawsze wypadają w tym samym dniu, ale w tym roku tak się wydarzyło. Naród żydowski wierzy, że Mesjasz przyjdzie w pierwszą noc Paschy, jest to tradycja i ludzie czekają na Mesjasza, który ma przyjść w tę noc. Do mnie Mesjasz przyszedł właśnie tej nocy, kiedy zostałem ochrzczony, przyjąłem Bierzmowanie i Pierwszą Komunię Świętą.



Otrzymałem jeden dodatkowy mały prezent, który jestem pewien, że był darem od naszej Matki Bożej.

Ten doniosły dzień dla mnie, 13 kwietnia 1987 r. był też dniem moich urodzin i jestem pewien, że był to prezent od mojej Matki Bożej, która wezwała mnie i nakłoniła do uklęknięcia w tych trzech przypadkach, które razem złożyły się na ten dzień pokrywający się z datą moich urodzin. Urodziłem się ponownie w swoje urodziny. Jakże cudowną Łaskę otrzymał ten Żyd.



W ciągu kolejnych lat odwiedzałem Medziugorje wielokrotnie i bardzo zaprzyjaźniłem się z wszystkimi

franciszkanami: o. Ivanem, o. Orićem, o, Pervanem, o. Svetem i o. Slavko, którzy zawsze gościnnie przyjmowali mnie jako Żyda, który stał się katolikiem dzięki temu, że doświadczył Medziugorja. Miałem przywilej poznania z bliska Ojca Slavko, który ma wiele miłości do narodu żydowskiego i zawsze był zainteresowany jego kulturą. Kiedy wybuchła wojna w 1990 roku założyłem organizację charytatywną w Anglii, która dzięki hojności mieszkańców tego kraju udzieliła pomocy dla całej Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny o wartości ponad dziesięciu milionów funtów. Chcieliśmy pomagać tym ludziom, którzy pomogli nam tak bardzo poprzez osobiste przykłady wiary, gościnność i przyjaźń. Obok żywności i zaopatrzenia medycznego dostarczyliśmy sto sześćdziesiąt pojazdów, które zostały pozostawione w regionie, aby mieszkańcy mogli pomagać sobie nawzajem dostarczając pomoc humanitarną i środki medyczne do odległych miejsc, gdzie były one najbardziej potrzebne, do miejsc, które znalazły się w strefach walk zbrojnych. Moje wysiłki były bardzo chwalone, ale ja byłem zaledwie przedstawicielem wielu ludzi, którzy dołączyli się do pomocy, kierowców konwojów humanitarnych, ofiarodawców wpłat pieniężnych, żywności i wyposażenia medycznego. Najbardziej odczuwałem i najwięcej zdawałem sobie sprawę z faktu, że my, którzy nieśliśmy pomoc byliśmy stroną uprzywilejowaną i że to raczej my winniśmy dziękować ludziom z Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny niż oni nam. Ludzie z Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny, którzy cierpieli podczas tej straszliwej wojny byli jej ofiarami i stawali się podobni do Chrystusa w swoim cierpieniu. Poprzez swoje trudności i cierpienia dali nam szansę, aby im pomóc i udowodnić, że kochamy się wzajemnie tak, jak Pan Bóg nas kocha. Byliśmy uprzywilejowani, my, którzy otrzymaliśmy dar bycia w stanie im pomóc i było to dla nas łaską. W latach wojny, bardzo ściśle współpracowałem ze wszystkimi Ojcami franciszkanami i wtedy właśnie bardzo przybliżyłem się do o. Slavko. Spędziliśmy razem bardzo wiele czasu. Musiało to być dziwne dla wielu osób, że ojciec Slavko i ja mogliśmy tak bardzo zaprzyjaźnić się ze sobą, gdyż nasze osobowości i pochodzenie kulturowe były tak różne od siebie. O. Slavko powiedział do mnie: "Bernardzie, jesteś prawdziwym przyjacielem" i są to słowa, które bardzo sobie cenię.



"Kiedy proszę cię o pomoc zawsze mówisz od razu tak, nigdy nie zapytałeś, czego chcesz, abym ci zrobił,

w jaki sposób mogę to zrobić dla ciebie i dlaczego chcesz mojej pomocy. Ty mówisz tylko: tak, pomogę. Wiesz instynktownie, że nie będę prosić o nic, czego nie mógłbyś wykonać. Ty masz do mnie zaufanie. To - powiedział - było rzeczywistą miarą prawdziwego zaufania, przyjaźni i dlatego uważam cię, za prawdziwego przyjaciela".



Ojciec Slavko jest niewątpliwie Świętym i przebywa teraz z naszym Panem w niebie, a dla mnie żydowskiego

konwertyty być zaliczanym w poczet przyjaciół Świętego jest przywilejem, który wykracza poza wszelkie słowa.



BERNARD ELLIS
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Z całego serca









Podczas wojny byłem w Medziugorju pięć razy i kilka razy zatrzymałem się w Rzymie. Któregoś razu udało mi się przyjść na Mszę św. prywatną z Papieżem. Powiedziałem jego sekretarzowi, w tym czasie był to Jego Eminencja Kardynał Dziwisz, który teraz jest arcybiskupem Krakowa:

"Chciałbym pokazać Ojcu Świętemu kilka zdjęć przedstawiające zniszczenia w Hercegowinie i Chorwacji i jaką pomoc okazują ludzie".

Miałem fotografie stert i wysokich stosów jedzenia, leków i innych zapasów przywiezionych przez ludzi z całego świata i myślałem, że to mogłoby zainteresować Ojca Świętego. Po Mszy św., a było nas około 35 osób, skierowaliśmy się w kierunku biblioteki. Papież wszedł i powitał każdego z nas i dał nam mały różaniec. Jak wchodził, jego sekretarz kard. Dziwisz powiedział:

"Kiedy skinę głową, zrób krok do przodu i pokaż zdjęcia Ojcu Świętemu".

Zatem gdy Papież przechodził obok nas podszedł do mnie i kard. Dziwisz skinął głową bardzo uroczyście. Postąpiłem naprzód i powiedziałem:

"Ojcze Święty chciałbym pokazać Ci zdjęcia przedstawiające, to co stało się z kościołem katolickim w Chorwacji, Bośni i Hercegowinie".

Był bardzo zainteresowany a ja otwierałem stronę po stronie albumu ze zdjęciami. Ale zapomniałem wyjąć zdjęcia kościoła św. Jakuba. Nie chciałem pokazywać niczego, co dotyczyło Medziugorja, ponieważ wiedziałem, że jest to apolityczne na obecny czas. Więc gdy przekartkowałem na następną stronę pojawiło się zdjęcie kościoła św. Jakuba. I zanim zdążyłem przekartkować następną stronę Ojciec Święty powiedział: "Medjugorje". "Byłeś tam?" - zapytał mnie. "Tak, Ojcze Święty kilka razy" - odrzekłem. "I co myślisz?" - zapytał. Odpowiedziałem: ?Wiele dobrych rzeczy tam się dokonało, wiele nawróceń, wyznań grzechów, powołania..". A On powiedział: ?nie, nie.. co myślisz na temat tego, że Maryja się tam ukazuje. Uważasz, że to prawda?". Wokół było pełno ludzi - pomieszczenie było wypełnione ludźmi. To nie była sprawa prywatna. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Pomyślałem: "Jeśli powiem tak, być może mnie ekskomunikuje, jeżeli powiem, że tak, że Maryja się ukazuje, również może mnie ekskomunikować" Spojrzałem, więc na kard. Dziwisza, a ten skinął głową i powiedziałem: "myślę, że tak. Maryja tam się ukazuje". "Ja też tak myślę" - powiedział Ojciec Święty. Tak po prostu powiedział; "ja też" i zapytał jeszcze: "pojedziesz tam?". "Tak" - odpowiedziałem - "zaraz jak wyjadę z Rzymu". "Dobrze" - odpowiedział - "jedź tam i módl się do Madonny z Medziugorja za mnie i w moich intencjach". "Ale pod jednym warunkiem" - powiedziałem. Spojrzał jakby chciał powiedzieć: "warunki dla papieża". Odpowiedziałem: "proszę o specjalne błogosławieństwo dla mnie i mojej parafii za poświęcenia, które czynimy dla Medziugorja". "Z całego serca"- powiedział i pobłogosławił mnie.

Po audiencji kard. Dziwisz pociągnął mnie w kierunku zakrystii i powiedział: "chcę ci coś pokazać". Na toaletce Ojca Świętego leżał włoski egzemplarz "Echo Medjugorje". "Ojciec Święty czyta felietony z tego zanim zacznie swoje modlitwy przed Mszą św.". Więc każdy, kto mówi, że Papież nie wierzył w Medziugorje... lub gdy mówią "to tylko pogłoski", ja mówię: "On mi tak powiedział". Zatem to tylko kwestia czasu.



Ks. Timothy Deeter



źródło: Echo Medziugorja, styczeń 2010 nr 264
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Historie uzdrowień w Medziugorju
piątek, 23 kwietnia 2010 10:21



Od samego początku objawień w Medziugorju, Matka Boża Królowa Pokoju, udzielała wielkich znaków i łask ludziom wierzącym - tym, którzy przybyli w poszukiwaniu ich "Matki." Matka Boża ukazuje się już przez dwadzieścia parę lat i liczy na każdego z nas. Pragnie przekazać nam wszystkim szczególne łaski. Żeby otrzymać łaski, które Ona dla nas przygotowała, koniecznie trzeba, żebyśmy najpierw spojrzeli na siebie samych. Musimy zadać sobie następujące pytania: Kim ja jestem i jakie jest moje serce? Czy mam serce otwarte na przyjęcie tej Matki, Jej poleceń, Jej słów? Jeżeli osoba ma zamknięte serce, serce, które nie chce słuchać, to nic z tego. Matka Boża wówczas nie ma z nami szans, ponieważ już odrzuciliśmy Jej łaski i uzdrowienia; i przez to odmówiliśmy przyjęcia naszej Matki. Koniecznie nam trzeba mieć serce ufające, serce pokorne, serce, które zdoła się otworzyć, serce, które można uczyć. To istotne dla naszego spotkania się z Matką. Czy Matka Boża ma szansę u was?



Matka Boża podczas Nawiedzenia rzekła do Archanioła Gabriela: "Oto jestem. Ja, służebnica Pańska." Odpowiedź Matki Bożej uczy nas, że Ona wie i wierzy, iż wszystko dla Boga jest możliwe: "Panie Boże, Ja w Ciebie wierzę. Jesteś wszechmogący i oddaję się Twojej woli." Nie zostaliśmy powołani do Medziugorja do samej tam obecności. Nie jesteśmy też powołani do samej obecności w naszym Kościele świętym i w naszej wierze. Każda osoba została powołana, żeby przynosić owoce; jesteśmy powołani przynosić świadectwo. Jezus powiedział, że kiedy nasienie spada na dobrą glebę, może przynieść 30-, 60-, a nawet stokrotny plon. Natomiast kiedy nasienie spada na ścieżkę pośród cierni, bądź na skały, to nie ma szans. Cokolwiek zdarza się komuś w Medziugorju - kiedy ktoś zetknie się z Medziugorjem - zależy od danej osoby. Zależy od każdego jednego serca. Jeśli się naprawdę z wiarą przyjmuje powołanie Matki Bożej, to Ona ma ułatwioną sprawę. Góra Objawień nie jest pustkowiem, Medziugorje nie jest pustkowiem.



Kobieta uzdrowiona z paraliżu



W jednym z najpopularniejszych dni w sierpniu kobieta z parafii Matki Bożej Wniebowziętej w Širokim Brijegu, poprosiła męża, żeby zabrał ją do Medziugorja. Jej mąż odpowiedział, że jest zbyt gorąco i nie ma klimatyzacji w samochodzie. Chociaż jego żona była sparaliżowana przez piętnaście lat i zdawała sobie sprawę z trudności, jednak upierała się, aby pojechali. On powiedział jej, że jest tam około 20.000 młodzieży, która przyjechała na święto młodzieżowe, i że nie mogliby znaleźć żadnego cienia, w którym mogliby się schronić; ale ona dalej się upierała. Jej mąż, dobry i skromny człowiek, który wiernie opiekował się swoją żoną przez tyle lat, wreszcie zgodził się zabrać ją do Medziugorja. Zaniósł ją do samochodu. Dotarli do Góry Objawień kiedy dzwony na "Anioł Pański" rozdzwoniły się na całą okolicę, a oni zaczęli powolutku wchodzić na górę na modlitwę. Kiedy odmówili pierwszą tajemnicę różańca i zaczęli drugą, kobieta zaczęła odczuwać coś w swej szyi i w ramionach i to zaczęło rozchodzić się na jej plecy i uda. Zauważyła, że ma czucie w swoich wychudłych rękach, jednocześnie obserwując jak jej zniekształcone palce prostują się na jej własnych oczach. Pokazała to mężowi, dalej modlili się przez łzy. Zdjęła szyny z szyi i z pleców i wzięła kule pod pachy. Po raz pierwszy od 15 lat była w stanie uklęknąć przed figurą Matki Bożej i podnieść ręce jako dziękczynienie, dziękując i błogosławiąc Pana Boga. Pełna wzruszenia i radości wróciła z mężem do kościoła św. Jakuba na spowiedź. Pragnęli całkowicie pozbyć się swoich dawnych jaźni, żeby na nowo przyodziać się w łaskę Bożą. Następnego dnia kobieta udała się do swojego szpitala na badania. Lekarze byli zdziwieni, widząc jak wchodziła na ustaloną wizytę i pytali ją: "W jakiej przychodni pani była, że panią tak wyleczyli?" Po dokładnych badaniach twierdzili, że to niemożliwe. Na kolejnych badaniach kontrolnych miesiąc później potwierdzono, że stał się wielki cud uzdrowienia. Góra objawień nie jest pustkowiem. Medziugorje nie jest pustkowiem dla serca gotowego spotkać Matkę. Każdy z nas musi zdać sobie sprawę, że nasza wiara nie jest przekazywana ani rozpowszechniana przez doniesienia. Cuda same w sobie nie rodzą wiary, ponieważ wszystko wokół nas jest cudem; jednak istnieją ludzie, którzy nie wierzą - którzy nie mają wiary. Każdy człowiek jest cudem; niebiosa są cudem i wszystko co stworzył Bóg jest cudem. Natomiast my jesteśmy zaślepieni i nie wiemy jak widzieć albo jak słuchać Boga. Nie wiemy jak składać Bogu dzięki za łaski i cuda, które Bóg nam daje każdego dnia. Potrzebujemy łaski, potrzebujemy światła, i potrzebujemy natchnienia. Musimy koniecznie nauczyć się obserwować sercem. Bóg pragnie dać każdemu z nas Jego łaskę, Jego błogosławieństwo i Jego wsparcie.



Uzdrowienie poprzez rozgrzeszenie



Oprócz zdumiewającej historii o łasce uzdrowienia Colleen we wrześniu, zamieszczonej w Medjugorje Magazine i oprócz kobiety z Širokiego Brijegu, w sierpniu również pewien mężczyzna z Włoch został całkowicie uzdrowiony. Był on sparaliżowany przez wiele lat i przywieziono go na wózku inwalidzkim do kościoła św. Jakuba na spowiedź. Kiedy kapłan odmawiał nad nim modlitwy rozgrzeszenia, mężczyzna poczuł, że jest w stanie powstać. Ponieważ jeszcze nie odzyskał równowagi, spędziwszy piętnaście lat na wózku inwalidzkim, przewrócił się na księdza. Wszyscy byli przestraszeni i zmieszani. Jego syn starał się ułożyć go z powrotem na wózku inwalidzkim, ale on utrzymywał, że jest w stanie sam chodzić. Ku zdumieniu wszystkich, wstał i zaczął chodzić. Mężczyzna został całkowicie uzdrowiony w chwili, kiedy ksiądz udzielił mu odpuszczenia grzechów. To uzdrowienie, jak bywa z wszelką łaską, powinno nakłonić nas do zadania sobie pytania: "Kim jest Jezus, jakiego widzę?" ten wielki cud przypomina każdemu nie tylko o łaskach, jakie Matka Boża rozdaje nam, tutaj w Medziugorju, ale o znaczeniu mocy kapłaństwa i sakramentu pokuty. Jezus powiedział w Ewangelii: "Które z tych jest łatwiej wypowiedzieć <<twoje grzechy są odpuszczone>> czy <<Powstań i idź>>". Łaski, które Jezus rozdaje poprzez Swoich kapłanów, są łaskami uzdrowienia, którego wszyscy potrzebujemy. Każdy człowiek przybywa do Medziugorja z pewnym rodzajem bezwładu: Bezwład braku przebaczenia, grzeszność, samolubstwo, pycha i zatwardziałość serca. To też jest rodzajem bezwładu i prawdziwe uzdrowienie może się odbyć przez kapłana, przez Sakramenty, zwłaszcza przez sakrament pokuty. My również jesteśmy powołani do powrotu do Ojca, tak jak syn marnotrawny. O to Matka Boża prosi w Medziugorju. To jest cud i uzdrowienie, o które wszyscy powinniśmy zabiegać.



Kapłaństwo jest sakramentem nieporównywalnym



W Medziugorju Matka Boża poprosiła kapłanów o pobłogosławienie ludu. Jezus nakazał kapłanowi, żeby poszedł i błogosławił, aby wszystko było dobrze. Swojego kapłana upoważnił do uzdrowienia, błogosławienia, uwalniania od zniewolenia przez złe moce i przebaczania grzechów. Kapłaństwo jest sakramentem nieporównywalnym z nikim i z niczym. On działa In Persona Christi w Osobie Chrystusa. Dłoń kapłana to dłoń namaszczonego przez Pana Boga, żebyśmy wszyscy zostali błogosławieni i uzdrowieni. Musimy odzyskać nasze poszanowanie i czczenie sakramentu kapłaństwa i zacząć się modlić za naszych księży. Musimy powrócić do sakramentu pokuty. Czasami stajemy się tak pochłonięci poszukiwaniem znaków i cudów, że zapominamy zastanowić się dlaczego Matka Boża się ukazuje. Czy w ogóle pamiętamy o co Matka Boża prosi w Medziugorju? Od ponad 22 lat łagodny głos Matki ciągle przywołuje Jej dzieci. Matka Boża poprosiła nas o codzienne odmawianie różańca - żeby go odmawiać wspólnie i żeby go odmawiać sercem. Modlić się sercem, to znaczy modlić się sercem, które potrafi kochać i przebaczać - serce cielesne, a nie serce kamienne. Matka Boża prosi nas, żebyśmy postawili na pierwszym miejscu Mszę świętą w każdą niedzielę i żebyśmy naprawdę uznali niedzielę za dzień Pański - dzień naszego spotkania z naszym Bogiem i naszym Kościołem świętym. Matka Boża poprosiła nas o przystępowanie do spowiedzi raz w miesiącu oraz przez łzy, prosi nas o czytanie Pisma Świętego. Pismo Święte jest słowem Bożym, które formuje i uzdrawia; jest nie mniej skuteczne, niż wtedy gdy było wypowiedziane do Łazarza, wskrzeszając go ze śmierci.



Matka Boża błaga nas o post



Matka Boża również poprosiła nas o post w każdą środę i piątek o chlebie i wodzie. Na początku nowego tysiąclecia, 1 stycznia 2001 r., Matka Boża poprosiła nas o odnowienie postu i modlitwy z zapałem. Kiedy Apostołowie wrócili z poselstwa, na które posłał ich Jezus, oznajmili Jezusowi, że widzieli opętanego mężczyznę i nie zdołali wypędzić z niego złego ducha. Jezus powiedział im, że tylko poprzez post i modlitwę można usunąć tego rodzaju zło. Ten rodzaj zła otacza nasze obecne pokolenie. Może ono jedynie zostać powstrzymane poprzez post i modlitwę. Gdyby był inny sposób, Matka Boża by nam o tym powiedziała. Ona jest naszą Matka i kocha nas. Matka Boża wzywa i prosi nas, żeby pościć i ja czuję się zobowiązany przekazać wam to. Jeżeli chcecie czynić wielkie dzieła i jeśli chcecie podjąć wielki krok w kierunku waszego uzdrowienia i uzdrowienia ludzkości, zacznijcie pościć i modlić się, zacznijcie, żyć zgodnie z pouczeniami Matki Bożej. Żyjcie zgodnie z pouczeniami Matki Bożej, a ujrzycie, że to nasienie przynosi stokrotny plon. Pamiętajcie, że te pouczenia pochodzą od Nieba. One są siłą i lekiem Bożym. Żyjcie Medziugorjem w waszym domu, w waszych parafiach i w waszych środowiskach.



O. Jozo Zovko
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Moje spotkanie z Królową Pokoju
piątek, 23 kwietnia 2010 23:34



Kiedy na początku lat 80-tych przeczytałam o objawieniach Matki Bożej w Medziugorju, w byłej Jugosławii, bardzo zapragnęłam znaleźć się w tym miejscu. W 1988 r. miałam okazję pojechać na wczasy do Jugosławii. Często siadałam na brzegu morza i patrząc w kierunku wysokich gór, które były przede mną, marzyłam o tym, żeby znaleźć się tam, gdzie teraz jest Ona. Były to tylko marzenia, które w tym czasie nie mogły być zrealizowane. Jednak nadszedł ten upragniony czas, 17 październik 1998r, kiedy siedziałam w autobusie i z grupą pielgrzymów jechałam w kierunku Medziugorja. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego spotkania z Królową Pokoju. Byliśmy na wieczornym nabożeństwie w kościele św. Jakuba, opiekuna pielgrzymów. Już w autobusie pilotka informowała nas, że w czasie modlitwy różańcowej, przed Mszą świętą, około godz. 17.40 następuje krótka przerwa. Jest to czas objawienia się Matki Bożej widzącym. Klęczałam w kościele z tyłu przy drzwiach , które były zamknięte. Kościół był przepełniony, nie było możliwości przedostania się do przodu. Nie mogłam uwierzyć w to, że jestem w tym miejscu, o którym marzyłam przez tyle lat. Kiedy kapłan przerwał różaniec na czas objawienia Matki Bożej, modliłam się gorąco, dziękując Maryi za zaproszenie, za to, że znalazłam się na tej Błogosławione Ziemi. W kościele cisza, każdy modlił się w skupieniu, słychać tylko szloch. W tym momencie poczułam, że ktoś kładzie dłoń na moim lewym ramieniu, a przez całą lewą rękę przeszedł mi prąd. Obróciłam się w lewo, ale nikogo tam nie było. Koleżanki klęczały obok i modliły się, a za mną były tylko zamknięte drzwi. Zrozumiałam wtedy, że to Matka Boża w ten sposób dziękuje mi za to, że odpowiedziałam na Jej wezwanie. Ze wzruszenia i radości popłynęły mi łzy, nie mogłam uwierzyć w to, że zostałam w taki sposób powitana na tej Błogosławionej Ziemi. Tego samego uczucia doświadczały osoby, które dotykały Matki Bożej w sierpniu 1981 r. Dziękowałam Maryi za to powitanie, zawsze wierzyłam, że Ona tam jest naprawdę obecna.



Matka Boża mówi w swoich orędziach:



"(...) Dlatego, dziatki, zrozumcie także wielkość daru, który Bóg wam daje przeze mnie, że was ochraniam swoim płaszczem. Dziękuję, że odpowiedzieliście na moje wezwanie!" (25 marca 1990 r.)



"(...)Jestem z wami i pragnę was wszystkich prowadzić drogą zbawienia, którą daje wam Jezus.(...)" (25 maja 1992 r.)



To nie było moje jedyne i ostatnie spotkanie z Królową Pokoju. Medziugorje stało się moim drugim domem, za którym stale tęsknię. Każdy pobyt jest inny, za każdym razem doświadczam obecności Maryi, zawsze w inny sposób. W czasie mojej pielgrzymki w 2004 roku, w niedzielę 12 września, po uroczystej Mszy świętej na Kriżevacu z okazji święta Podwyższenia Krzyża, pomimo wielkiego zmęczenia udałam się na wieczorny różaniec na Górę Objawień Podbrdo, żeby tam podziękować Maryi za zaproszenie i pożegnać się. Była piękna pogoda, słońce chyliło się ku zachodowi. Kiedy w godzinie objawienia się Maryi widzącym tj. o godz. 17.40 siedziałam na kamieniu pod krzyżem i odmawiałam różaniec, zaczął się niesamowity taniec słońca. Słońce raz spadało za góry, to znowu podnosiło się. Potem zaczęło wirować wszystkimi kolorami tęczy, aż zamieniło się w hostię, która pulsowała przybliżając się i oddalając. Ponownie zawirowało i schowało się całkowicie za górami. Odmawiałam różaniec, a łzy mi same ciekły. Dziękowałam Bogu za ten piękny dzień, za wszystko czego doświadczyłam w tym miejscu, za ten piękny znak Jego obecności i Jego błogosławieństwo na zakończenie tej niezapomnianej pielgrzymki. Dziękowałam za to, że mogłam być znowu na tej Błogosławionej Ziemi i modlić się przy cudownym krzyżu na Kriżevacu, w którego wmurowane są relikwie Krzyża Świętego. Medziugorje to "źródło łaski", tam Niebo jest otwarte. Matka Boża obdarza nas Swoim łaskami i darami. Tylko od nas samych zależy, czy odpowiemy na Jej wezwanie i skorzystamy z tego "źródła". Każdy pielgrzym jest zaproszony by wprowadzać pokój i współdziałać z Maryją w Jej planie Zbawienia Świata.



Ona sama nam mówi:



"(...) Drogie dzieci, pragnę, abyście zrozumieli, że Bóg wybrał każdego z was, by go użyć w wielkim planie zbawienia ludzkości. Wy nie możecie pojąć, jak wielka jest wasza rola w planie Bożym(...)" ( 25 stycznia 1987 r.)



"(...) Pragnę, abyście obudzili miłość w waszych rodzinach: tam gdzie niepokój i nienawiść - niech zapanuje miłość, bo gdzie miłość w sercu, tam i modlitwa (...)" (25 kwietnia 1993 r.)



"(...) Dziatki, pragnę, abyście nieśli pokój i Bożą radość dzisiejszemu niespokojnemu światu.(...)" ( 25 października 1997 r. )



Joanna
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Bez Medziugorja nigdy nie zagrałbym "Pasji"
sobota, 24 kwietnia 2010 23:05







Bez Medziugorja nigdy nie zagrałbym "Pasji" Jim Caviezel stał się sławny na cały świat poprzez rolę główną w filmie kinowym "Pasja". Poruszające przedstawienie biczowania i ukrzyżowania Jezusa stały się powodem wielu dyskusji na temat wiary.



Co jakiś czas słyszy się o nawróceniach, jakich doświadczyły osoby odwiedzające kino w związku z tym filmem. Kim jest Jim Caviezel, który w taki imponujący sposób zagrał Jezusa? W wywiadzie z OAZĄ wyznaje on, że bez tego, czego doświadczył w Medziugorju, nigdy nie przyjąłby tej roli, gdyż w Medziugorju został mu podarowany nowy wymiar wiary.



Z Jimem Caviezelem, który w lutym tego roku po raz szósty odwiedził Medziugorje, udało nam się przeprowadzić wywiad dla OAZY.



Jim, czy mógłbyś opowiedzieć nam, jak dowiedziałeś się o Medziugorju?



Moja żona była w Medziugorju w czasie, kiedy ja znajdowałem się w Irlandii, gdzie kręciliśmy film "Hrabia Monte Cristo". Nie powodziło mi się wtedy zbyt dobrze, choć pracowałem siedem dni w tygodniu. Żona zadzwoniła do mnie i już po głosie poznałem, że zaszła w niej jakaś zmiana. Zaczęła opowiadać mi o Medziugorju i o tym, że jeden z widzących niedługo odwiedzi Irlandię. Przerwałem jej słowami: "Słuchaj, ja mam tu poważną robotę do wykonania. Nie mogę zajmować się teraz jakimiś widzącymi." Poza tym myślałem, że jako katolik nie muszę uznawać Fatimy, Lourdes czy Medziugorje. Tak wyglądały moje przemyślenia. Na dodatek przypomniałem sobie, że jako młody chłopak chodzący do katolickiej szkoły wraz z kolegami zachwyciłem się początkowo wydarzeniami z Medziugorju, lecz że nasze zainteresowanie nim całkowicie zanikło po tym, jak miejscowy biskup orzekł, iż wydarzenia te nie są prawdziwe.



Widzący Ivan Dragićević z Medziugorja, przybył zatem do Irlandii. Dla mnie było jasne, że nie będę miał dla niego czasu, ponieważ musiałem pracować non-stop. Jednakże, pewnego czwartku, mój partner filmowy Richard Harris nagle niedobrze się poczuł, a ja dostałem wolne do końca dnia. W ten sposób mogłem być przy objawieniu. Stałem całkiem z tyłu w pełnym kościele i nie całkiem wiedziałem, co się tu dzieje. Ale kiedy tuż obok mnie pewien niepełnosprawny człowiek osunął się na kolana z wózka inwalidzkiego podczas objawienia, byłem bardzo poruszony. Ten niepełnosprawny - pomyślałem sobie - klęczy mimo strasznego bólu na tej zimnej kamiennej posadzce i modli się!



Dziś wiem, że tylko Bóg mógł mnie tak dobrze znać, by wiedzieć, czym mnie ująć.



Może to zabrzmieć dziwnie, ale w niedzielę po owym czwartku znów nieoczekiwanie dostałem czas wolny i w ten sposób mogłem spotkać się z Ivanem, co było specjalnym życzeniem mojej żony. Podczas objawienia klęczałem obok niego i w sercu powiedziałem: "OK, oto jestem. Jestem gotowy. Rób ze mną, co chcesz." W tym momencie poczułem, że coś mnie wypełniło, coś, co było proste ale i wyjątkowe. Kiedy wstałem, z oczu trysnęły mi łzy i zacząłem z całego serca płakać.



Ivan powiedział do mnie: "Jim, człowiek znajduje czas na to, co kocha. Jeśli ktoś nie ma czasu, ale pozna nagle dziewczynę, którą pokocha, to znajdzie dla niej czas. Jeśli ktoś nie ma czasu dla Boga, to tylko dlatego, że Go nie kocha." To mnie uderzyło i zapytałem sam siebie, czy ja mam czas dla Boga. Ivan mówił dalej: "Bóg powołuje cię do tego, abyś modlił się sercem." "Jak mogę to zrobić?" - spytałem go. "Zacznij się modlić." W tym momencie otworzyło się okno mojego serca. Nigdy wcześniej bym nie pomyślał, że to możliwe.



Poszliśmy do restauracji i muszę powiedzieć, że nigdy wcześniej jedzenie i wino nie smakowały mi tak dobrze, jak tamtego wieczoru. Zaczęła następować we mnie jakaś zmiana. Wcześniej moja żona często próbowała nauczyć mnie modlitwy różańcowej, a ja zawsze odmawiałem. Teraz chciałem modlić się na Różańcu, ale nie wiedziałem jak. Czułem tylko, że moje serce otworzyło się na to. Pewnego ranka powiedziałem do szofera, który woził mnie na plan filmowy: "Nie wiem, co pan o tym sądzi, ale ja chciałbym pomodlić się teraz na różańcu." Ku mojemu zdziwieniu odparł on: "OK, pomódlmy się." W łagodnym świetle miłości, którą odczuwałem teraz w sobie, zaczynałem pojmować, w którym miejscu się wówczas znajdowałem, ile miałem pokus, gdzie były moje uczucia, jak byłem słaby i jak wewnętrznie oceniałem innych ludzi.



Kiedy przybyłeś po raz pierwszy do Medziugorja?



Po ukończeniu prac filmowych, z których ostatnie miały miejsce na Malcie, zdecydowałem, że pojadę do Medziugorja. Byłem pełen oczekiwań.



W wieku lat 20 jakiś wewnętrzny głos powiedział mi, że powinienem zostać aktorem. Kiedy opowiedziałem to mojemu ojcu, odpowiedział mi: "Jeśli Bóg czegoś od ciebie chce, to na pewno, żebyś został księdzem. Dlaczego miałbyś zostać aktorem?" Ja też tego wtedy nie rozumiałem.



Teraz na nowo zadawałem sobie pytanie, czy jest wolą Bożą, abym był aktorem, aby zarabiać mnóstwo pieniędzy i stać się bogatym. Widziałem nierównowagę, jaka panuje na tym świecie pomiędzy tymi, którzy mają o wiele za dużo, a tymi, którzy mają za mało do życia i byłem pewien, że Bóg tego nie chciał, i że ja też musiałem podjąć decyzję - wybrać bogactwo, które nie da mi szczęścia na dłuższą metę, czy Boga, który chce prowadzić moje życie.



Medziugorje przypominało mi Betlejem i pomyślałem sobie, że tak jak Jezus urodził się w małej miejscowości, tak teraz Matka Boża ukazuje się w biednej okolicy "między górami". Te cztery dni w Medziugorju były dla mnie jak przerwanie tamy. Na początku byłem jeszcze zaskoczony, jak dużo ludzie tu się modlą. Widziałem w tym podobieństwo do obozu koszykówki i myślałem sobie, że tam również nie gra się tylko raz na dzień, tylko kilkakrotnie, przez cały czas. Nawet w szkole nie czyta się tylko raz, a ponawia się czytanie. Podczas pierwszych dni spędzonych w Medziugorju odczuwałem wewnętrzny niepokój przy modlitwie, bo nie byłem przyzwyczajony, żeby tyle się modlić. Poprosiłem więc Boga, żeby mi pomógł. A po czterech dniach nie chciałem już nic innego, jak tylko modlić się. Bo zawsze, kiedy się modliłem, czułem się złączony z Bogiem. To jest doświadczenie, którego życzę każdemu katolikowi. Może doświadczyłem czegoś podobnego jako dziecko, ale zapomniałem o tym. Teraz znów dostałem ten dar, aby doświadczyć tego ponownie. To doświadczenie nadal trwa, nawet w domu. W mojej rodzinie żyjemy wszyscy sakramentami. Z moimi dziećmi modlę się codziennie w drodze do szkoły. A jeśli kiedyś nie zacznę od razu, mój syn sam zaczyna modlitwę.



Kiedy po raz drugi przyjechałem do Medziugorja, szukałem takiego samego doświadczenia, jakie miałem za pierwszym razem. Lecz teraz było inaczej. Pewnego dnia po obiedzie zostałem zaproszony przez pielgrzymów, aby pojechać z nimi do Širokiego Brijegu do ojca Jozo Zovko. Przede wszystkim chciała tego moja żona. Wprawdzie nie znałem ojca Jozo, ale to, co mówił bardzo mnie poruszyło. Poszedłem do niego, a on położył mi dłonie na ramionach. Zrobiłem to samo co on. Potem on położył mi dłonie na głowie, a ja zrobiłem to samo u niego. W tym momencie poczułem wewnętrznie te słowa: "Kocham cię mój bracie. Ten człowiek kocha Jezusa." Ojciec Jozo odwrócił się spontanicznie do tłumaczki i spytał ją po chorwacku, kim ja jestem i powiedział, że chciałby ze mną porozmawiać. To był początek przyjaźni, która trwa do dziś. Wtedy właśnie skończyłem prace nad filmem "Pasja". Musiałem wiele razy doświadczyć, jak przeróżne moce próbowały odwieść mnie od nakręcenia tego filmu.



Czy możesz nam opowiedzieć, czemu tak to odbierałeś i jaki związek istnieje między z tym filmem, a Medziugorjem?



Miałem 33 lata, kiedy zaczęły się prace nad filmem, byłem więc w wieku Jezusa. Wciąż nachodziły mnie wątpliwości, czy jestem godzien grać Jezusa. Ivan Dragićević dodawał mi otuchy i mówił, że Bóg nigdy nie wybiera sobie najlepszych, i że on to widzi również na swoim przykładzie.



Bez Medziugorja nigdy nie zagrałbym tej roli, gdyż tu otworzyło się moje serce po raz pierwszy na modlitwę i sakramenty. Wiedziałem, że muszę być blisko Jezusa, jeśli mam Go zagrać. Chodziłem codziennie do spowiedzi i na adorację Najświętszego Sakramentu. Na Mszę św. przychodził też Mel Gibson, ale pod warunkiem, że odbywała się ona w języku łacińskim. To było dla mnie dobre, gdyż w ten sposób uczyłem się też łaciny.



Ciągle powtarzały się pokusy, przeciw którym musiałem się bronić. W tej walce często przeżywałem wielki wewnętrzny pokój. Na przykład w scenie, w której przychodzi Maryja, Matka Boża, a ja mówię: "Patrz, czynię wszystko nowym." Tę scenę kręciliśmy cztery razy, a ja wciąż czułem, że to ja jestem na pierwszym planie tej sceny. Potem ktoś uderzył w krzyż, a moje lewe ramię wskoczyło ze stawu. Przy tym nagłym okropnym bólu straciłem równowagę i upadłem, a krzyż przygniótł mnie do ziemi. Uderzyłem twarzą w piaszczystą ziemię i w tym samym momencie wytrysnęła mi krew z nosa i z ust. Powtórzyłem do Matki słowa: "Patrz, czynię wszystko nowym." Moje ramię bolało mnie nie do opisania, kiedy powoli obejmowałem krzyż. Czułem przy tym, jak bardzo jest on wartościowy. Tu przestałem grać, a Jezus stał się widoczny. Jakby w odpowiedzi na moje modlitwy, które brzmiały: "Jezu, chcę, aby ludzie widzieli Ciebie, nie mnie."



Poprzez nieustanną modlitwę różańcową - nie wiem, ile Różańców odmówiłem podczas prac nad filmem - czułem szczególną atmosferę. Wiedziałem, że nie mogłem przeklinać ani folgować sobie, kiedy chciałem przekazać coś zespołowi. Większość z nich nie znała Medziugorja, oni byli wspaniałymi aktorami i byliśmy szczęśliwi, że ich dostaliśmy. Ale jakże miałem im przekazać Medziugorje, jeśli nie przez moje życie? Medziugorje znaczy dla mnie: żyć w jedności z Kościołem poprzez sakramenty. Dzięki Medziugorju zacząłem wierzyć w to, że Jezus rzeczywiście jest obecny w Eucharystii i że wybacza mi On moje grzechy. Przez Medziugorje doświadczam, jak potężna jest modlitwa różańcowa i jakim darem jest codzienna Msza św. Jak mogę pomóc ludziom uwierzyć w Jezusa? Zrozumiałem, że to może stać się tylko tą drogą, że Jezus będzie we mnie obecny przez Eucharystię i że ludzie będą Go widzieć przez pryzmat mojego życia.



Kiedy kręciliśmy scenę z Ostatnią Wieczerzą, miałem w mojej szacie, w kieszeniach od wewnętrznej strony wszyte relikwie świętych oraz mały odłamek z Krzyża Chrystusa. Tak bardzo pragnąłem, żeby Jezus był obecny całkowicie, więc poprosiłem księdza, żeby wystawił Najświętszy Sakrament. Najpierw nie chciał tego zrobić, ale bardzo go o to prosiłem, gdyż byłem przekonany, że w tym momencie, w którym ja będę parzył na Chrystusa, ludzie będą Go mogli rozpoznać we mnie. Ksiądz stał trzymając Najświętszy Sakrament w rękach tuż za kamerzystą i wraz z nim zbliżał się do mnie bardzo powoli. Kiedy ludzie widzą w moich oczach blask, nie wiedzą, że widzą tak naprawdę Jezusa, odbicie konsekrowanej Hostii w moich tęczówkach. Tak było także w scenie ukrzyżowania. Był obecny ksiądz i trzymał Najświętszy Sakrament, a ja cały czas się modliłem.



Największym wyzwaniem filmu nie było nauczenie się tekstów w języku łacińskim, aramejskim i hebrajskim, jak z początku przypuszczałem, ale fizyczne trudy, które musiałem pokonać. W ostatniej scenie miałem zwichnięte ramię, które wciąż wyskakiwało ze stawu, kiedy ktoś uderzał w krzyż. Przy biczowaniu zostałem dwa razy uderzony pejczem i miałem ranę długą na 14 cm, moje płuca były pełne wody, zachorowałem na zapalenie płuc. Do tego dołożył się chroniczny brak snu - przez wiele miesięcy wstawałam codziennie o 3 nad ranem, bo samo nakładanie makijażu trwało 8 godzin.



Oddzielnym wyzwaniem było też zimno, które dało mi się we znaki szczególnie podczas sceny ukrzyżowania. Temperatury były niewiele wyższe od zera, a mój kostium składał się jedynie z cienkiej płóciennej szaty.



Przy ostatniej scenie chmury wisiały nisko nad nami, a w krzyż, na którym byłem umocowany, trafił piorun. Nagle zrobiło się bardzo cicho dookoła mnie, a moje włosy stały dęba. 250 osób, które stało dookoła mnie, widziało, jak moje ciało się rozświetliło, a moja głowa została z obu stron rozjaśniona przez ogień. Wielu z nich było zaszokowanych, kiedy to ujrzeli. Dla mnie film "Pasja" jest jednym wielkim filmem miłości. Jednocześnie widzę też, jak kontrowersyjny jest Jezus, może więcej nawet niż dawniej był. Doświadczam tego, że wiara w Chrystusa staje się źródłem radości, mimo iż stworzenie jest zagrożone przez wiele czynników, które mogą wzbudzać w nas strach. Sądzę, że Bóg nas w tych dniach szczególnie powołuje i że musimy odpowiedzieć na to wezwanie - w naszym sercu i naszym życiem.



Dziękuję za rozmowę.



Wywiad z Jimem Caviezelem przeprowadził Christian Stelzer,

Oaza Pokoju, Wiedeń (Oase des Friedens, Wien)



www.oasedesfriedens.at
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Jezus - mój Przyjaciel
niedziela, 02 maja 2010 22:40



Klęcząc przed Panem Jezusem w kaplicy Adoracji w Medziugorju -nagle, niespodziewanie dla siebie samej powiedziałam Mu : "Bądź moim Przyjacielem". Dotychczas poprosiłam Go o to, żeby był moim Panem i Zbawicielem, oddawałam Mu swoje życie-ale o przyjaźń poprosiłam po raz pierwszy - ku swemu własnemu zdziwieniu. Stało się to tak jakby poza mną. Duch święty tak pokierował moją modlitwą. I wiem, że Jezus ją wysłuchał, bo od tego momentu zupełnie inaczej wyglądają moje spotkania z Nim w Eucharystii, na modlitwie, czy w czasie adoracji. Są to zwykle rozmowy, wspólne przebywanie razem, szczerość i otwartość z mojej strony - nie muszę niczego udawać, ubierać modlitwy w specjalne , uroczyste zwroty- wiem, że On - mój Przyjaciel nie chce tego dystansu. Jezus też mówi do mnie zwyczajnie, choć rzeczy niezwykłe. Przez widzącą Vickę powiedział mi, że cierpienie jest szczególnym darem, za który mam dziękować każdego dnia - i to nie tylko za cierpienie fizyczne, ale również psychiczne czy duchowe. Każdą przykrość, smutek, czy tęsknotę mogę Mu oddać z dziękczynieniem, a On już Sam zrobi z tego użytek dla ratowania świata! Daje mi też tę pewność, że On jest naprawdę godny zaufania i, że oddając Mu coś lub kogoś bardzo mi drogiego, nie ogołocę się , ale wręcz odwrotnie - od Niego dostanę plon stokrotny. I tak właśnie zrobiłam - oddałam do jego dyspozycji pewną, bardzo bliską mi osobę, bo wiem, że On najlepiej pokieruje zarówno jej i jak i moim losem. W "Oazie Pokoju" usłyszałam, że życie w pokoju nie oznacza bezproblemowej egzystencji, ale ciągłe odnajdywanie tego pokoju w Jezusie. Tylko On jest pokojem, tylko w Nim znajduję zaspokojenie wszystkich pragnień. On jest Pełnią.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Świadectwo o uzdrowieniu w Medziugorju
środa, 05 maja 2010 23:20



Jestem misjonarzem z Kanady i od czterdziestu lat pracuję na misjach w Zambii. Cztery lata temu utraciłem wzrok. Miałem być operowany na oczy w Montrealu miesiąc temu, ale mój kuzyn zaczął namawiać mnie , żebym najpierw przyjechał do Medziugorja i przywiózł mnie tutaj razem ze swoją żoną. Kiedy wszedłem do pokoju, gdzie widzący mają objawienia, w momencie pojawienia się Matki Bożej poczułem ciepło w całym ciele i w oczach. Zacząłem płakać, trwało to długo. Kiedy wyszedłem na zewnątrz okazało się, że widzę! Następnego dnia poszedłem na Kriżevac, żeby podziękować Bogu i widziałem stamtąd Kościół jak na dłoni! Teraz wracamy do Montrealu, żeby wszystkim mówić o cudach, jakie czyni Matka Boża w Medziugorju.



Bart John Beacedey, Kanada rok 1997
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Świadectwo Marijany Vasilj
czwartek, 10 czerwca 2010 23:09



Trwajcie w nieustającej modlitwie.







Marijana Vasilj, jedna z dwóch dziewcząt z Medziugorja obdarzonych darem lokucji. (zob. inf.)



Witam, Jestem Marijana Vasilj. Wraz z Jeleną otrzymałyśmy wewnętrzne widzenia od Matki Bożej. Jelena, po raz pierwszy otrzymała lokucje kiedy była w szkole. Słyszała wewnętrzny głos, w którego wierzyła, że jest głosem anioła. Anioł przemówił do niej ponownie i powiedział, aby przygotowywała się przez okres ponad trzech lat, podczas których będzie modliła się o usłyszenie głosu Matki Bożej. W grudniu 1982 roku pierwszy raz usłyszała Jej słowa. Pierwsze orędzie, które od Niej otrzymała było zaproszeniem do modlitwy. Matka Boża, poleciła jej również znalezienie innych, którzy chcieliby się z nią modlić. Na samym początku było nas sześćdziesięcioro; to byli bliscy Jeleny i przyjaciele, którzy rozpoczęli codzienną modlitwę. Ja po raz pierwszy usłyszałam głos Matki Bożej w marcu 1983 roku. Te objawienia, które otrzymujemy są zupełnie inne od tych, które mają widzący. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć Jej fizycznie, co udaje się widzącym, ale słyszymy jedynie Jej głos. Mówimy, że jest to wewnętrzny głos, ale oczywiście nie możemy go porównywać z naszym własnym głosem. Porównujemy go z naszym wewnętrznym głosem, czymś co pochodzi z naszego serca. Możemy porównać ten głos z głosem naszego sumienia, ale nie możemy go kontrolować, i możemy słyszeć go jedynie kiedy się modlimy. W czasie kiedy Matka Boża mówi do nas, nie jesteśmy w stanie ekstazy tak jak widzący kiedy do nich przemawia, ale odczuwamy wewnętrzny pokój, wewnętrzną radość. Mówiąc o orędziach Matki Bożej, które przekazała mi oraz Jelenie, są one tymi samymi orędziami, które daje widzącym, ale oczywiście nigdy nie mówiła do nas o tajemnicach i przyszłości świata. Największą liczbą orędzi, które otrzymałyśmy od Gospy to orędzia skierowane do naszej grupy modlitewnej. Jedne z pierwszych orędzi Matki Bożej, dotyczyło Jej pragnienia stworzenia grupy modlitewnej z młodych ludzi, tutaj w naszej parafii Medziugorje. Jelena przekazała to orędzie księżom w parafii, i wspólnie z jednym księdzem stworzyliśmy grupę modlitewną, która na początku liczyła około sześćdziesięciu młodych mężczyzn i kobiet.



Na samym początku, Matka Boża postawiła specjalny warunek dla tych młodych ludzi, którzy weszli w skład grupy modlitewnej. Warunkiem było nieopuszczanie Medziugorja przez następne cztery lata. Chciała, aby wszyscy pozostali w Medziugorju do czasu zrozumienia tego, co powinni zrobić ze swoim życiem w przyszłości. Następnie, Matka Boża, dała nam okres jednego miesiąca przeznaczonego na modlitwę i medytacje, tak abyśmy mogli zdecydować czy jesteśmy w stanie spełnić Jej warunek pozostania w Medziugorju. Po upływie tego miesiąca, około dwudziestu młodych ludzi opuściło grupę modlitewną ponieważ nie byli oni w stanie wypełnić pragnienia Matki Bożej. Czterdzieścioro z nas rozpoczęło drogę, którą prowadziła nas Nasza Pani. Na samym początku, kiedy grupa modlitewna została utworzona, Matka Boża poprosiła nas, abyśmy odbywali cotygodniowe spotkania. Po pewnym czasie, poprosiła nas o organizowanie spotkań modlitewnych dwa, a później trzy razy w tygodniu. Również, przekazała nam, abyśmy modlili się sami a także w naszych rodzinach. Matka Boża powiedziała nam, że bardzo ważna jest modlitwa grupowa, której podstawą jest nasza rodzina. Wśród naszej grupy modlitewnej, dawała nam wskazówki dotyczące tego jak powinniśmy się modlić. Modlitwy, o które nas prosiła to: różaniec, spontaniczne modlitwy, czytanie Pisma świętego, medytacja, Wierzę w Boga, 7 Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo oraz Chwała Ojcu po Mszy świętej. Chciała również, żebyśmy dyskutowali nad orędziami, które nam dawała i abyśmy dzielili się doświadczeniami, które otrzymywaliśmy. W wyjątkowy sposób, zapraszała nas do modlitwy spontanicznej i chciała, abyśmy każde spotkanie modlitewne rozpoczynali i kończyli taką właśnie modlitwą. Powiedziała nam, że modlitwa to nie tylko Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryjo czy Chwała Ojcu, ale chciała abyśmy przemawiali z głębi naszych serc, wszystko to co w nich nosimy, aby było wyrażone w modlitwie spontanicznej. Gospa powiedziała, że takie spontaniczne modlitwy pomogą nam łatwiej otworzyć nasze serca na rozmowę z Bogiem. Na początku, prosiła nas abyśmy modlili się za swoje potrzeby i na koniec, abyśmy dziękowali Jej naszymi modlitwami. Często mówiła, że zbyt rzadko dziękujemy Bogu za wszystko czym nas obdarza, i pragnęła byśmy wyrażali te modlitwy dziękczynienia.



Te cztery lata spędzone razem w grupie modlitewnej, przy orędziach, które nam dawała, były dla nas okresem szkoły modlitwy. To nie była jedynie szkoła na te cztery lata ale na całe nasze życie. Poprzez te wszystkie orędzia, jakie Matka Boża nam dała, mogę wam powiedzieć, że chciała Ona nauczyć nas, że modlitwa staje się częścią nas samych i staje się częścią naszego życia. Po tych czterech latach, powiedziała nam, że ktokolwiek chciałby odejść czy opuścić grupę i zrozumiał drogę swojego powołania, może pozostawić grupę modlitewną. Połowa młodych ludzi odeszła, a druga połowa kontynuowała wspólną modlitwę. Po tej pierwotnej grupie modlitewnej, Matka Boża zaprosiła w wyjątkowy sposób pielgrzymów, szczególnie młodych ludzi, aby stworzyli grupy modlitewne i również do nich należeli.



Dziś, po blisko trzydziestu latach objawień Królowej pokoju, jest wiele grup modlitewnych, które powstały na całym świecie, a Matka Boża przekazała nam, że jest bardzo szczęśliwa z tego powodu. Zaprosiła nas również do tego byśmy nie ustawali w modlitwie. W orędziach, które dała mi oraz Jelenie, zawsze mówi, że jest szczęśliwa z powodu tych wszystkich ludzi, którzy przybyli do Medziugorja, a jeszcze bardziej jest radosna widząc tych, którzy zmielili swoje życie tu w Medziugorju. Nasza Pani zachęca wszystkich was pielgrzymi, abyście nie kończyli waszej pielgrzymki tutaj, ale najważniejsze jest dla was to by kontynuować ją będąc z powrotem w waszych domach, razem z przyjaciółmi i rodzinami, z całym doświadczeniem, które nabyliście i zaakceptowaliście w Medzigorju. Matka Boża, zaprasza także wszystkich was, abyście poprzez swoje życie byli przykładem dla innych ludzi, szczególnie dla tych, którzy się nie modlą, którzy nie wierzą. Mówi: "Przybyłam do Medziugorja nie tylko z powodu tego miejsca, ale z powodu całego świata". Chce ochronić wszystkich nas i pomóc nam na naszej drodze do nawrócenia, ale także pragnie abyśmy mieli otwarte serca. Jedynym sposobem na otwarcie naszych serc jest codzienna modlitwa, płynąca z niej radość; oznacza to, że należy postawić modlitwę na pierwszym miejscu w naszym życiu. Matka Boża mówi, że powinniśmy zrozumieć, iż modlitwa nie powinna być z przymusu, ale czymś co chcemy czynić. Jest koniecznością. Tylko przez modlitwę i z modlitwą, Bóg może dać nam wewnętrzny pokój, pokój w naszych sercach, a jest on tym czego wszyscy poszukujemy. Matka Boża mówi, że modlitwa jest jedyną drogą, którą możemy odmienić nasze serca, którą możemy zmienić nasze rodziny, jest jedynym sposobem, który może zmienić sytuację na całym świecie. Również, Matka Boża zaprasza nas do modlitwy z wiarą, nie tylko z mechanicznym powtarzaniem słów, ale do modlitwy z wiarą. Jeśli spojrzymy do tyłu na wszystkie orędzia, które nam dała przez prawie trzydzieści lat, możemy powiedzieć, że pierwszym i ostatnim orędziem jakie daje jest zaproszenie do modlitwy. Pielgrzymi często pytają nas, dlaczego Matka Boża wciąż powtarza to zaproszenie do modlitwy, dlaczego nie daje nowych orędzi. Ona mówi, że nie przyszła po to, aby dać nam coś nowego, ale, że przyszła jako Matka by pomóc tobie i twojej drodze nawrócenia. Możemy to tylko uczynić, kiedy całkowicie poddamy się Bogu, jeśli modlitwa stanie się częścią naszego życia, jak Matka Boża przekazała nam w grupie modlitewnej. Wiele razy przez orędzia, wspomina o czasie łaski. Zaprasza nas abyśmy nawracali się właśnie w tym czasie łaski, ponieważ pewnego dnia objawienia się skończą, a wówczas będzie już za późno. I do was pielgrzymi, mówi, że nie przybyliście do Medziugorja przez przypadek, ale, że wszyscy z was są zaproszeni do przybycia tutaj przez Nią. Dla każdego z was, jest ważne, abyście otworzyli serca na modlitwę, tak byście przez nią odkryli dlaczego zostaliście zaproszeni do Medziugorja. Matka Boża mówi, że poprzez Medziugorje, przez Jej objawienia i orędzia, pragnie zmieniać cały świat, chce pomóc nam na naszej drodze nawrócenia, i oczywiście my wszyscy możemy pomóc Jej naszymi modlitwami. Pierwszą rzeczą jaką powinniśmy zmienić jest nasze serce, i poprzez to powoli będziemy zmieniać nasze rodziny i cały świat. To jest najważniejsze co dała nam Królowa Pokoju i czym pragnę się z wami podzielić.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Świadectwo proboszcza z Meksyku
czwartek, 22 lipca 2010 15:17



Podczas mojego pobytu w Meksyku byłam bardzo pod wrażeniem pewnego proboszcza, który został wysłany do Medziugorja dwa lata temu, aby zebrać informacje, które by dowodziły, że Maryja się tam nie objawia. Myślał, że poprzez negatywny raport mógłby stłumić entuzjazm Meksykanów do tego miejsca, celu tylu pielgrzymek. Lecz nie przewidział macierzyńskiego instynktu Maryi, która wykorzystała misję "anty-Gospa", by się nim zająć. Zaledwie o.Salwador tam przyjechał mógł tylko zbierać dowód po dowodzie, że Matka Boża jest tu obecna. Ona działała w jego sercu z taką mocą, jakiej on nigdy dotąd nie doświadczył. W ciągu paru dni ten ksiądz został tak głęboko przemieniony, że teraz mówi: "Moje kapłaństwo narodziło się w Medziugorju!" Kiedy powrócił do Meksyku, przedstawił bardzo pozytywne sprawozdanie, które wprowadziło w zdumienie biskupa. Gdy poinformował, że chciałby, aby jego parafia żyła tym samym programem modlitewnym, który jest realizowany każdego dnia w kościele św. Jakuba w Medziugorju, biskup zareagował: "Powodzenia!" I teraz ku zdumieniu wszystkich ten wielki kościół stał się rzeczywiście żywy, zbyt mały, aby pomieścić tych wszystkich, którzy przybywają, aby się w nim modlić. Msze święte odprawiane są jedna po drugiej, co godzinę, nawet w dni powszednie ( a jego wielka parafia ma tylko dwóch księży! ). W czasie ostatniej tegorocznej pielgrzymki o.Salvador przyszedł, aby pomodlić się przed figurą Matki Bożej w Tihaljinie ( O.Jozo rozpowszechnia Jej obrazki pielgrzymom ). Gdy powierzał swoją parafię Maryi, rzekł do Niej: "Chcę Ciebie w moim kościele! Chcę figurę taką jak ta, właśnie taką samą! Ty wiesz , że nie mam pieniędzy, nawet nie wiem, gdzie ją kupić. A więc Matko, jest to TWÓJ problem!" Dwa miesiące później, 1 Maja, przyjeżdża ciężarówka , aby dostarczyć ...figurę Matki Bożej, właśnie taką samą! W czasie pielgrzymki, kiedy ojciec Salvador utrzymywał w tajemnicy swą modlitwę, jakaś pani poczuła silne pragnienie w swoim sercu, aby ofiarować kopię tej figury dla kościoła w Meksyku. Wiedziała, gdzie ją można dostać i miała pieniądze. I oto przybywa Gospa do ojca Salvadora akurat na początku tego maryjnego miesiąca! Kiedy już otrzymał Maryję jako swoją Matkę, ten uczeń po prostu wziął Ją do siebie! Pomiędzy wieloma innymi błogosławieństwami zakwitło już wiele powołań kapłańskich w tej nowej oazie pokoju.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Medziugorje - miejsce żarliwej modlitwy
wtorek, 23 listopada 2010 12:09


Najważniejszą rzeczą w życiu każdego człowieka jest odnalezienie i poznanie Boga, uwierzenie w Niego oraz szczere umiłowanie Boga ponad wszystko. Próżne są bowiem wszelkie działania, jeśli człowiek nie odnajdzie i nie pozna Boga. Najłatwiejszą i najpewniejszą drogą, która prowadzi do spotkania z Bogiem, jest modlitwa, która wciąż jest dla nas wielką tajemnicą. Modlitwa przede wszystkim wyraża tęsknotę człowieka za spotkaniem z Bogiem, za zjednoczeniem z Nim w miłości, za odnalezieniem upragnionego pokoju i radości, za szczęściem i zbawieniem. Modlitwa jest potrzebą naszej psychiki i duszy. Modlitwa jest spotkaniem w łasce i radosną rozmową z żywym, osobowym Bogiem.



O. Petar Ljubičić, OFM











Modlitwy potrzebujemy bardziej niż chleba i odzienia, bardziej niż powietrza, którym oddychamy i bardziej niż wody, bez której życie jest dla nas niewyobrażalne. Modlitwa to wzniesienie serca i umysłu ku Bogu. Święty Jan Vianney mawiał, że modlitwa to zjednoczenie duszy z Bogiem. Jest oddechem naszej duszy. I tak jak ciało nie może żyć bez powietrza, tak dusza nasza nie może żyć bez modlitwy. „ Człowiek, jeśli się nie modli, nie pozostanie długo chrześcijaninem - podobnie jak nasze ciało nie pozostanie długo żywe bez oddychania.” (R.Guardini)



Są ludzie, którym się wydaje, że nie mają czasu na modlitwę lub nie potrafią się modlić. Na pytanie, dlaczego się nie modlisz, najczęściej pada odpowiedź: nie mam czasu! Jest to raczej wymówka, niż prawdziwy powód. To prawda, nie mamy czasu do stracenia. Czas zaiste jest krótki i zbyt cenny. Niektórzy modlą się jedynie wtedy, gdy odczuwają potrzebę. Inni zaś są chętni by się modlić, lecz nie mogą się skupić. Mówią wtedy: nie mam nerwów, brak mi sił, aby się skoncentrować! Jak tylko zaczynam się modlić, nachodzą mnie przeróżne myśli i doznaję rozproszenia. Dobrze jest wspomnieć na początku, że prawie każdy przeżywa trudności na modlitwie. Święty Bernard, przy jakiejś okazji powiedział, że był w jego życiu taki czas, kiedy nawet jednego Zdrowaś Maryjo nie był w stanie odmówić bez rozproszenia. A jednak został świętym!



Inni zaś powiadają: nie odnajduję w modlitwie żadnego sensu! Nie rozumiem dlaczego miałbym w ogóle marnować swój czas na modlitwę! Długo się modliłem, ale nie zostałem wysłuchany. Nie będę się więcej modlić! W ten to sposób człowiek stara się ukarać Boga w swoim sercu, i po prostu przestaje się modlić. Jednak takie stawianie sprawy jest całkowicie błędne. Bóg, jako nasz dobry Ojciec, na to nie zasługuje. Całymi latami modliłam się o uzdrowienie mojej córki, a ona umarła trzy miesiące temu - powiedziała mi kiedyś pewna kobieta. Od tamtej pory Bóg dla mnie umarł - dodała. Często słyszę: jeśli Bóg jest miłością, to dlaczego jest tyle zła i cierpienia na świecie? Czy to jest miłość? - zapytał mnie pewien chory. Lepiej wyjdź z tej sali. Dziwna jest ta miłość, skoro dopuszcza, abym od siedmiu lat tak cierpiał! Jak możesz mówić, że Bóg jest miłością! Przestań, nic nie mów! -powiedziała mi młoda kobieta, której zmarło pierwsze dziecko. Ja już nie jestem w stanie nadal wierzyć.



Powierzchowne pojmowanie chrześcijaństwa i modlitwy.



Jaka więc jest odpowiedź na te i podobne pytania. Czy mają rację ci, którzy mówią te słowa? Jeśli Bóg jest pośród nas, kocha nas, troszczy się o nas, dlaczego to dopuszcza? Wiele ludzi myśli w ten sposób! Kto tak mówi, ten nie zna Boga. To prawda, w świecie jest wiele bólu i cierpienia. Ten fakt pozostaje dla nas tajemnicą. Każdy nosi swój krzyż, mniejszy czy większy, nieraz bardzo duży. Wiemy, że grzech pierworodny naszych prarodziców, zadecydował o naszym losie. Na świat zstąpiło cierpienie, ból i wszelakie zło. Jedyną dla nas pociechą jest wiara, że nic nie dzieje się bez wiedzy Boga i Jego woli. Niektórzy modlą się w ten sposób: Drogi Boże, wysłuchaj mnie, zapaliłem ci świecę, więc miej mnie w swojej nieustannej opiece i dbaj o wszystkie moje potrzeby! To jest powierzchowne pojmowanie chrześcijaństwa i modlitwy. Najważniejsze jest, aby jak najpełniej otworzyć się na Boga, poznać, doświadczyć Go i przeżyć wewnętrznie na modlitwie. Boga trzeba pokochać całą swoją istotą. Wtedy czas modlitwy będzie przez nas wyczekiwany, życie stanie się lżejsze, a cierpienie będziemy przyjmować jako dar Boży. Musimy nauczyć się, że modlitwa to wyraz miłości dziecka do Ojca. Kto prawdziwie kocha, ten będzie się dużo i dobrze modlił. Kto szczerze i żarliwie się modli, ten wielką miłość w sercu mieć będzie!

Warto zadać sobie pytania: Kim jest dla mnie Pan Bóg? Czy doświadczyłem Jego obecności w swoim życiu? Co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Bogu, jakie wyobrażenia, jaka myśl, jakie słowa modlitwy? Pewien katolik przyznał, że od najmłodszych lat wyobrażał sobie Boga jako karzącą rękę zawisłą w powietrzu, a przy tym zawsze słyszał słowa swojej matki „ Bóg wszystko widzi i nic nie umknie jego uwadze”. Zawsze bałem się Boga, mówił! Z tego powodu co niedzielę idę do kościoła i staram się żyć jako świadomy katolik, żeby zasłużyć sobie na niebo po śmierci.

Warto sobie postawić pytanie czym jest dla nas modlitwa. Jak się modlę? Często słyszę, że dla niektórych modlitwa zamiast być radosnym spotkaniem z Bogiem, staje się ciężarem. Zapytajmy siebie, czym jest dla nas Msza Święta? Czy poprzez Mszę Świętą oddaję chwałę Bogu? Czy zdaję sobie sprawę, że Msza Święta jest najdoskonalszą modlitwą? Dlaczego jej nie rozumiemy i dlaczego nas nie przemienia?

A przecież jedna Komunia święta może nas uczynić świętymi. Dlaczego w starszym wieku, jesteśmy mniej pobożni, niż kiedy byliśmy młodzi? Powinniśmy codziennie, coraz radośniej i w coraz większym skupieniu uczestniczyć we Mszy Świętej, przyjmować Komunię i z całego serca dziękować za dary darmo dane, gdyż tego wymaga dynamika łaski, sama istota Mszy i Komunii świętej. Dlaczego Słowo Boże, którego słuchamy, lub czytamy osobiście, tak trudno dociera do głębi naszej duszy i tak rzadko przyjmujemy je jako orędzie Ojca skierowane do nas, Jego dzieci? Dlaczego tak łatwo upadamy na duchu w chwilach przeżywanych trudności, stajemy się niecierpliwi i narzekamy na wszystko i wszystkich? Co należałoby odpowiedzieć na te wszystkie pytania? Czy w ogóle istnieje odpowiedź? Tak, istnieje! Ta odpowiedź zawiera w sobie bolesną prawdę: za mało się modlimy. Brakuje nam prawdziwej, głębokiej więzi z Bogiem. Innymi słowy, brak nam pełnego zawierzenia Bogu i osobistej z Nim relacji.

Tymczasem od osobistego zjednoczenia z Bogiem zależy nasze szczęście, apostolska gorliwość i postęp na drodze duchowej. Łatwo możemy się o tym przekonać patrząc na życie mocnych wiarą świeckich chrześcijan, a także duchownych, zakonników, zakonnic, których przecież spotykamy w swoim życiu. Oni nie upadają na duchu na długi czas, choć przecież w ich życiu nie wszystko się układa według ich życzenia, nie popadają na długo w stany depresji, choć nieraz ich serca są zranione, a ich ciała cierpią z powodu chorób. Dla nich samotność nie stanowi problemu, ponieważ siły do pokonania wszelkich trudności czerpią z modlitwy.

Jezus Chrystus jest naszym Boskim Zbawicielem. On jest prawdziwym Nauczycielem i Mistrzem modlitwy. Jezusowi modlitwa leżała bardzo na sercu, prosił apostołów, aby i oni modlili się wytrwale i szczerze. Z pełnym przekonaniem zapewnia, że modlitwa z miłości zostanie wysłuchana i to jest jedno z najważniejszych przesłań Jezusa. Uczy nas jak powinniśmy się modlić! Mówi, że celem modlitwy musi być Królestwo Boże. Jeśli tego szukamy, otrzymujemy wszystko. Poszukiwanie Królestwa Bożego, jest w istocie poszukiwaniem samego Boga i pragnieniem, aby to sam Bóg kierował naszym życiem i by w naszym życiu wypełniała się wola Boża. Oznacza to całkowite powierzenie się Bogu i oczekiwanie wszystkiego od Niego samego. Bóg bowiem najlepiej wie co jest dobre dla nas, ponieważ On najbardziej nas kocha. On pragnie zniszczyć Złego i zło w nas, pragnie nas wyzwolić i odkupić, uświęcić i zbawić. Jego wolą jest, abyśmy żyli i byli szczęśliwi. Jeśli chcemy, aby nasza modlitwa została przez Boga wysłuchana, wpierw musimy wszystkim wybaczyć i ze wszystkimi się pojednać. Trzeba się modlić pobożnie i pokornie, a to znaczy szczerze, wytrwale i nieustannie, z żywą wiarą i pełnym oddaniem. Jezus mówi: „Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie.” ( Mk 11,24)



Matka Boża – pokorna nauczycielka modlitwy



Jak modlić się dzisiaj? Trzeba modlić się sercem. Tak uczy nas Maryja już od ponad 29 lat. Co to znaczy? Żeby nie modlić się z przyzwyczajenia, z nawyku! Modlić się sercem, oznacza przede wszystkim modlitwę z miłości. To znaczy modlić się całą swoją istotą: ciałem i duszą, ze szczerego serca. To znaczy w pełni otworzyć się na Boga. Boga postawić na pierwszym miejscu w swoim życiu i Jemu oddać się całkowicie, z pełnym zawierzeniem. Mieć zaufanie tylko do Niego i od Niego oczekiwać wszelkiego dobra, bo Bóg obdarowuje nas tylko dobrem. To znaczy modlić się pobożnie, w skupieniu i pokorze, w pełnym ufności zawierzeniu. Maryja po wielokroć powtarza: „Pojmijcie dlaczego tak długo jestem z wami: Pragnę nauczyć was modlić się…” (12 czerwca 1986) „Bądźcie świadomi, moi kochani, że jestem waszą Matką i przychodzę na ziemię, aby was nauczyć słuchać z miłością i z miłością modlić się…” (29 listopada 1984). Matka Boża rzeczywiście jest niestrudzona w wezwaniach do modlitwy. Prawie wszystkie orędzia medziugorskie zawierają wezwania do modlitwy. Setki razy, na różne sposoby, Maryja wzywa nas, abyśmy pojęli, że modlitwa, jest najbardziej wzniosłym dla nas zadaniem. Wiele orędzi mówi o tym szczególnie jasno: „Drogie dzieci! … Wzywam was do szczerej modlitwy sercem, aby każda wasza modlitwa stała się spotkaniem z Bogiem. W pracy i codziennym życiu postawcie Boga na pierwszym miejscu! (25 grudnia 1987). „Drogie dzieci! Dziś wzywam was do modlitwy sercem. W tym czasie łaski pragnę, aby każde z was zjednoczyło się z Jezusem. Bez nieustannej modlitwy nie możecie odczuć piękna i wielkości łaski, którą Bóg wam oferuje. Dlatego, drogie dzieci, napełniajcie swoje serce choćby najkrótszymi modlitwami … Ja jestem z wami i nieustannie czuwam nad każdym sercem, które mi się ofiaruje” (25 lutego 1989)



Uzdrowienie pewnej Francuzki w Medziugorju



Z Paryża przybyła na pielgrzymkę do Medziugorja pani K. wraz mężem. Od siedmiu lat cierpiała na raka, umiejscowionego na karku. Nie mogła normalnie jeść, ani mówić. Woziła ze sobą mikser, w którym musiała rozdrabniać wszelkie pożywienie. Jej mąż poświadczył, że byli już w wielu znanych miejscach pielgrzymkowych. Tam szukali pomocy i pocieszenia. Cudowne uzdrowienie wydarzyło się w święto Matki Bożej Różańcowej. Cały ten dzień pani K. spędziła na modlitwie, powierzając swoje życie Bogu i prosząc o wstawiennictwo Matkę Najświętszą. Uczestniczyła w skupieniu we Mszy Świętej, a podczas modlitwy o uzdrowienie, która odbywa się po Mszy, doznała całkowitego uzdrowienia. Mogła jeść normalnie i mówić bez przeszkód. Towarzyszące jej osoby w wielkim zdumieniu powtarzały: „wielki cud się wydarzył”. Uzdrowiona pani K. powiedziała: „Medziugorje jest miejscem objawień Matki Bożej. Za wstawiennictwem Królowej Pokoju, Jezus mnie uzdrowił. Jemu cześć i chwała!



Po modlitwie różańcowej zdarzają się wielkie cuda!



Sherry i Ron od ośmiu lat tęsknili za własnym dzieckiem. Wreszcie Sherry zaszła w ciążę, więc ich radość była ogromna, wprost nie do opisania. Jednakże wkrótce podczas rutynowego badania, lekarze stwierdzili, że nienarodzone jeszcze dziecko posiada nieuleczalną wadę serca. Rodzice zaczęli się modlić. Przyjaciele doradzali im dokonanie aborcji, lecz rodzice za żadną cenę nie chcieli się już rozstać ze swoim tak długo wyczekiwanym dzieckiem. Lekarze oceniali, że ewentualną operację, przeżywa przy tym schorzeniu zaledwie jeden procent dzieci. Rodzice byli przygnębieni i rozczarowani takimi rokowaniami. W takich to okolicznościach przyszła mama przypomniała sobie, że kiedyś jej przyjaciółka przywiozła z Medziugorja drewniany różaniec. Wzięła go do ręki i przycisnęła mocno ten poświęcony przedmiot do swojego łona. Chciała, aby był jak najbliżej jej nienarodzonego dziecka. W tym momencie po raz pierwszy poczuła, że dziecko poruszyło się w jej łonie. Sherry od tej pory coraz częściej czuła mocne ruchy nienarodzonego dziecka. Kiedy zgłosiła się na następne badanie, lekarz prowadzący wezwał wszystkich swoich kolegów, demonstrując im obraz na monitorze. Zarejestrowana uprzednio na monitorze śmiertelna wada całkowicie ustąpiła. We wrześniu 1994 roku Anna-Mary przyszła na świat jako w pełni zdrowe dziecko. Od tamtego dnia Sherry i Ron zapraszają swoich przyjaciół i znajomych do wspólnej modlitwy różańcowej. Matka Boża powtarza w Medziugorju, że modlitwą różańcową możemy pokonać wszelkie trudności i prosi nas o wytrwałą, a tak skuteczną, modlitwę. Tylko modlitwą możemy pokonać zło i Złego, przemieniać serca ludzi, powstrzymać chorobę, nienawiść, wojnę czy katastrofę. Dlatego, módlmy się, módlmy się, módlmy się! Wytrwała modlitwa różańcowa spowodowała nawrócenie setek tysięcy niewierzących, zagubionych i zatwardziałych grzeszników. W Lourdes Maryja objawia się z Różańcem w ręku, w Fatimie, przedstawia się jako Królowa Różańca Świętego. W Medziugorju podczas każdego objawienia zachęca do odmawiania Różańca.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Uzdrowienie przy nocnej światłości Nieba
piątek, 10 grudnia 2010 11:39


Niewielu jest ludzi, w tym również niekatolików, którzy nie słyszeliby o świętym Antonim. Za jego wstawiennictwem wielu odnalazło zgubione przedmioty, zagubione serca, wiarę, zagubioną pewność. Istnieje nawet dowcip, że ze świętym Antonim można negocjować. Ogólnie, św. Antoni - jak to niektórzy lubią mówić - jest zawsze pod ręką.
W Padwie, włoskim mieście położonym około 30 km na zachód od Wenecji, w regionie Veneto, nazywają go jednym słowem - Święty. Znajduje się tu przepiękna bazylika, mieszcząca grób św. Antoniego, w której przechowywane są także jego relikwie. Całe rodziny w Padwie regularnie odwiedzają jego grób, modląc się o jego wstawiennictwo. Również małżeństwo Buso często tu bywa. Sylwię, swoje jedyne dziecko, od najmłodszych lat przynosili do bazyliki i prosili, aby Święty je pobłogosławił. I tak było przez całe szesnaście lat, aż niespodziewanie Sylwię dotknęła poważna choroba.
O tym, co naprawdę wydarzyło się w rodzinie Buso, której dom opierał się na duchowości ich Świętego, opowie nam sama Sylwia.

Swoje świadectwo rozpoczęła słowami Maryi wypowiedzianymi przy świętej Elżbiecie: „Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. (Łk 1,46)



Nazywam się Sylwia, mam 22 lata. Moim rodzinnym miastem jest Padwa, znana - jak sądzę - wszystkim z naszego Świętego - św. Antoniego Padewskiego. Jestem jedynaczką, miałam zdrowe i szczęśliwe dzieciństwo. Chodziłam do szkoły, zajmowałam się tańcem i pływaniem, podobnie jak może koleżanki. Rodzice w każdym względzie troszczyli się o mój rozwój. Nagle, wszystko się zmieniło. 4 października 2004 roku, w dniu święta świętego Franciszka z Asyżu, mając zaledwie 16 lat, po kilku dniach wysokiej gorączki, poczułam, że nie mogę chodzić. Wyniki wszystkich badań klinicznych były negatywne… Lekarze nie przypuszczali przez jak ciężkie i bolesne chwile będę musiała przejść. Swój szybki krok po ulicach Padwy musiałam zmienić na wózek inwalidzki. Moi rodzicie, którzy zawsze byli religijni, teraz w szczególny sposób uciekali się do Matki Bożej z prośbą o Jej matczyną pomoc. Prosili Ją o to, aby nie pozostawiała nas samych w chwilach tej jakże bolesnej próby. Mój stan szybko się pogarszał. Zaledwie w ciągu kilku miesięcy straciłam sporo na wadze, zaczęłam odczuwać bóle i skurcze mięśni, coś w rodzaju napadów padaczkowych. Rodzice nie odstępowali mnie na krok, byli przy wszystkich moich atakach, szukając sposobu na złagodzenie mojego cierpienia.



Dopóki byliśmy w kościele, nie myślałam o chorobie



Podczas gdy styczniowe słońce oświetlało moje miasto, słyszałam dzwony bazyliki naszego Świętego. Moja mama rozmawiała wówczas z jednym z kapłanów, prowadzących grupę modlitewną poświęconą Matce Bożej. W każdy piątek, moja mama, tata i ja uczęszczaliśmy na modlitwę różańcową, na Mszę świętą i adorację Najświętszego Sakramentu. Dawało mi to niezwykłą siłę, dopóki byliśmy w kościele, nie myślałam o swojej chorobie. Wbrew wszystkiemu, pragnęłam żyć z tym wewnętrznym spokojem i oddaniem.

Pewnego wieczoru, w okresie przedwielkanocnym, po spotkaniu modlitewnym w kościele, podeszła do mnie jakaś kobieta i włożyła mi w dłonie medalik Matki Bożej, mówiąc że został pobłogosławiony w czasie objawienia w Medziugorju. Spojrzałam na nią czule, a wtedy powiedziała, że ma tylko ten jeden, ale w tej chwili czuje w sercu, że powinna mi go dać. Przyjęłam medalik z wdzięcznością i wracając do domu zawiesiłam na szyi. Ten pobłogosławiony medalik z wizerunkiem Matki Bożej był dla mnie pocieszeniem i ochroną.

Po świętach wielkanocnych zadzwoniłam do dyrektora swojej szkoły z prośbą o przysłanie mi programu szkolnego trzeciej klasy liceum, do której uczęszczałam, tak abym mogła przez dwa następne miesiące uczyć się i przygotowywać do egzaminów. I tak się stało.

W maju, miesiącu poświęconym Matce Bożej, każdego dnia chodziłam z rodzicami na modlitwę różańcową i na Mszę świętą. Mówiąc szczerze, początkowo uważałam to za obowiązek, ale później coraz bardziej tego potrzebowałam. Za każdym razem, gdy byłam w kościele i modliłam się, znajdowałam odwagę, aby zmniejszyć ból, jaki powodowała świadomość, że nie mogę być taka jak moi rówieśnicy i robić tego wszystkiego, co oni robią. W pierwszej połowie czerwca, zdałam wszystkie szkolne egzaminy. Oczywiście, była to dla mnie dodatkowa przyjemność.



W Medziugorju



Pamiętam dobrze, był to poniedziałek 20 czerwca. Moja pani doktor fizjolog powiedziała, że przez parę dni jej nie będzie, ponieważ wybiera się ze swoją matką na pielgrzymkę do Medziugorja. Spontanicznie, bez żadnego zastanawiania się zapytałam czy mogłaby wziąć mnie ze sobą. Odpowiedziała bez wahania, że dowie się czy będzie to możliwe. I wierzcie mi, trzy dni później razem z tatą i grupą pielgrzymów siedziałam już w autobusie do Medziugorja.

Przyjechałam tam w piątek 24 czerwca 2005 roku. Uczestniczyliśmy we wszystkich programach tego dnia, a w Żółtej Sali spotkaliśmy się z widzącym Ivanem, który w godzinach wieczornych miał mieć objawienie na wzgórzu Podbrdo.

Wieczorem, kiedy zapytano mnie czy chcę pójść na wzgórze, odmówiłam tłumacząc, że mój wózek inwalidzki nie zdoła tam podjechać i nie chcę przeszkadzać innym pielgrzymom. No, ale ci mili ludzi nie przyjęli mojego tłumaczenia. Zostawili mój wózek u podnóża wzgórza, wnosząc mnie na rękach.

Było sporo ludzi, ale udało nam się przejść. Kiedy podeszliśmy bliżej, zobaczyłam piękny wizerunek Matki Bożej. Spokojnie usiadłam i zaczęłam się modlić. Nie modliłam się za siebie, ani nie prosiłam o łaskę, abym znów mogła chodzić, gdyż wydawało mi się to tak bardzo nierealne. Modliłam się za innych ludzi, którzy wówczas cierpieli. Pamiętam, że te dwie godziny modlitwy minęły wówczas bardzo szybko. Jest to pierwsze wspomnienie dotyczące tej modlitwy, którą wypowiedziałam swoim sercem.

Tuż przed objawieniem, przewodnik naszej grupy, siedzący obok mnie powiedział, abym poprosiła Matkę Bożą o co tylko chcę. Ona zstąpi z nieba na ziemię, będzie tu przed nami, wysłuchując wszystkich jednakowo. Pomodliłam się wówczas o to, abym miała siłę na pogodzenie się z moim inwalidztwem. Miałam 17 lat i przyszłość na wózku bardzo mnie jednak przerażała.

Około godziny 22:00 nastąpiła dziesięciominutowa przerwa i kiedy modliłam się, moją uwagę przyciągnął świetlisty punkt, który ujrzałam ze swojej lewej strony. To było piękne światło, relaksujące, delikatne, w odróżnieniu od błysków, które nieprzerwanie zapalały się i gasły. Wokół mnie było wiele innych osób, ale w tym momencie wszystko było przytłumione. Istniało tylko to światło, które wywierało na mnie duże wrażenie, nie rozumiałam go, wielokrotnie podnosiłam i szybko spuszczałam wzrok, ale kątem oka cały czas je widziałam. Kiedy skończyło się objawienie Ivana, światło zniknęło.

Po przetłumaczeniu na język włoski przekazu Matki Bożej, dwie osoby z mojej grupy wzięły mnie na ręce i zaniosły do mojego wózka. Zaraz potem upadłam do tyłu, tam jakbym zemdlała. Uderzyłam głową, szyją i plecami o kamienie. Co ciekawe, nie doznałam najmniejszego zadraśnięcia. Czułam się jakbym znalazła się na miękkim i wygodnym materacu, a nie na tamtejszych twardych i ostrych, hercegowińskich kamieniach. Usłyszałam pełen słodyczy głos, uspokajający i otaczający mnie swoim urokiem. Po upływie pięciu, dziesięciu minut otworzyłam oczy i zobaczyłam swojego ojca jak płacze. Pierwszy raz od dziewięciu miesięcy, poczułam swoje nogi. Wtedy rozpłakałam się i drżącym głosem powiedziałam: „Wyzdrowiałam, chodzę.” Wstałam tak, jak gdyby była to normalna rzecz.

Wszyscy głęboko tym poruszeni, chcieli do mnie podejść, aby pomóc mi zejść ze wzgórza, obawiając się, aby nic mi się nie stało. Byłam bardzo podekscytowana. Był to taki stan wewnętrzny, którego nie da się opisać. Kiedy zeszliśmy i kiedy podano mi wózek, nie wzięłam go. Wierzyłam, że więcej nie będę go potrzebowała.

Droga Matka Boża swoją matczyną miłość tej nocy przelała na mnie. Od tamtej chwili zaczęłam chodzić. Następnego ranka, już o piątej rano, sama i o własnych siłach wspięłam się na Križevac. Przez pierwsze dni mięśnie moich nóg były osłabione, w wyniku zanikania spowodowanego paraliżem. Ale nawet przez chwilę nie bałam się, że upadnę, ponieważ czułam, że moje ramiona mocno trzymają jakieś niewidzialne siły.



Moje życie się zmieniło



Muszę przyznać, że nie myślałam jadąc do Medziugorja na wózku inwalidzkim, że mogę wrócić stamtąd o własnych siłach. Był to mój pierwszy wyjazd do Medziugorja. Było wspaniale, z powodu łaski, którą przyjęłam i ze względu na atmosferę pokoju, ciszy, równowagi ducha i radości, która tam panowała.

Na początku nie dawałam świadectwa, gdyż byłam o wiele bardziej wstydliwa i bojaźliwa, niż obecnie. Przy tym, nadal często miewałam kryzysy związane ze skurczami mięśni, a we wrześniu 2005 roku nie mogłam przez to kontynuować nauki w czwartej klasie liceum.

Kiedy pod koniec lutego przyjechał ojciec Ljubo, aby odbyć spotkanie modlitewne w Piossasco , moi przyjaciele zaczęli mnie namawiać, abym tam pojechała i dała świadectwo miłości Boga. Nie byłam do końca pewna, ale w końcu pojechałam. Dałam świadectwo i odmówiłam modlitwę różańcową. Zanim odjechałam, ojciec Ljubo pobłogosławił mnie i przez chwilę pomodlił się nade mną. Za parę dni moje dolegliwości ustąpiły. Moje życie uległo przemianie, ale nie tylko dlatego, że zostałam uzdrowiona fizycznie. Największą łaską było dla mnie to, że odkryłam wiarę i poczułam jak wielką miłość Jezus i Matka Boża mają dla każdego z nas. Z nawróceniem jest tak, jakby Bóg rozniecił ogień wewnątrz, który stale jest podtrzymywany i podsycany modlitwą i Eucharystią... Niekiedy jakiś wiatr z przeciwnego kierunku może zawiać, ale ogień tak podsycany nigdy nie zagaśnie. Niezmiernie dziękuję Bogu za ten wielki dar! Teraz, w mojej rodzinie wszystkie problemy rozwiązujemy siłą różańca, który odmawiamy każdego dnia w trójkę, mój tata, mama i ja. W domu jesteśmy spokojniejsi, w lepszym nastroju. Jesteśmy szczęśliwi, ponieważ wiemy, że prowadzi nas Bóg, dobry święty Bóg, któremu w pełni ufamy, ciesząc się, że to On i Matka Boża kieruje nami i nam towarzyszy. Dlatego, z całego serca życzę, aby każdy poczuł i zaznał miłości Matki Bożej i Jezusa, gdyż to jest najpiękniejsze i najważniejsze w życiu.

Sylwia nadal przychodzi przed grób swojego Świętego w pięknej padewskiej bazylice, ale często powraca i do Medziugorja, gdzie – jak sama powiada – urzeczywistniły się na niej słowa: „Wstań i idź!”
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Świadectwo Emilii



„Zdrowaś Maryjo…”







Uważałam się za osobę wierzącą w Boga, chodziłam do kościoła co niedzielę i w święta, ochrzczono mnie, Komunię Świętą i sakrament bierzmowania przyjęłam. Normalne życie, pełne obowiązków, ale i zabawy, znajomi, chłopak, imprezy, dyskoteki, alkohol, coraz to nowe przyjemności świata, długie rozmowy do rana. Byli tak zwani przyjaciele tylko do imprez, ale żeby tak pogadać o życiu, o ważnych sprawach – nikogo. A wszyscy nazywaliśmy się wierzącymi praktykującymi ludźmi – katolikami.



Chodziłam do kościoła, ale tylko po to, aby nie słuchać pretensji od rodziców. Za bardzo nie wiedziałam o co chodzi, kto to jest Maryja, Jezus, święci. Mało mnie to obchodziło. Nie modliłam się na różańcu, chociaż miałam go w szufladzie – pamiątka I Komunii Świętej. Właściwie wcale się nie modliłam, to co nazywałam modlitwą było nudne, monotonne i szkoda mi było na to czasu. Większość czasu spędzałam na imprezowaniu, wyjazdach, spotkaniach w pubach. Owszem, czasami gdy w domu działo się źle, prosiłam Boga o pomoc, ale tak bez wiary bez ufności – „jak trwoga to do Boga”.



Pewnego dnia przyjaźnie się porozpadały, niektórzy założyli rodziny, inni powyjeżdżali „za kasą”. Miałam w sobie ogromną pustkę, czegoś mi brakowało, ale nie wiedziałam czego. Byłam zamknięta w sobie, nieśmiała, pełna lęku, braku chęci do życia i niechęci do ludzi, smutna, zdołowana. Czułam, że coś jest nie tak.



Bardzo dobrze pamiętam ten dzień, gdy ktoś dał mi do ręki różaniec przywieziony z Medziugorja (nie umiałam wtedy nawet wymówić tej nazwy poprawnie, wcale nie znałam tego miejsca) i powiedział „módl się dużo”. Właściwie już od tamtego dnia coś się zaczęło u mnie zmieniać. Zaczęłam szukać Pana Boga, czytałam dużo religijnych książek, zadawałam pytania o wierze, brałam udział w rekolekcjach. Trafiłam do grupy osób, która modliła się na różańcu, początkowo tam zaczęłam przychodzić niewiele rozumiejąc. Dziwni ludzie, myślałam, w środku tygodnia Msza św.? Różaniec? Adoracja?. Co to jest? Początkowo zaczęłam myśleć, że to jakaś sekta – ale był tam i ksiądz. Bałam się, nie wiedząc czego. Znajomi informowali mnie co raz o pielgrzymce do Medziugorja, ale bałam się tam jechać. Oni tam jeździli, a ja nie. W międzyczasie zaczął się u mnie problem z kolanami. Zaczęły mnie boleć tak, że czasem stanie powodowało ogromny ból nie do zniesienia. Zaczęłam chodzić od lekarza do lekarza, pytać o przyczynę bólu, co mi dolega. Lekarze stawiali coraz to inne diagnozy. Nawet była mowa o operacji. Zaczęłam powoli interesować się Medziugorjem. Czytałam książki o Medziugorju, o objawieniach, oglądałam zdjęcia, poznawałam coraz więcej osób, które tam pielgrzymowały.



Pierwszy raz



Podjęłam decyzję że jadę, ale właściwie tak bez przekonania, może bardziej z ciekawości – w końcu tyle razy znajomi tam jeździli nawet kilka razy w roku. Pomyślałam sobie w końcu, że i ja pojadę. Byłam sceptycznie nastawiona do tej pielgrzymki. Miałam w sobie dużo lęku, że nie dam rady, że tak daleko, że nikogo nie znam, i jak zniosę podróż. Będąc już w Medziugorju nadal się bałam, patrzyłam i słuchałam z lekkim niedowierzaniem. Jakieś znaki, niektórzy widzieli wirujące słońce. Byłam tam, ale jakby mnie nie było. Weszłam z trudem na Kriżewac i Podbro. Kości mnie bolały, kolana drętwiały, ból nie do zniesienia. Byłam ja i mój ból.



Po zejściu z góry Kriżevac ból ogarnął cały mój organizm, trudno było mi się poruszać, nie mogłam stać ani klęczeć. Wieczorem - adoracja, a ja leżę w łóżku i każdy drobny ruch powoduje ból. Cudem dowlokłam się do kościoła, Mszę św. prawie całą przesiedziałam, tak mnie wszystko bolało. Po różańcu była godzina przerwy. Ledwo doszłam do figury Chrystusa aby się pomodlić. Gdy wróciłam na plac, okazało się że adoracja jest w kościele, weszłam, ale nie było już miejsc siedzących. Tylko klęcznik za ostatnią ławką. Podjęłam decyzję że będę klęczeć. Z wielkim bólem uklęknęłam i zaczęła się adoracja. Skupiłam się na modlitwie, całkiem zapominając o kolanach, których już właściwie nie czułam z bólu. Gdy chciałam się podnieść, nie miałam siły, więc postanowiłam, że usiądę bokiem na tym klęczniku i zaczęłam obmyślać plan, jak by tu wstać. Do końca adoracji zostało jakieś 20 minut. Spojrzałam na panią, która obok klęczała, a ona nagle zaczęła dawać mi znaki rękoma, abym wstała, więc niewiele się zastanawiając wstałam, wręcz poderwałam się, trwało to zaledwie kilka sekund, spojrzałam na Najświętszy Sakrament i… On tam był… Jezus. Dotknął mnie swoją miłością, wiedziałam że jest tam, w Hostii. Adoracja dobiegła końca. Wyszłam z kościoła bez najmniejszego bólu, mogłam skakać z radości. Znajomi, którzy byli tam ze mną, byli zaskoczeni moją poprawą zdrowia. Przecież jeszcze niecałe 3 godziny temu widzieli jak cierpiałam. Współczuli mi, modlili się za mnie.



Myślę że właśnie w tym momencie zaczęło się moje nawracanie. Takie sercem. Ale ja wtedy jeszcze nie byłam tego tak do końca świadoma.



Po powrocie miałam mieć operację kolan, ale nie poddałam się jej. Zaczęłam dużo się modlić na różańcu, uczestniczyć we Mszy św. w tygodniu i adoracji. Ból kolan był, ale jakby mniejszy i mało odczuwalny. Zaczęłam mniej myśleć o sobie, a więcej o Maryi i Jezusie. Zaczęłam poznawać, kim Oni są dla mnie. Zaczęłam uczyć się zaufania do Pana Jezusa. Uczyć się odmawiać różaniec. Znalazłam wspólnotę, odkryłam na nowo Ducha Świętego, odkryłam na nowo modlitwę różańcową, zaczęłam też pościć o chlebie i wodzie nie tylko w piątki, ale też w środy. Zaczęłam zawierzać swoje życie Maryi. Codziennie. Albo i kilka razy dziennie. Traktować Ją jako swoją, Mamę. Prosić, modlić się, powierzać Jej inne osoby, modlitwy. Rozmawiać z Nią. Pytać o wszystko. Żyć z Nią i Jej orędziami. Moje życie zmieniło się. Obrało właściwy kierunek.



Udałam się kolejny raz z pielgrzymką do Medziugorja. Aby podziękować Maryi za wszelkie otrzymane łaski i prosić o nie dla innych. Pamiętając o tym, że Góra Objawień nie jest na moje siły, wcale nie myślałam o wejściu na nią. Jak i na Kriżevac. Kolana jakoś bez szwanku zniosły podróż autokarem.



Było parno i pachniało deszczem, razem z Halinką, moją nowo poznaną towarzyszką podróży, udałyśmy się w drogę. Poprosiłam ją, aby zaniosła mi kwiat, na Górę Objawień dla Maryi (ze względu na kolana nawet nie brałam pod uwagę próby samodzielnego wejścia). Sama postanowiłam, że pójdę pod Niebieski Krzyż (droga tam jest znacznie łatwiejsza), aby tam się pomodlić i podziękować Maryi za wszelkie otrzymane łaski.



Szłyśmy, odmawiając różaniec. Wtem przed nami pojawił się tłum włoskich pielgrzymów, było to koło domu Vicki (jednej z wizjonerek). Było bardzo ciasno i próba przedostania się przez ten tłum graniczyła z cudem. Nie rozumiejąc ich języka, uwięzione w tłumie trwałyśmy dalej na modlitwie. Nagle zrobiła się cisza, a my dalej odmawiałyśmy różaniec. Za jakiś czas tłum się rozstąpił i mogłyśmy dalej kontynuować drogę.



Każda poszła w swoją stronę jak zaplanowała. Gdy znalazłam się pod Niebieskim Krzyżem, jakoś nie mogłam się skupić na modlitwie bo grupy włoskich pielgrzymów też wybrały sobie to miejsce, było dość gwarno. Niewiele się zastanawiając, udałam się na Podbrdo, a raczej postanowiłam w myślach, że wejdę dotąd dokąd nogi mnie poniosą. Posiliłam się kromką chleba z wodą i modląc się nieustannie na różańcu, zaczęłam wspinać się po kamieniach, które wtenczas (miałam wrażenie) zaczęły układać się w kamienne schody. W tym skupieniu i w modlitwie wchodziłam coraz wyżej i wyżej. Nie czułam zmęczenia, nic mnie nie bolało.



Naraz zatrzymałam się i popatrzyłam wprost przed siebie. „O! Figura Matki Bożej! E… nie… Chyba mi się wydawało, przecież moje kolana nie są aż tak sprawne, aby tu wejść. Zaraz, zaraz, a gdzie ten krzyż brązowy który jest po prawej stronie drogi na górę, minęłam go?” – pytałam się w myślach. Chwilę się zawahałam, ale jednocześnie moje serce aż podskoczyło z radości, popłakałam się ze szczęścia. „Dziękuję Ci, Maryjo, jestem tu! Doszłam dzięki Tobie, Matko Moja. O… jest i kwiatek ode mnie…”. Halinka patrzyła na mnie ze zdziwieniem w oczach i z radością, że weszłam. Była bardzo zaskoczona, że mnie widzi.



Już w drodze powrotnej do pensjonatu, dowiedziałam się, że byłam na prywatnym objawieniu Vicki, i że wtedy, w tej ciszy Matka Boża była najbliżej nas, jak nigdy dotąd. To Ona zatrzymała nas w tym tłumie. Dzięki modlitwie sercem oraz zawierzeniu się Jej całkowicie, weszłam na Podbrdo.



Ten różaniec podarowany mi, o którym wspominałam na początku, uratował mi życie. Wskazał mi właściwą drogę. Po powrocie zaczęłam bardziej „pracować” nad osobistym nawróceniem, aby być znakiem miłości Bożej dla innych. Aby nieść pokój i miłość Bożą tym wszystkim, którzy są daleko od Boga. Modlitwa stała się dla mnie życiem. Poprzez codzienną modlitwę, w Bogu znalazłam prawdziwy pokój. Staram się, aby moje serce zawsze było wypełnione modlitwą (w drodze do pracy, podczas oczekiwania na autobus, w kolejce po zakupy). Zdałam sobie sprawę że wszystko jest przemijające, jedynie Bóg nie przemija. Zrozumiałam co to znaczy umieścić Pana Boga na pierwszym miejscu we własnym życiu jak prosi o to Matka Boża w swoich orędziach.



Dziękuję Ci Maryjo.



Emilka
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
Chciałam tylko wypełnić Bożą wolę







Ursula Herberg z Niemiec w Medziugorju, w roku 2009 wyzdrowiała z raka trzustki. „Mam pięćdziesiąt dwa lata, jestem mężatką, mam ośmioro dzieci, z których dwoje jest w niebie. Trzy córki są już mężatkami i jestem dumną babcią siedmiorga wnucząt. Chce wam opowiedzieć co zrobił dla mnie Bóg.”





Wszystko zaczęło się w sierpniu 2008 roku. Ciągle miałam podwyższoną temperaturę, byłam tak zmęczona, że mogłam się poruszać tylko z pokoju do kuchni, po czym musiałam długo odpoczywać, aby dojść do siebie. Spędziłam szesnaście dni w szpitalu, gdzie wykonano wiele badań, nic jednak nie zostało stwierdzone. Przez krótki czas było mi nieco lepiej, ale wiosną 2009 roku znów wszystko zaczęło się od nowa - podwyższona temperatura, zmęczenie i wiele nowych badań. Tomografia komputerowa wykazała guz pankreasu - guz na trzustce. Bardzo się bałam, gdyż 90 procent pacjentów z taką diagnozą umiera w ciągu roku, a wielu już w ciągu trzech miesięcy.







Przez tydzień byłam smutna i zmartwiona tym jak moja rodzina z tym sobie poradzi. Potem całkiem się uspokoiłam i nawet znów odnalazłam zagubioną radość. Modliłam się o Bożą pomoc i ochronę dla swojej kochanej rodziny. Więcej w ogóle nie bałam się tego, co mnie czeka. Bóg dawał mi wielką siłę, abym mogła to wszystko udźwignąć. Z głębokim przekonaniem i z całego serca mogłam powiedzieć Boże, niech będzie Twoja wola, Jezu, ufam Tobie. Byłam całkowicie pewna, że Jezus będzie ze mną, że mi pomoże i będzie mnie prowadzić jeśli będę musiała przyjąć naświetlania lub gdy będę mieć silne bóle. Wielu dobrych ludzi, moja rodzina, przyjaciele i wiele modlących się osób było ze mną. Z serca im dziękuję, a w szczególności bardzo dziękuję Matce Bożej. Jeśli już muszę umrzeć, myślałam, mogę powiedzieć Bogu, że i na to jestem całkowicie przygotowana. Chciałam tylko wypełnić Jego wolę. Czeka mnie Jego pokój i Jego chwała, i na to przygotowywałam się z wielką wdzięcznością. Cóż, dobry Bóg miał coś innego w planie.



Przesunięte badanie



7 maja 2009 roku ponownie poszłam do szpitala na badania. Trzeba było wykonać jedno badanie, w którym należało połknąć rurkę do punkcji guza, ale do badania tego nie doszło, ponieważ trzy dni wcześniej miałam inne badania, przy których doszło do uszkodzenia gardła. Lekarz przesunął termin badania za tydzień, kiedy gardło się zaleczy. Miało to być 14 maja, ale mój mąż i ja już od dawna mieliśmy zaplanowaną podróż do Medziugorja, z wyjazdem ustalonym na 19 maja. Poprosiłam lekarza, aby przesunął badanie, aż wrócimy z urlopu. Powiedziałam, że jedziemy na urlop, ponieważ nie odważyłam się powiedzieć, że lecę do Medziugorja. Lekarz wyjaśnił mi jak bardzo poważna jest choroba i jakie są moje rokowania i w żadnym razie nie zalecał podróży, nie wyrażał na nią zgody, ale ja absolutnie musiałam pojechać do Medziugorja. Była to moja druga podróż do Medziugorja. Powiedziałam lekarzowi, że ten urlop jest dla mnie bardzo ważny, ponieważ jeśli będę musiała długo leżeć w szpitalu, wspomnienia tego urlopu będą mi dawały siłę. Jeśli muszę umrzeć, chcę przynajmniej przed tym przeżyć jeszcze coś pięknego, razem ze swoim mężem. Lekarz przekonywał mnie, że nie będę mieć spokoju, że ciągle będę myśleć o guzie… Ostatecznie zapytałam go co on by zrobił na moim miejscu, jako chory, a nie jako lekarz. Po krótkim namyśle powiedział, abym spędziła jeszcze z rodziną święto Zesłania Ducha Świętego i przyszła do szpitala 3 czerwca.



Silnie odczuwałam obecność Jezusa



Mój mąż i ja pojechaliśmy więc z pewną grupą pielgrzymów do Medziugorja. Przybyliśmy do Medziugorja nocą 20 maja. Czułam się bardzo źle. Po raz pierwszy miałam też silne bóle. Zadawałam sobie pytanie, czy na pewno podjęliśmy dobrą decyzję. Podróż była naprawdę męcząca. Każdego ranka szłam na Mszę świętą, a wieczorem na program wieczorny. Tyle mogłam zrobić. Na Križevac i Wzgórze Objawień nie miałam sił, nie mogłam pójść i bardzo mi tego brakowało. Byłam jednak bardzo wdzięczna, że w ogóle mogę tu być. Silnie odczuwałam obecność Jezusa, w szczególności w czasie Komunii świętej, adoracji i modlitwy o uzdrowienie. Każdego wieczoru prosiłam Boga, aby mnie uzdrowił, ale przede wszystkim myślałam o swojej duszy, modliłam się o łaskę, abym mogła wypełnić Jego wolę i przyjąć swoją chorobę. Właściwie już ją przyjęłam, ale modliłam się o siłę, abym mogła ją udźwignąć. Gdzieś mimochodem modliłam się też o uzdrowienie ciała, ale naprawdę mimochodem. Uzdrowienie fizyczne nie było dla mnie najważniejsze.



Guz zniknął



Po tym jak przez sześć dni czułam się bardzo źle, 26 maja razem z mężem powoli wspięłam się na Wzgórze Objawień. Z pielgrzymki wróciłam do domu wzmocniona. Drogiego Boga zabrałam ze sobą. W domu mąż i ja z całą rodziną świętowaliśmy jeszcze uroczystość zesłania Ducha Świętego. 2 czerwca nasz proboszcz udzielił mi namaszczenia chorych, które było dla mnie bardzo ważne, a 3 czerwca zostałam przyjęta do szpitala. Byłam bardzo zdenerwowana, ponieważ jednak nie była to mała rzecz. Kiedy lekarz wykonał badania – endoskopowe USG z punkcją guza, nie znalazł go. Wierzyli lub nie, mojego guza więcej nie było! Kiedy wybudziłam się z narkozy i kiedy lekarz powiedział mi, że nie ma guza, że nic nie ma, nie mogłam tego pojąć. Myślałam, że może nie popatrzył dobrze, że go przeoczył. Zwłaszcza, że mój ojciec umarł na guza trzustki. Dlatego martwiłam się, aby lekarz czegoś nie pominął. Lekarz wykonał jeszcze jedno badanie – USG kontrastowe – i niczego nie było. Nie było guza. Znów byłam zdrowa, ale potrzebowałam dużo czasu, aby to wszystko zrozumieć. Dziękuję naszej drogiej Matce Bożej i naszemu drogiemu, miłosiernemu Jezusowi.



Glasnik mira, czerwiec 2011 r.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
emo
medjugorje.org.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=592:uzdrowienie-przy-nocnej-wiatoci-nieba&catid=48:wiadectwa&Itemid=69

Świadectwo Wiesława
sobota, 03 września 2011 22:50



Pobyt w tym pięknym miejscu w Medziugorju i Širokim Brijegu był dla mnie wielkim przeżyciem i błogosławieństwem. Poczułem się wolny, otoczony pokojem i czułością, matczyną miłością, której tak brakowało mi od dzieciństwa. W moim domu rodzinnym było dużo agresji, lęku, niepewności - czy starczy jedzenia, alkoholu i myśli, że życie jest brutalne i muszę sobie radzić sam. Bóg i Matka Boża byli gdzieś po drodze. Dlatego szukałem Boga, który mnie kocha i jest blisko mnie, ale nie znalazłem. Przez 10 lat szukałem Go w innych religiach, w różnych praktykach, które zamiast zbliżać mnie do Niego, zbliżały mnie do śmierci i szatana. Żyłem w coraz większym mroku i lęku. Odciąłem się od rodziny. Szukałem Boga także w NEW AGE, ale zamiast Niego znalazłem natomiast rozbicie wewnętrzne, niechęć do innych ludzi i o mało nie straciłem pracy. Otoczony kamieniami, zwierciadłami, amuletami, symbolami, technikami medytacyjnymi, umierałem bez Boga. Wtedy podjąłem decyzję o wyjeździe do Medziugorja. Ta decyzja zrodziła się w bólu i rozdarciu. Jechałem tam niechętnie i raczej za namową żony, dla „świętego spokoju”. Żona należała do Odnowy w Duchu Świętym. Pisała o sprawach, które ja uważałem, że nie służą rozwojowi duchowemu (według New Age). Różne spojrzenia na wzrost duchowy były przyczyną naszych kłótni i rozbicia w naszej rodzinie. Podczas, gdy żona była na spotkaniu grupy modlitewnej i zawierzała naszą rodzinę Maryi, ja podjąłem decyzję o wyjeździe na pielgrzymkę do Medziugorja, a po roku czasu na rekolekcje do Ojca Jozo Zovko. Będąc w Medziugorju poczułem, że moje oczy otworzyły się. Poczułem miłość matczyną i ojcowską. Znalazłem Boga, którego nie widziałem, a który przez cały czas był ze mną. Zostałem uzdrowiony. Po powrocie do domu wspólnie z żoną zniszczyliśmy wszystkie przedmioty, które były związane z New Age paląc je stosie. Wtedy w rodzinie zapanowała radość i wspólnie z dziećmi uwielbialiśmy Boga. Teraz jest inaczej. Nie zawsze jest tylko radość i wesele, bo jest też smutek i łzy, ale wiemy, że Bóg jest z nami i już nigdy nie puścimy Jego silnej dłoni. Choć szatan ciągle upomina się o nas ( bo przecież tak łatwo nie odpuści ), to my mocno trzymamy się tej ojcowskiej ręki i uciekamy się pod orędownictwo Matki Bożej. Już za kilka dni z całą rodziną jedziemy na wypoczynek do Chorwacji i zamierzamy też odwiedzić Królową Pokoju w Medziugorju. Pragniemy podziękować Jej za opiekę i za to, że ciągle czuwa nad nami. Dziękujemy Ci Maryjo.
Uzdrowiona w Medziug ...
Kategoria: Cudowne Uzdrowienia
COM_KUNENA_MORE
Wygenerowano w 8.48 sekundy