Home
Witamy, Gościu
Nazwa użytkownika Hasło: Zapamiętaj mnie
  • Strona:
  • 1

TEMAT: Marta Robin

Marta Robin 1 miesiąc temu #4372

  • frater
  • ( Admin )
  • Offline
  • Administrator
  • Posty: 1280
  • Oklaski: 8
pl.aleteia.org/2019/02/05/marta-robin-osobisty-portret-mistyczki-ktora-zywila-sie-powietrzem-i-wiecznoscia/

Żyła poza jakąkolwiek kulturą. Również poza ubóstwem, gdyż nie przyjmowała żadnych pokarmów, żywiąc się powietrzem i wiecznością. Także poza bólem, ograniczona do egzystencjalnego minimum. A mimo to obecna od początku przy każdej trudnej kwestii, towarzysząca wszystkim, rozwiązująca każdą niepewność, jakby dmuchająca na sprawy trudne, by szybciej i pewniej znalazły rozwiązanie – pisze o słynnej mistyczce Marcie Robin wybitny filozof Jean Guitton w książce „Portret Marty Robin”.

Marta Robin urodziła się 13 marca 1902 roku w Châteauneuf-de-Galaure, w departamencie Drôme. Nigdy nie opuściła ojcowskiego domu, w którym zmarła 6 lutego 1981 roku. Kim była? Chciałbym spróbować ją opisać.

Ekstaza

Aby ją opisać, należy pójść dalej, sięgnąć wyżej.

Marta była mistyczką najwyższej rangi. Mistycy bowiem, tak samo jak gwiazdy, różnią się wielkością. Słowa „mistyk” używam tutaj w jego znaczeniu technicznym. Mistycyzm jest bezpośrednim kontaktem z rzeczywistością. Mistyk ma poczucie, że posiada nie mniej, lecz więcej wiedzy, więcej światła, że porozumiewa się z bytem nieskończonym. Beethoven mówił o muzyce, że potrafi objawić więcej niż mądrość, a mistyk mógłby pomyśleć to samo o swoich stanach.

Najbardziej niezwykła jest ekstaza, stan, w którym powiązania ze światem zostają zerwane. Istnieje wiele innych stanów, nazwanych, wyróżnionych i skatalogowanych przez uczonych i znawców ze wszystkich wielkich religii. Marta poznała wszystkie te stany mistyczne, lecz się w nich nie zasklepiała, posuwała się naprzód, o czym często będę wspominał w tej książce.

Marta Robin żyła na przełomie czasów, przed Hiroszimą i po niej – wydarzeniu, które uważam za moment doniosły, gdyż raz na zawsze stało się ono cezurą rozdzielającą ludzkie dzieje. Powoli zaczynamy to sobie uświadamiać, niczym ślepcy pod wpływem nagłego olśnienia. Hiroszima jest nowym początkiem, który epokę wcześniejszą odrzucił bezwzględnie w przeszłość.

Bardzo niewielu myślicieli, bohaterów czy świętych mogło przekroczyć ów fatalny próg i porównać oba zbocza historii. Było jeszcze na to za wcześnie. Wydawało mi się jednak, że Marta w największej głębi swojej istoty jakby z wyprzedzeniem przeszła przez ten próg.


Stygmatyczka

Należy dodać, że Marta żyła w stuleciu nacechowanym krytycyzmem, w stuleciu nauki, informacji, w którym zjawisko mistyczne było poddawane analizie, dzielone na części, wyjaśniane i ostatecznie ograniczane do pewnego wymiaru, tak jak to się dzieje ze wszystkim, co aż dotąd zyskiwało miano „cudownego” czy „legendarnego”.

Marks i Freud pozostają mistrzami analiz upraszczających, które to, co szczytne, wyjaśniają za pomocą tego, co przyziemne. Foucault, Althusser, Lacan są naszymi mistrzami. A dla wszystkich mistyk jest osobą podejrzaną. Marta została oskarżona i najprawdopodobniej oskarżona pozostanie na zawsze.

Nie powiedziałem jeszcze, co charakteryzowało Martę, co ją wyróżniało w sposób szczególny. Marta była stygmatyczką.

Stygmatycy stanowią wąską grupę pośród mistyków, są jakby ludźmi przebywającymi w innej przestrzeni kosmicznej. Cechuje ich zdolność odtwarzania w swoim ciele pewnych ran, których, jak podaje Ewangelia, Jezus doznał na krzyżu.

W naszych czasach ostrożność bardziej niż dawniej radzi uznać od razu na początku, że to krwawe zjawisko powinno się tłumaczyć siłą sugestii, histerią, chorobą umysłową, a nie przyczyną szlachetną i transcendentną. Nie zmienia to faktu, że stygmatyk należy do bardzo rzadkiego gatunku, w którym cechy mistycyzmu osiągają niezwykłą intensywność, zakrawając na skandal.

Lecz w tym uczonym stuleciu, w którym obserwacja, informacja i krytyka poczyniły znaczne postępy, rozpatrywany przeze mnie przypadek jest swoistą prowokacją. Niczym wyzwanie zwraca uwagę tych wszystkich, którzy jeszcze nie zatracili ciekawości świata. Przyciąga uwagę wierzących, niewierzących i tych wszystkich, którzy w różnych religiach, a przede wszystkim w chrześcijaństwie, szukają znaków Ducha.


Geniusz

Dodam, że spośród wszystkich osób spotkanych w moim długim życiu Marta najsilniej wywołała we mnie tak rzadko spotykane uczucie będące mieszaniną ciekawości, wręcz pewnej zazdrości, a także zaskoczenia, jakiego każdy umysł doznaje, kiedy obcuje z „geniuszem”.

Słowa „geniusz” używam tutaj w jego najprostszym, najbardziej podstawowym znaczeniu: na osobie dorosłej każde dziecko sprawia wrażenie obdarzonego iskrą geniuszu. Geniusz bardzo różni się od talentu, który, dzięki wysiłkowi i obranej taktyce, stara się naśladować geniusz, mimo że nigdy mu się to nie uda. Marta nawet swoim głosem przypominała dziecko.

Z wyjątkiem zdolności do haftu nie miała żadnych talentów. Nie uczęszczała na lekcje religii, jej znajomość katechizmu była bardzo podstawowa. Żyła poza jakąkolwiek kulturą. Również poza ubóstwem, gdyż nie przyjmowała żadnych pokarmów, żywiąc się powietrzem i wiecznością. Także poza bólem, ograniczona do egzystencjalnego minimum. A mimo to obecna od początku przy każdej trudnej kwestii, towarzysząca wszystkim, rozwiązująca każdą niepewność, jakby dmuchająca na sprawy trudne, by szybciej i pewniej znalazły rozwiązanie.

Przyjmowała u siebie mężów stanu, biskupów, specjalistów z różnych dziedzin, swoich wiejskich sąsiadów, którzy jej opowiadali o bydlętach, o zbiorach; przyjaciół, krewnych, dzieci, które wspinały się na jej łóżko, a także wygnańców, ludzi potępionych, ludzi z marginesu.

Kiedy jakaś osoba prostymi słowami wywołuje w nas jedno z owych rzadko spotykanych wzruszeń, nagłych, głębokich a łagodnych, zawierających w sobie odrobinę melancholii, a jednak pełnych światła, jedno z owych wzruszeń, które pozwalają nam uzmysłowić sobie tajemnicę naszego przeznaczenia; kiedy tego rodzaju doznania budzą w nas pragnienie, o którym mówił Nietzsche: by stawać się rzeczywiście tym, czym jesteśmy, lecz w sposób szlachetniejszy – wówczas mówimy, że obok nas przemknął anioł.

Odwiedziny anioła mają charakter ulotny, lecz są przesycone humorem i miłością. Nie rozumiemy ich w chwili ich doświadczania i najczęściej zostają w dziwny sposób przerwane, są niczym wieczorne odwiedziny podróżnego, spotkanego w drodze do Emaus; dopiero kiedy anioł znika i zostajemy sami pośród nocy, zdajemy sobie sprawę, że tu był.

Powyższy tekst jest fragmentem książki Jeana Guitton’a „Portret Marty Robin”, której nowe tłumaczenie ukazało się nakładem Wydawnictwa Esprit.
Ostatnio zmieniany: 1 miesiąc temu przez frater.

Odp: Marta Robin 1 miesiąc temu #4373

  • frater
  • ( Admin )
  • Offline
  • Administrator
  • Posty: 1280
  • Oklaski: 8
m.deon.pl/215/art,185,marta-robin-zyla-jedynie-eucharystia.html

6 lutego mija 30. rocznica śmierci słynnej francuskiej mistyczki i stygmatyczki Marty Robin. Jej proces beatyfikacyjny trwa w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie.


Dlaczego mimo upływu czasu postać kobiety, której ciało przez 52 lata było owładnięte paraliżem, nie poszła w niepamięć? Przecież tak wielu jest „przykutych” do łóżka chorych ludzi... Może dlatego, że przez ostatnie 49 lat w ogóle nie spała i niczego nie jadła, żyjąc jedynie codzienną Eucharystią? Może dlatego, że co tydzień – od czwartku do niedzieli, a pod koniec aż do poniedziałku rano – przeżywała w duszy i w ciele mękę Chrystusa?


Paraliż drogą do świętości?

Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że jej życie było niemal od początku przegrane. Miała zaledwie 18 miesięcy, gdy zapadła na tyfus. Czy nie była to zapowiedź krzyża, który miała nieść aż do śmierci? Naukę w szkole skończyła w wieku 12 lat, jak większość dzieci w tamtych czasach. Ponieważ mieszkała na wsi, pomagała w gospodarstwie swoim rodzicom, podobnie jak jej trzy siostry i brat. Zawsze jednak była słabego zdrowia. Gdy miała 16 lat, dostała zapalenia mózgu. Przez 27 miesięcy pozostawała w stanie śpiączki, zupełnie jakby miała nadrobić czekające ją bezsenne noce...

Z biegiem czasu stało się dla niej oczywiste, że całe jej ciało będzie wkrótce unieruchomione przez paraliż, co ostatecznie nastąpiło w 1929 r. Całkowicie utraciła władzę w rękach i nogach. Dla kogoś innego oznaczałoby to życiową klęskę i skazanie na bezużyteczność, dla Marty stało się drogą do świętości. „Przezwyciężyła porażkę, czyniąc swe życie nadzwyczajnie płodnym – tłumaczy Marie-Thérèse Gille, wicepostulatorka jej sprawy beatyfikacyjnej. – Żyła zwyczajnym życiem w sposób nadzwyczajny. Bez skargi zaakceptowała swą codzienność taką, jaka była”.

W 1922 r., a więc gdy miała zaledwie 20 lat, zredagowała akt miłości i oddania się Bogu, w którym napisała: „Powierzam się dziś Tobie bez ograniczeń i bez drogi odwrotu”. Osiem lat później otrzymała stygmaty – ślady Męki Pańskiej na swoim ciele. Była też „odwiedzana” przez Chrystusa, Maryję, św. Teresę z Lisieux i demony. Oczy Marty nie były w stanie znieść dziennego światła, przebywała więc cały czas w półmroku.

Łóżko, komoda z figurą Matki Bożej, krucyfiks, plecione krzesła, ciężkie zasłony z weluru – tak nadal wygląda pokój, w którym spędziła tyle lat... Nie mogąc się z niego ruszać, czytała książki z dziedziny duchowości. Wstąpiła też do III Zakonu św. Franciszka. Całym jej życiem coraz bardziej stawała się modlitwa.


103 tysiące gości



Do pokoju Marty napływali ludzie, powierzając jej swe intencje. Przez jej dom na fermie La Plaine w Châteauneuf-de-Galaure, położonym w pobliżu Valence, na południe od Lyonu, w ciągu pół wieku przewinęły się 103 tys. osób! Niektórzy wyszli z niego przemienieni, odkrywając życiowe powołanie. Dokonywały się tam nawrócenia.

Przybywano do niej także dlatego, że posiadała dar rozeznawania. „Sprawiała, że ludzie otwierali się na Ducha Świętego, wchodząc na drogę osobistego poszukiwania Boga, nigdy jednak nie podejmowała za nich decyzji” – wspomina ks. Bernard Peyrous, postulator w procesie beatyfikacyjnym Marty, który sam zawdzięcza jej rozpoznanie powołania kapłańskiego.

Wszyscy zapamiętali ją jako osobę radosną i pełną humoru, często wybuchającą śmiechem. „Była wesoła jak szczygieł – wspomina ks. Michel Blard, który po raz pierwszy odwiedził ją w 1940 r. – Wszystkich uderzała jej radość, łagodność i prostota”. Troskliwie wypytywała swych gości o ich zdrowie i zajęcia. Dodawała odwagi tym, których życie było burzliwe.

Posiadała niezwykłą „pamięć serca”. Kiedyś pewien jezuita powierzył jej modlitwom chore dziecko młodego małżeństwa. Gdy po kilku latach przybył znów do Châteauneuf-de-Galaure, Marta przywitała go pytaniem, jak się czuje malec...


Ogniska Miłości



W 1939 r. straciła wzrok. Żyła już tylko dla Boga i Jego obecności w świecie. Pięć lat wcześniej z jej modlitwy i cierpienia zrodziło się dzieło, które zapoczątkowała za pomocą miejscowego proboszcza, ks. Faure. W starym zamku w Châteauneuf-de-Galaure powstała szkoła dla dziewcząt. Projekt ten Marta nosiła od lat w sercu. Jednak szkoła miała być zaczątkiem czegoś znacznie większego: ośrodków wzrastania w życiu duchowym, które nazwała Ogniskami światła, miłosierdzia i miłości: „Ogniska światła – aby pokazać, jak powinno wyglądać życie chrześcijańskie. Ogniska miłosierdzia – przez dar z samych siebie, który składaliby ich członkowie. Ogniska miłości – aby pomogły odkryć miłość Boga Trójjedynego”.

Zamiarem Marty było połączenie w tej pracy księży i świeckich, kierując ich w ten sposób ku odkryciu godności kapłańskiej, królewskiej i prorockiej każdego ochrzczonego. Nie ruszająca się z łóżka prosta wieśniaczka stała się jednym ze współczesnych zwiastunów idei Kościoła jako ludu Bożego, przypieczętowanej na Soborze Watykańskim II.

Pierwsze Ognisko powstało w 1936 r. po rekolekcjach głoszonych w szkole w Châteauneuf-de-Galaure przez ks. Georges’a Finet’a, od niedawna kierownika duchowego Marty. Dwie spośród uczestniczek postanowiły zostać w szkole, aby w niej uczyć i organizować dni skupienia. Dziś to Ognisko, jedno spośród 75 istniejących w niemal wszystkich częściach świata, przyjmuje rocznie 2 tys. osób na pięć dni ciszy i słuchania konferencji, w których przypominane są podstawy wiary. Każde Ognisko prowadzone jest przez grupę ludzi świeckich, w większości celibatariuszy, i jednego księdza. Wspierają oni rekolektantów również modlitwą.


Prawdziwa radość



W latach 1925-1932 Marta prowadziła dziennik. Jeden z zapisów można by uznać za jej duchowy testament: „Znalazłam prawdziwą radość, jedyną, jakiej wolno pragnąć: żyć dla innych, dla ich dobra nadprzyrodzonego (...). Moje modlitwy, czyny, cierpienia mają tylko jeden cel: odkrywać wszystkim tajemnicę szczęścia, które posiadam w pełni, i dawać Boga – wszystkim i zawsze. A więc – złożyć się w ofierze, dać się spalić i pochłonąć Miłości dla uświęcenia wszystkich, aby przyciągnąć dusze – wszystkie! – do Boga, prowadząc je na wierzchołek góry, którą jest Chrystus (...): tam, gdzie się kocha, tam, gdzie się żyje Trójcą Świętą”.

„Aby zrozumieć Martę trzeba wiedzieć, że nie kochała cierpienia: kochała Jezusa – tłumaczy ks. Blard. – Chcąc objawić miłość Ojca do każdego człowieka, Chrystus przyjął wszystko, co składa się na ludzkie życie, także jego strony najmniej przyjemne. Co pomyślelibyście o przyjacielu, który utrzymywałby, że was kocha, ale opuściłby was w chwili, gdy spotkałyby was ból i cierpienie? Marta zgodziła się współuczestniczyć w tym cierpieniu ze względu na miłość do Jezusa i ofiarować je za swoich bliźnich”.

Biskup pomocniczy archidiecezji liońskiej, Patrick Le Gal, który przez 11 lat kierował Ogniskiem Miłości w podparyskim Poissy w departamencie Yvelines, jest przekonany, że świadectwo Marty Robin nie straciło nic ze swej ostrości: „Marta Robin chciała pójść do szkoły, zostać karmelitanką, pracować, odwiedzać swe Ogniska. Lecz z powodu choroby nie mogła nic zrobić. Dlatego powtarza nam: kiedy wszystko wydaje się już być stracone, twoje życie nie będzie takim, o ile zechcesz je ofiarować...”.


Znak sprzeciwu



Co roku do domu mistyczki w Châteauneuf-de-Galaure przybywa 40 tys. ludzi. Ich liczba wzrosła dwukrotnie w ciągu ostatnich 10 lat. „Wciąż czuje się tu jej obecność. W pokoju, w których tyle wycierpiała i tak bardzo kochała ludzie wciąż zrzucają z bark swoje ciężary: kobiety pragnące narodzin dziecka, osoby poszukujące, członkowie nowych wspólnot, których założycielom Marta pomagała za życia, księża, biskupi... Ten pokój jest kościołem” – zauważa Christiane z tamtejszego Ogniska Miłości, zajmująca się gośćmi w La Plaine. Dodaje, że „nigdy nie wychodzi się stąd takim samym: ludzie się uśmiechają, na ich twarze spływa spokój”.

Joseph Lebèze przez kilka lat żył na ulicy. „Zostałem ochrzczony – opowiada – ale nie byłem w stanie przebaczyć ojcu, który zabił moją matkę, gdy miałem siedem lat. Przepełniała mnie taka nienawiść, że nie mogłem wypowiedzieć słów modlitwy «Ojcze nasz». Dużo się modliłem do Marty w czasie rekolekcji w Châteauneuf-de-Galaure i w końcu mogłem przyjąć sakrament pojednania. Przebaczyłem i mogłem zacząć życie od nowa. W wieku 42 lat udało mi się zdobyć uprawnienia do pracy w restauracji”.

– Lud chrześcijański już beatyfikował Martę w swoim sercu. Wielu ludzi się do niej modli. Zgromadziliśmy kilka metrów archiwów podziękowań! – ujawnia ks. Peyrous. Część z nich wydano nawet w książce „Merci Marthe !” (Dziękuję, Marto!). „Można by pomyśleć, że Marta Robin była mistyczką oddaloną od życia przeciętnego chrześcijanina. Tymczasem ludzie mówią nam o jej bliskości, o tym, że otrzymują od niej pomoc w codziennym życiu” – wyjaśnia redaktorka tomu, Honorine Grasset.

Nie mogąc sobie poradzić z fenomenem stygmatyczki medycyna zakwalifikowała go kiedyś jako przypadek...histerii. Marta Robin nadal pozostaje wielkim znakiem sprzeciwu wobec umysłowości współczesnego człowieka, naznaczonej rozpaczliwym szukaniem użyteczności.

Odp: Marta Robin 1 miesiąc temu #4374

  • frater
  • ( Admin )
  • Offline
  • Administrator
  • Posty: 1280
  • Oklaski: 8
milujciesie.org.pl/cud-eucharystii-zyciu-marty-robin.html

Marta Robin (1902-1981) jest jedną z największych mistyczek i stygmatyczek XX wieku. W każdy piątek przeżywała dramat męki i śmierci Chrystusa, na jej ciele pojawiały się krwawiące stygmaty ran Zbawiciela. Najbardziej jednak opinię publiczną i świat nauki zadziwiał fakt, że przez 50 lat jedynym pokarmem Marty Robin był Jezus w Eucharystii
Dzieciństwo

Marta Robin urodziła się 13 marca 1902 roku we Francji, w Chateauneuf-de-Galaure, w małej wiosce Drome, niedaleko doliny Rodanu. Została ochrzczona w kościele parafialnym w Saint-Bonnet. Miała pięcioro starszego rodzeństwa, cztery siostry i brata. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. Ojciec Marty był pracowitym i solidnym gospodarzem, a jej matka pobożną i radosną kobietą.

W 1903 roku cały region został nawiedzony przez epidemię tyfusu, w wyniku której zmarło wielu ludzi. Również maleńka Marta zachorowała na tyfus. Przeżyła, ale jej zdrowie zostało mocno nadwerężone. Z powodów zdrowotnych tak często opuszczała szkołę, że ksiądz proboszcz musiał ją w domu przygotowywać do przyjęcia pierwszej Komunii św. 15 sierpnia 1912 roku w życiu Marty miało miejsce wielkie wydarzenie: w tym dniu po raz pierwszy przyjęła Chrystusa w Eucharystii. Wyznała po latach:

„Wydaje mi się, że Pan w chwili mojej pierwszej Komunii św. wziął mnie w posiadanie. Serce Jezusa zabiło w moim sercu”.

Marta miała bardzo dobrą pamięć, szybko zapamiętywała i przykładała się do nauki. Niestety edukację szkolną zakończyła w wieku 14 lat, ponieważ musiała pomagać rodzicom w gospodarstwie. Była pogodnym i radosnym dzieckiem, szczególnie kochała kwiaty, bardzo lubiła pracować w kuchni i ogrodzie, uwielbiała również ludowe śpiewy i tańce podczas wieczornych sąsiedzkich spotkań.
Postępujący paraliż

W maju 1918 roku szesnastoletnia Marta zaczęła cierpieć na dotkliwe bóle głowy. 25 listopada tego roku w obecności matki nagle upadła w kuchni. Od tej chwili przez 20 miesięcy pozostała w stanie uśpienia. Lekarze byli bezradni, gdyż nie potrafili zdiagnozować choroby. Rodzice obawiali się, że Marta wkrótce umrze. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że była to „śpiączka mistyczna”, podczas której Jezus duchowo przygotowywał Martę do wielkiego posłannictwa uobecniania Jego miłości i nieskończonego miłosierdzia. Ku zdumieniu i radości wszystkich, pewnego dnia Marta się przebudziła i wznowiła rozmowę dokładnie w tym miejscu, w którym ją przerwała w chwili zapadnięcia w mistyczny sen. Od tamtej pory Marta mogła poruszać się już tylko przy pomocy kul. Jednak w miarę upływu czasu choroba coraz bardziej się pogłębiała. Dziewczyna otrzymała wewnętrzne przekonanie, że najważniejszą misją jej życia będzie cierpienie za innych. Uczyła się na modlitwie od Maryi bezgranicznie wierzyć i ufać Jezusowi. Miała tylko jedno pragnienie, aby do końca wypełnić wolę Bożą.

15 października 1925 roku w dzień św. Teresy z Avila, Marta napisała akt zawierzenia i całkowitego ofiarowania swojego życia Bogu. Był to jej prywatny akt konsekracji, zaślubin z Chrystusem, oddania się Jemu jako „ofiara miłości” i zarazem wzruszający rodzaj listu miłosnego do Boga. Oto jego fragmenty:

„Panie, mój Boże! Poprosiłeś Twoją małą służebnicę o wszystko – weź więc i przyjmij wszystko… O, Ukochany mojej duszy! Pragnę tylko Ciebie i dla Twej miłości wyrzekam się wszystkiego… Boże Miłości! Weź moją pamięć i wszystkie jej wspomnienia. Weź mój rozum i spraw, by służył on jedynie dla Twej największej chwały… Weź całą moją wolę… Weź moje ciało i wszystkie moje zmysły, mój umysł i wszystkie jego zdolności, moje serce i wszystkie jego uczucia… O Boże mojej duszy! O Boskie Słońce! Kocham Cię… Ukryj mnie w głębi Ciebie… Zabierz mnie ze sobą. Tylko w Tobie pragnę żyć”.

Wielu mistyków mówiło o tym, że na znak mistycznych zaślubin z Chrystusem, otrzymali od Niego złoty „mistyczny pierścień”. Marta wyznała, że widziała go na swoim serdecznym palcu 12 razy.

Po tym akcie zawierzenia Jezusowi, z Martą zaczęły się dziać dziwne rzeczy. 3 października 1926 roku we wspomnienie św. Teresy z Lisieux, dwudziestoczteroletnia dziewczyna zapadła w stan mistycznego snu, który trwał przez okres trzech tygodni. Po przebudzeniu zwierzyła się rodzicom, że w tym czasie doznała wielkiego cierpienia, które paradoksalnie było równocześnie doświadczeniem słodyczy Bożej miłości. Wyznała:

„Kiedy cierpimy, jest to szkoła miłości, aby kochać bardziej”.

W tym czasie trzy razy odwiedziła ją św. Teresa z Lisieux, która mówiła chorej, że powinna podjąć się misji zakładania „ognisk miłości” na całym świecie.

Paraliż nóg Marty posunął się tak daleko, że nie mogła się już poruszać o własnych siłach.

Od 2 lutego 1929 roku choroba objęła także jej ręce, ramiona i mięśnie przełyku. Od tego momentu nie mogła nic przełykać i dlatego nie była w stanie jeść ani pić. Musiano położyć ją do łóżka, którego już nie opuściła, aż do swojej śmierci 6 lutego 1981 roku.
Cud Eucharystii

Martą opiekował się dr. Jan Dechaume, profesor na fakultecie medycyny w Lyonie oraz dr. Andrzej Ricard. W swoim raporcie na temat stanu zdrowia Marty, lekarze pisali, że 2 lutego 1929 roku około południa jej nogi i ręce stały się bezwładne i zesztywniały. Zostały również sparaliżowane mięśnie przełyku i dlatego chora nie mogła przyjmować żadnych pokarmów i napojów, a ponadto w ogóle nie spała. Fakt, że Marta żyła pomimo tego, że się w ogóle nie odżywiała, pozostał dla nauki zagadką. Naukowcy stwierdzili ponadto, że przyczyną całkowitej bezwładności młodej kobiety, nie były jej stany emocjonalne, psychiczne lub umysłowe. Wykluczono także atak nerwowy, nowotwór mózgu czy epilepsję. Przyczyny choroby Marty pozostały dla medycyny wielką tajemnicą.

Niewierzący filozof i lekarz z Wiednia, Paweł Ludwik Couchoud, zaciekawiony informacjami o Marcie Robin, wybrał się do niej, aby samemu ocenić, czy prawdziwe jest to wszystko, co się mówi o jej życiu mistycznym, stygmatach, o tym, że jedynym jej pokarmem jest Eucharystia. Po wielu trudnościach, dzięki interwencji samego biskupa, udało mu się wreszcie spotkać z Martą. Szybko nawiązała się między nimi duchowa przyjaźń i od tej pory uczony stał się jej częstym gościem. Dr. Couchoud stwierdził, że Marta Robin doznała paraliżu całego ciała, który tak mocno zablokował jej mięśnie przełyku, że nie była w stanie przełknąć nawet kropelki wody. W swoim medycznym raporcie dr. Couchoud napisał, że to, co go najbardziej zdumiewało, to sposób, w jaki Marta przyjmowała Komunię św. Nie połykała ona Hostii, gdyż ze względu na blokadę mięśni przełyku było to niemożliwe. Natomiast sama Hostia w tajemniczy sposób przenikała przez jej zamknięte usta i krtań.

Marta nie przywiązywała większego znaczenia do ciągłej głodówki, na którą, jak powiedziała, skazał ją Jezus. Nic nie jadła i nic nie piła tylko z powodu fizycznej niemożliwości, spowodowanej całkowitym unieruchomieniem ciała przez paraliż. Przez 50 lat została pozbawiona ziemskiego pokarmu, ale nie mogła żyć bez Eucharystii.

Eucharystia była dla Marty najważniejszym wydarzeniem i jedynym pokarmem, który utrzymywał ją przy życiu. Przyjmowała Komunię św. tylko raz w tygodniu we wtorek, a w ostatnich latach swojego ziemskiego życia, w środę wieczorem. W dniu, w którym miała przyjąć Jezusa w Komunii św., od samego rana modliła się, powtarzając swój miłosny akt oddania się Chrystusowi z 15 października 1925 roku. Tego też dnia przystępowała do sakramentu pokuty. Po przyjęciu Komunii św. wydawała cichy okrzyk zachwytu i radości, zapadała w ekstazę, która polegała na całkowitym stopieniu się w jedno z Bogiem. Podczas ekstazy z twarzy Marty promieniowało nieziemskie szczęście i piękno. Wyraziła to w modlitwie:

„Tak jestem szczęśliwa, o mój Ukochany, ponieważ czuję, że moje serce bije w Twoim, ponieważ czuję Ciebie w moim sercu, Ciebie żywego i wszechmocnego. Pan we mnie – jakie misterium! Czuję się jak w raju. Pewnego dnia umrę, czując Ciebie, o mój Jezu, jak bijesz w moim sercu. O mój Jezu, spraw, aby pewnego dnia powiedziano, że Twoja miłość mnie spaliła, nie na skutek moich wysiłków, lecz dzięki Twojej łasce… O mój Boże, jeśli już teraz obdarzasz mnie takim pokojem, czynisz mnie tak szczęśliwą na tej ziemi, co będzie w niebie?”

Mistycy przeżywając ekstazę, mają bezpośredni kontakt z rzeczywistością samego Boga i tracą więzy łączące ich ze światem. Marta tłumaczyła, że nie można powiedzieć, aby podczas jej stanów mistycznych

„[…] dusza odrywała się od ciała; jest ona raczej jakoś dziwnie uniesiona. Bóg objawia się najpierw w trwodze. Jest to coś tak nowego, że nie można tego wyrazić! Potem doznaję pokoju, jest to stan poza czasem. Nie wiem, kiedy dokładnie ma to miejsce. Nie wiem jak to wyrazić… Zachodzi to poza mną i we mnie. Jestem uniesiona. Na darmo stawiam opór, jestem uniesiona w miłości. Nie ma w tym jednak żadnej konieczności”.

Dopiero następnego dnia po przyjęciu Komunii św. kończyła się ekstaza i Marta wracała do normalnego życia. Dla mistyczki najważniejsze było życie wiary, jej osobista relacja miłości z Jezusem, a nie nadzwyczajne stany i przeżycia. Tak, jak św. Jan od Krzyża, twierdziła, że nie powinniśmy pragnąć nadzwyczajnych duchowych przeżyć, gdyż pustynia ducha, ciemna noc wiary jest najcenniejszym darem, dzięki któremu możemy iść z Jezusem drogą krzyżową i dojrzewać do miłości w niebie. Tylko wtedy będziemy mogli iść tą drogą, gdy naszym najważniejszym, jedynym duchowym pokarmem będzie Jezus w Eucharystii.

„Kiedy przyjmuję Komunię św. – mówiła Marta – to dzieje się to tak, jak gdyby żywa osoba wchodziła we mnie… Zwilżają mi usta, ale niczego nie mogę przełknąć. Hostia wnika we mnie, lecz ja sama nie wiem, jak. Eucharystia nie jest zwykłym pokarmem. Za każdym razem, nowe życie we mnie się wlewa. Jezus jest w całym moim ciele, jakbym zmartwychwstała. Komunia św. jest czymś więcej niż zjednoczeniem: jest stopieniem się w jedno… Mam ochotę krzyczeć do tych wszystkich, którzy ciągle mnie pytają, czy ja rzeczywiście nic nie jem, mówiąc im, że ja jem więcej niż oni, ponieważ karmię się Eucharystią Ciała i Krwi Pana Jezusa. Chcę im powiedzieć, że to oni sami blokują w sobie efekty tego pokarmu”.

To, co najbardziej wszystkich dziwi, a szczególnie ludzi świata nauki, to stwierdzenie faktu, że Marta, od momentu całkowitego paraliżu jej ciała w 1929 roku aż do swojej śmierci w lutym 1981 roku, a więc przeszło 50 lat, absolutnie nic nie jadła, nic nie piła i w ogóle nie spała, a pomimo tego jej organizm normalnie funkcjonował. Jedynym jej pokarmem była Komunia św. Chrystus pragnął przez ten nadzwyczajny znak, jakim był ten permanentny Eucharystyczny cud, ukazać wszystkim ludziom, jak potężną moc ma Komunia św. jeżeli jest przyjmowana z głęboką wiarą.

Poprzez przykład Marty Robin, Bóg przypomina nam, że prawdziwe życie otrzymujemy tylko wtedy, gdy przyjmujemy Ciało i Krew Chrystusa w Eucharystii. Przez ten spektakularny cud Jezus pragnie doprowadzić nas wszystkich do żarliwej wiary w Eucharystię, i do świadomości, że Komunia św. to On sam, w swoim zmartwychwstałym i uwielbionym człowieczeństwie. On się daje cały, aby dzielić się z nami pełnią życia:

„Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6,53-54).

Współcierpiała z Chrystusem

Marta zrozumiała, że gdy zjednoczy się z Chrystusem w miłości, będzie musiała również uczestniczyć w Jego cierpieniu za zbawienie świata i prowadzić duchową walkę z siłami szatana. W październiku 1927 roku po raz pierwszy została zaatakowana przez demona, który pokazał się jej pod postacią budzącego grozę zwierzęcia. Później złe duchy przychodziły do niej w ludzkiej postaci, potrząsały nią i przerzucały na łóżku oraz policzkowały.

W 1930 roku Marta otrzymała od Jezusa dar stygmatów. Podczas modlitwy zobaczyła coś bardzo trudnego do określenia, jakiś rodzaj „ognistej strzały”, która jakby „ostrze światła” wyszła z Serca Jezusa. Tak mistyczka opowiadała o tym tajemniczym wydarzeniu:

„Jezus poprosił mnie najpierw, abym ofiarowała swoje ręce. Wydawało mi się, że grot strzały wyszedł z Jego Serca i że rozdzielił się na dwa promienie, aby każdy przebił jedną z moich rąk. Lecz w tym samym czasie ręce moje zostały przebite jakby od wewnątrz. Potem, Jezus zachęcił mnie, abym ofiarowała nogi, co natychmiast uczyniłam. Wówczas zobaczyłam grot strzały, który również podzielił się na dwie części i przebił moje nogi. Lecz wszystko to odbyło się bardzo szybko. Jezus poprosił mnie następnie, abym ofiarowała swoją pierś i serce…Ich przebicie dokonało się w sposób jeszcze bardziej intensywny… Jezus ofiarował mi jeszcze koronę cierniową. Umieścił ją na mojej głowie, wciskając ją mocno”.

Od tamtego wydarzenia Marta nosiła na swoim ciele rany, jakie miał ukrzyżowany Jezus. Co więcej, na oczach rodziców chorej rany obficie krwawiły. Skąd się brały tak duże ilości krwi, skoro Marta nie przyjmowała żadnego pokarmu, a każdy kilkulitrowy ubytek płynu, powinien doprowadzić do natychmiastowej śmierci? Lekarze byli zdezorientowani, nie potrafili zrozumieć i wytłumaczyć tych wszystkich tajemniczych zjawisk.

30 grudnia 1930 roku Marta podyktowała list o następującej treści:

„W tym roku miało miejsce intymne zjednoczenie się mojej duszy z Bogiem. Doznałam tajemniczej i głębokiej przemiany. Pomimo kalectwa moje szczęście jest głębokie i trwałe, ponieważ jest boskie. Co za praca! Co za wznoszenie się! I ile agonii mojej woli potrzebowałam, abym mogła umrzeć dla samej siebie”.

Lekarze opiekujący się Martą w swoim raporcie piszą, że w październiku 1931 r. pacjentka zaczęła cierpieć mękę Pańską w każdy piątek: pojawiały się u niej na głowie, rękach, nogach i boku stygmaty ran Chrystusa, które obficie krwawiły.

W każdy piątek Marta doświadczała w swoim ciele męki i śmierci Jezusa. Było to przerażające cierpienie fizyczne i duchowe, spowodowane całkowitym opuszczeniem przez wszystkich, doświadczeniem braku obecności Boga Ojca, które Jezus wyraził w słowach: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił” (Mt 27,46). Taka była ostateczna konsekwencja grzechów wszystkich ludzi, które Jezus dobrowolnie wziął na siebie, aby je zgładzić i wybawić wszystkich ludzi z niewoli szatana. Marta przeżywała mękę razem z Jezusem za zbawienie grzeszników. Jej współcierpienie z Chrystusem osiągało kulminację w doświadczeniu krzyżowej „śmierci”, która następowała w każdy piątek o godzinie trzeciej. Po „śmierci” Marta przeżywała sąd, przez który będą musieli przejść wszyscy ludzie. Kiedy sąd się kończył, doświadczała stanu oddzielenia duszy od ciała, i oczekiwania na zmartwychwstanie. W niedzielę rano na wezwanie księdza mistyczka powracała do normalnego życia.

Marta Robin, przez swoje zjednoczenie z Jezusem w tajemnicy Jego męki i śmierci krzyżowej za zbawienie świata, stała się prawdziwym geniuszem życia duchowego. Jej geniusz dotyczył mądrości życiowej, znajomości ostatecznego celu ludzkiego życia oraz dróg, które do niego prowadzą. Marta była świadoma wielkiego dramatu walki dobra ze złem rozgrywającego się w sercach ludzi, wiedziała, że największą tragedią człowieka jest grzech i takie życie, jakby Bóg nie istniał. Było dla niej oczywiste, że trwając w grzechu, stajemy się niewolnikami szatana i zdążamy do wiecznego potępienia. Duchowy geniusz Marty polegał na tym, że uczestniczyła w nieustannie obecnym akcie zbawienia, którego dokonał Chrystus w swojej męce, śmierci i zmartwychwstaniu. Aby uchronić grzeszników od zguby wiecznej i zawrócić ich z drogi prowadzącej do piekła, chora jednoczyła się z Chrystusem w Jego ofierze krzyżowej za zbawienie świata. Ofiarowywała swoje cierpienia i modlitwy za innych ludzi, brała na siebie ich cierpienia, aby wysłużyć im łaskę nawrócenia. Ból był szczególnie intensywny w okresach, kiedy nie doświadczała obecności Boga. To odczucie braku bliskości Jezusa było dla niej „piekłem”, doświadczeniem prawdy, jak strasznym cierpieniem jest grzech. Marta była zjednoczona z Chrystusem, który dla naszego zbawienia „stał się grzechem, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21). W niedzielny poranek mistyczka włączała się w radość Chrystusowego zmartwychwstania, definitywnego zwycięstwa nad szatanem, grzechem i śmiercią. A zatem Marta uczestniczyła w całym dramacie naszego zbawienia, który uobecnia się podczas każdej Mszy św. W ten sposób Jezus przez Martę chce nam powiedzieć: „Każde chrześcijańskie życie jest Mszą św. i każda dusza na tym świecie jest »hostią«. Weź całą siebie, bez zastrzeżeń, i ofiaruj siebie Bogu wraz z Jezusem, boską Ofiarą, nieprzerwanie składaną za zbawienie świata.
Wszystkich prowadziła do Chrystusa

Wiadomość o dziwnej chorobie Marty i stygmatach szybko rozniosła się po całej okolicy. Coraz więcej ludzi zaczęło odwiedzać niezwykłą kobietę z prośbą o rady, wskazówki i modlitwę. W sumie przez jej mieszkanie przewinęły się tysiące osób. Byli to ludzie sprawujący bardzo odpowiedzialne funkcje w Kościele i państwie, kardynałowie, biskupi, księża, ministrowie, profesorowie, bogaci pracodawcy, a także ubodzy robotnicy, rolnicy, ludzie zniewoleni przez różne nałogi, dręczeni myślami samobójczymi. Chora udzielała potrzebującym bardzo trafnych i natychmiastowych odpowiedzi, wskazówek, przestróg. Nie było dla niej pytań bez odpowiedzi, problemów bez rozwiązania, sytuacji, z których nie pokazałaby dróg wyjścia. Zrozpaczonym i cierpiącym, którzy przychodzili do niej z prośbą o pomoc i radę, mówiła, że weźmie na siebie ciężar ich problemów. W ten sposób mogła sama spłacić Bogu dług ich win. I tak na przykład po zwierzeniach pewnej prostytutki wzięła na siebie cierpienie spowodowane jej grzesznym życiem.

Wszystkich prowadziła do Chrystusa, który leczy wszystkie rany, koi bóle i rozwiązuje problemy. I tak, nieraz jedno słowo rady Marty zmieniało życie wielu ludzi. Przyjmowała grzeszników z największym współczuciem. Kochała ich miłością Chrystusa. Atakowana przez szatana najróżniejszymi pokusami, znała ciężar winy lepiej niż sam winowajca. Dlatego mocą zjednoczenia z Chrystusem na modlitwie i w Eucharystii oraz dobrowolnie przyjmowanym cierpieniem za grzeszników, Marta podejmowała nieustanną, zwycięską walkę z mocami zła, wyrywając z ich niewoli tysiące ludzi.

Źródła: Jean-Jacques Ankier, Marthe Robin Librairie Académique, Perrin 1991; Jean Guitton, Marta Robin, Częstochowa 1990; Raymond Peyret, Życie Marty Robin, Wydawnictwo Księży Marianów 1994; ks. Andrzej Trojanowski, Przez 50 lat nic nie jadła i nic nie piła, „Miłujcie się” nr 1-2/2000.
Ostatnio zmieniany: 1 miesiąc temu przez frater.
  • Strona:
  • 1
Wygenerowano w 2.12 sekundy