Home
Witamy, Gościu
Nazwa użytkownika Hasło: Zapamiętaj mnie

Świdectwa lekarzy, pielęgniarek, położnych.
(1 przeglądających) (1) Gość
  • Strona:
  • 1

TEMAT: Świdectwa lekarzy, pielęgniarek, położnych.

Świdectwa lekarzy, pielęgniarek, położnych. 8 lata, 5 mies. temu #741

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Świadectwa lekarzy


Życie jest bezcenną wartością. Jest darem. Nikt nie ma prawa pozbawić życia. W wielu gabinetach, szpitalach wciąż toczy się bestialska wojna z niewinnym człowiekiem. Czasem potrzeba wielu wstrząsów, by Ci, którzy sprzeniewierzają się życiu, nawrócili się. Poniżej przedstawiamy drogę nawrócenia lekarzy i pielęgniarki, którzy dokonywali lub uczestniczyli w tzw. aborcjach. Teraz działają za życiem, wygłaszają konferencje, ostrzegając innych przed straszliwym złem, jakim jest zabijanie dzieci poczętych. Wobec drastycznych opisów dokonywanych zabójstw nie można być obojętnym. To zło dzieje się również teraz. Potrzeba więc naszej modlitwy, naszej wiedzy, byśmy byli świadkami życia.

Dina Madsen: Zostawiałam sumienie

Pracę w gabinecie aborcyjnym rozpoczęłam w pierwszym tygodniu września 1990 roku. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, czym jest naprawdę tzw. aborcja. Moje życie pozbawione było zupełnie refleksji o świętości życia.
Funkcję, którą pełniłam w tym gabinecie, określano jako "health worker", co znaczy "pracownik zdrowia". Wykonywałam szereg prac ambulatoryjnych, do których należało: przygotowywanie grup kobiet do tzw. aborcji (dziś wiem, że było to zwykłe oszustwo) oraz asystowanie przy "zabiegach" - to zadanie polegało na pomaganiu lekarzowi, jak też sprawdzaniu, czy wszystkie członki zabitego dziecka znalazły się przeznaczonym na "szczątki" pojemniku.
Na zawsze zostanie w mojej pamięci obraz dobrze ukształtowanej stópki zabitego w drugim trymestrze ciąży dziecka. Musiałam potwierdzić wiek dziecka przez porównanie jego stópki z odpowiednikiem na planszy...
Podobnie jak inni pracownicy gabinetu kpiłam z osób manifestujących przeciw tzw. aborcji, którzy stali przy wejściu do przychodni. Zabijałam w ten sposób swe sumienie, chciałam je zagłuszyć. Myśli o tym, co naprawdę się tu dzieje, przygnębiały mnie. Starałam się więc nie traktować poważnie tego procederu, w którym uczestniczyłam. Mimo mojej zatwardziałości Pan Bóg pukał do mojego serca. Zaczęłam przeglądać materiały pozostawione przez obrońców życia w gabinecie, sięgnęłam po szersze publikacje dotyczące obrony życia.
Przede mną otwierał się zupełnie inny wymiar tego, co dotychczas robiłam. W tych zabijanych dzieciach dostrzegłam istoty ludzkie. Było mi niezmiernie trudno przyjąć tę prawdę. Wszak do tej pory musiałam zostawiać sumienie i rozum w domu, by móc robić, to co robiłam. W tym czasie otwierałam się na Boga, czasami przychodziłam do kościoła, sięgałam po Pismo Święte.
Wiem, że jedyną rzeczą, która nie pozwalała mi zaakceptować Jezusa Chrystusa w moim życiu był fakt, że brałam udział w zabójstwach tych, którzy byli stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Po ośmiu miesiącach pracy w tym gabinecie nie byłam w stanie dłużej odrzucać mojego Stwórcy. To On uświadomił mi zło tzw. aborcji. Zdałam sobie sprawę, że w każdej tzw. aborcji zabijana jest nie tylko jedna istota ludzka - dziecko, a umiera również część matki.
W maju 1991 roku, gdy definitywnie kończyłam pracę w gabinecie aborcyjnym, byłam przekonana, że zamykam rozdział okropnych doświadczeń z tzw. aborcją w moim życiu. Wówczas dopiero w pełni mogłam żyć w zgodzie ze swoim sumieniem i zaprosić Boga do mojego życia. Po latach poszukiwań i doświadczeń w Kościele katolickim odnalazłam mój prawdziwy dom. Dnia 2 kwietnia 1994 roku przyjęłam sakrament Chrztu Świętego.
Wkrótce potem wyszłam za mąż i zostałam szczęśliwą matką. Gdy byłam w stanie błogosławionym, zaczęły powracać natrętne myśli o zbrodniczych zabiegach, w których uczestniczyłam. Teraz wiem, że doświadczałam wówczas syndromu poaborcyjnego, tyle że był on o tyle dotkliwy, gdyż miałam świadomość, że z moim udziałem dokonały się setki zbrodni.
Na szczęście Pan Bóg nie pozostawiał mnie samej, okazując mi swoje miłosierdzie. Uświadomił mi, że skoro On mi przebaczył, muszę przebaczyć też sama sobie.
Na początku 1994 roku rozpoczęłam publicznie angażować się w walkę o życie, wygłaszałam konferencje, w których - na podstawie swoich doświadczeń - mówiłam o wielkim złu, jakim jest zabijanie poczętych dzieci.
Dziękuję Bogu, że wyciągnął mnie z mroku zła do światła. Pokazał mi, jak okrutnym złem jest tzw. aborcja. Odsłonił mi prawdę, jak cenne jest życie ludzkie. Pokazał mi, że każdy poczęty człowiek jest jego dzieckiem i nikt nie ma prawa odebrać mu życia. Pokazał mi, że w Nim jest uzdrowienie i przebaczenie.
Tak zwana aborcja to nie wybór, lecz zniszczenie, odebranie życia, które rodzi ból i straty dla wszystkich, którzy w niej uczestniczą!


Dr David Brewer: Twarde serce

Początek mojej praktyki lekarskiej po studiach przypadł na okres legalizacji tzw. aborcji w wybranych stanach USA.
Pierwszą pracę rozpocząłem w szpitalu w Nowym Jorku na oddziale położniczo-ginekologicznym. Wywodzę się z niewierzącej rodziny, więc nie miałem żadnych etycznych podstaw wyniesionych z domu.
Pamiętam, gdy asystowałem przy pierwszym zabiegu tzw. aborcji, widziałem, jak lekarz dokonujący aborcji wkładał rurę, która miała wyssać poczęte dziecko. Widziałem zakrwawione członki ciała spływające do dużego słoja. Był to mój pierwszy kontakt z tzw. aborcją. Nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać.
Moim zadaniem było sprawdzić, co znajduje się w pojemniku. Była to po prostu dla mnie kolejna lekcja przygotowująca do zawodu, była to część programu szkoleniowego i zupełnie nowe doświadczenie. Chciałem nauczyć się czegoś nowego i to było dla mnie najważniejsze. Nie byłem chrześcijaninem, nie miałem żadnych poglądów na temat tzw. aborcji. Stawało się to coraz ciekawsze. Kiedy otworzyłem słoik, miałem wyjmować poszczególne członki ciała i układać je na ręczniku. Musieliśmy się upewnić, że wszystkie części ciała zostały "usunięte". Na medycynie studiowałem anatomię i kiedy wykładałem poszczególne członki ciała na ręcznik, wiedziałem, na co patrzę. Widziałem małą głowę, ramiona, widziałem kilka żeber, kawałek nóżki, małą rączkę.
Pomimo że nie byłem chrześcijaninem, to jednak to, co zobaczyłem, powodowało wyrzuty sumienia. Asystowanie przy tzw. aborcji było dla mnie bardzo trudnym emocjonalnie doświadczeniem.
Chociaż odczuwałem, że to, co obserwuję i w czym uczestniczę, nie jest w porządku, chodziłem na kolejne "lekcje", obserwowałem i uczestniczyłem w aborcjach. Za każdym razem ranił mnie ten widok, ale za każdym razem ranił mniej. Następnym krokiem było to, że sam dokonałem tzw. aborcji - według zasady: sam zobaczysz, wykonasz i nauczysz kogoś innego.
Ta pierwsza, którą sam wykonałem, bardzo mną wstrząsnęła. Ale z czasem ta czynność stawała się dla mnie normą, przestawała ranić, budzić wyrzuty sumienia. Było to podobne doświadczenie, jak to, które pamiętam z mojej młodości. Kiedyś dostałem od ojca kosiarkę do trawy. Przy pierwszym użyciu zrobiły mi się odciski, ale gdy założyłem rękawice, mogłem pracować długo bez odczuwania bólu. To samo stało się z moim sercem, które twardniało przy obserwowaniu i wykonywaniu tzw. aborcji. Aż wreszcie moje sumienie zupełnie uodporniło się na fakt, iż jestem mordercą.
Kolejnym krokiem w moich "praktykach" było uczestniczenie w tzw. aborcjach polegających na sztucznym poronieniu w wyniku wstrzykiwania roztworu solnego. W ciągu jednej nocy lekarz był w stanie wykonać pięć takich "zabiegów".
Podczas mojego nocnego dyżuru pielęgniarka wezwała mnie do sali, gdzie były "pacjentki" oczekujące na "zabieg". Jedna z kobiet, która dokonała tzw. aborcji, była w strasznym szoku. Biegała po sali, krzycząc i płacząc. Przebywające tam pielęgniarki i "pacjentki" były przerażone. W sali zobaczyłem roztrzęsioną matkę i jej poronione w wyniku tzw. aborcji, ciągle jeszcze żyjące dziecko. Widziałem, że dziecko ruszało jeszcze nóżkami, zanim zmarło z powodu palenia w płucach. Słona substancja dostaje się do płuc i je pali...
Normalnego człowieka, gdy uderzy się w głowę, budzi się. Niestety, moje sumienie było zbyt twarde, by taki szok mógł spowodować przebudzenie. Teraz zastanawiam się, co powodowało to, że tak wstrząsające doświadczenia nie zmieniły mojego postępowania. Nie robiłem tego dla pieniędzy, nie było to kwestią braku odwagi, by się sprzeciwić temu, co wykonywałem, lecz po prostu nie miałem ugruntowanego przekonania, uformowanego sumienia.
Kolejnym krokiem była "pomoc" przy dokonywaniu tzw. aborcji przez cesarskie cięcie. Kobieta była już w zaawansowanej, cztero-, pięciomiesięcznej ciąży. Było już za późno, by dokonać tzw. aborcji metodą wysysania. Gdy lekarz dokonał nacięcia, zobaczyliśmy małe dziecko w wodach płodowych. Kiedy lekarz spuścił wody płodowe, bez których dziecko nie mogło przecież żyć, czułem straszny ból w sercu, jak przy obserwowaniu pierwszej tzw. aborcji. "Lekarz" wydobył dziecko z łona matki. Nie byłem w stanie go dotknąć, tylko stałem obok. Rzeczywistość tego, co tam się działo, zaczęła przenikać przez grubą zasłonę obojętności mojego sumienia. Prowadzący położył żyjące dziecko do metalowej misy na stole. Za każdym razem, gdy spoglądałem na dziecko, widziałem, jak się porusza i kopie nóżkami. Z upływem czasu ruchy dziecka słabły. Kiedy już skończyliśmy operację cesarskiego cięcia u matki, dziecko jeszcze żyło. Widziałem ruchy klatki piersiowej powodowane bijącym jeszcze sercem, dziecko próbowało nabierać powietrza i chciało oddychać...
To zdarzenie zraniło mnie głęboko i zacząłem dostrzegać, czym jest tzw. aborcja.
Uznałem wtedy, że życie człowieka zaczyna się wówczas, kiedy jest w stanie przeżyć poza łonem matki, a każdy zabieg dokonany na dziecku powyżej 28. tygodnia jest tzw. aborcją. Pozwoliło to na pewien czas uspokoić moje sumienie i w dalszym ciągu dokonywać morderstw dzieci poniżej 28. tygodnia życia. W momencie gdy dowiedziałem się, że rozwój medycyny pozwala przeżyć 26-tygodniowemu dziecku poza ustrojem matki, przesunąłem "moją granicę życia" do 24. tygodnia. Niedługo potem doszedłem do wniosku, że poczęte dziecko jest osobą ludzką w momencie wykształcenia się u niego już wszystkich organów, czyli od 12. tygodnia życia. Zdecydowałem więc, że nie będę dokonywał tzw. aborcji po 12. tygodniu. Z biegiem czasu przesuwałem "moją granicę początku życia".
Kiedy zostałem chrześcijaninem, wreszcie zdałem sobie sprawę, że życie zaczyna się w momencie poczęcia. Kiedy dokonałem tego odkrycia, nie trzeba było nic więcej, by zaprzestać wykonywania tzw. aborcji. Po jakimś czasie, gdy przyjąłem chrzest, do mojego gabinetu przyszła dziewczyna z życzeniem, bym dokonał zabójstwa na jej poczętym dziecku. Wahałem się przez chwilę, czy nie "pomóc". Dzięki łasce Bożej odmówiłem. To był cudowny moment w moim życiu.


Dr Anthony Levatino: Byłem płatnym mordercą

Będąc lekarzem w Troy w stanie Nowy Jork, przez osiem lat dokonywałem tzw. aborcji w moim gabinecie. Byłem przekonany, że prawem kobiet jest dokonanie "wyboru" i podjęcie decyzji o zabiciu własnego dziecka. Pomimo tego iż proceder dzieciobójstwa nie był główną częścią działalności mojego gabinetu, powodował on coraz głębszy konflikt w moim sumieniu.
Od dłuższego czasu z żoną podjęliśmy decyzję o adoptowaniu dziecka. Za każdym razem, gdy wyrzucałem do kosza zwłoki 9-, 10-tygodniowego zamordowanego dziecka, zadawałem sobie pytanie, czy któraś z moich "pacjentek" nie mogłaby oddać nam swojego dziecka.
Nasze starania o adopcję zakończyły się pomyślnie i udało nam się adoptować dziewczynkę o imieniu Heather. Nasza radość trwała krótko. 23 czerwca 1984 roku Heather potrącił samochód. Wskutek tego wypadku nasza córeczka zginęła. W chwili gdy traci się swoje dziecko, życie staje się zupełnie inne; wszystko się zmienia. Od tego momentu zmieniło się też moje podejście do aborcji. Zdałem sobie sprawę, jak nigdy dotąd, że dziecko, które zabijałem w każdej aborcji, było czyimś upragnionym dzieckiem. Doświadczenie straty mojego dziecka dało mi jeszcze silniej odczuć wartość ludzkiego życia.
Czułem się jak płatny morderca. Rzeczywiście nim byłem! Tak jak straciłem poczucie własnej wartości, zainteresowanie aborcją również mocno osłabło. W końcu w roku 1985 definitywnie zakończyłem straszny proceder zabijania dzieci poczętych.
Teraz, kiedy przyznaję się publicznie do mojego nawrócenia na drogę cywilizacji życia, chcę, aby wszyscy wiedzieli, że każde poczęte dziecko jest człowiekiem.
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świdectwa lekarzy, pielęgniarek, położnych. 8 lata, 5 mies. temu #742

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Drastyczne świadectwo lekarza wykonującego aborcje


Motto:

"Największym niebezpieczeństwem zagrażającym pokojowi jest dzisiaj aborcja. Jeżeli matce wolno zabić własne dziecko, cóż może powstrzymać Ciebie i mnie, byśmy się nawzajem nie pozabijali?"


Matka Teresa z Kalkuty Mamo, chcesz otworzyć grób? Nagie dziecko pochować bez trumny? Czy chcesz zmienić siebie w cmentarz dla niewinnych? Nienarodzone dziecko. Cywilizacja śmierci
Przez wiele lat doktor Stojan Adaäevid był przekonany, że aborcja jest zabiegiem chirurgicznym podobnym do wycięcia ślepej kiszki. Adaäevid zapamiętał ten dzień na całe życie. Był studentem medycyny i w pokoju lekarskim porządkował kartoteki. Siedział w kącie nad papierami, a w pomieszczeniu zaczęli zbierać się ginekolodzy. Nie zwracając uwagi na przycupniętego z boku studenta, opowiadali o różnych przypadkach ze swej praktyki. Doktor Rado Ignatovid wspominał pewną ciężarną pacjentkę, która przyszła, by usunąć swoje dziecko. Aborcja się nie udała, bo ginekolog nie potrafił podwinąć szyjki macicy. Gdy lekarze zaczęli opowiadać o dalszych losach kobiety, przysłuchujący się im Stojan zdrętwiał. Nagle zrozumiał, że dentystka z pobliskiej przychodni, o której rozmawiają mężczyźni, to jego matka. - Ona już nie żyje, ale ciekawe, co się stało z dzieckiem, które chciała usunąć - zastanawiał się jeden z ginekologów. Stojan nie wytrzymał: - To ja jestem tym dzieckiem - powiedział wstając. W pokoju zapadła cisza, a po chwili lekarze jeden po drugim zaczęli wychodzić.

Wiele razy przez następne lata doktor Adaäevid będzie wracał myślami do tamtego wydarzenia. Zrozumiał jasno: żyje tylko dlatego, że lekarz spartaczył aborcję. On sam nigdy by takiej fuszerki nie odstawił. Nieraz trafiały do niego kobiety, którym można było podwinąć szyjki macicy, ale zawsze dawał sobie radę z tym problemem. Był w końcu lekarzem, który w Belgradzie najlepiej wykonywał aborcje. Szybko prześcignął w tym fachu swojego mistrza, doktora Ignatovicia, którego niekompetencji zawdzięczał życie. - Tajemnica sukcesu tkwi w tym, by wytrenować dłoń częstymi zabiegami - mówi, cytując po niemiecku przysłowie: "Übung macht Meister" (ćwiczenie czyni mistrza). Wierny tej maksymie, wykonywał dziennie po dwadzieścia, trzydzieści aborcji. Jego rekord dnia wynosił trzydzieści pięć. Dziś ma problem, by określić, ile aborcji przeprowadził w ciągu dwudziestu sześciu lat praktykowania. Proponuje wypośrodkować pomiędzy 48 a 62 tys. Przez wiele lat był przekonany, że aborcja - jak uczono na wydziałach lekarskich i pisano w podręcznikach - jest zabiegiem chirurgicznym podobnym do wycięcia ślepej kiszki. Różnica polega tylko na usunięciu innego organu z ciała kobiety - raz jest to kawałek jelita, innym razem tkanka ciążowa. Wątpliwości zaczęły pojawiać się w latach osiemdziesiątych, kiedy do jugosłowiańskich szpitali sprowadzono ultrasonografy. Wtedy na ekranie USG doktor Adaäevid pierwszy raz zobaczył to, co do tej pory było dla niego niewidoczne - wnętrze kobiecego łona i żywe dziecko, ssące palec, ruszające nogami i rękoma. Zazwyczaj chwilę potem kawałki tego dziecka leżały obok niego na stole. - Patrzyłem, ale nie widziałem - wspomina dziś. - Wszystko zmieniło się, od kiedy zaczęły nawiedzać mnie sny.

Sen doktora Adaäevicia

Właściwie był to jeden sen, ale powtarzał się każdej nocy, dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc. Śniło mu się, że idzie po rozświetlonej słońcem łące, wokół pełno pięknych kwiatów, latają kolorowe motyle, jest ciepło i przyjemnie, jego jednak dręczy jakieś niepokojące uczucie. W pewnym momencie łąka zapełnia się dziećmi, które biegają, grają w piłkę, śmieją się. Są w różnym wieku, od trzech, czterech lat do około dwudziestu. Wszystkie są niezwykle piękne. Twarze jednego chłopca i dwóch dziewczynek wydają mu się dziwnie znajome, ale nie może sobie przypomnieć, skąd je zna. Próbuje rozmawiać z dziećmi, a wtedy one, dostrzegając go, zaczynają w przerażeniu uciekać i krzyczeć. Wszystkiemu przygląda się człowiek w czarnym ubraniu, przypominający mnicha. Nie mówi nic, tylko patrzy przenikliwie.

Każdej nocy Adaäevid budził się przerażony i do rana nie mógł zasnąć. Nie pomagały zioła ani środki nasenne.


Raz trafił na miejsce, gdzie była rozlana plama jodu. I rączka nagle zaczęła się ruszać. Stojąca obok pielęgniarka krzyknęła: "Zupełnie jak nogi żaby na zajęciach z fizjologii". Doktor wzdrygnął się, ale nie przerwał zabiegu. Postanowił wszystko, co zostało w macicy, zmielić na miazgę. Jednak kiedy wyciągnął kleszcze, ujrzał serce. Jeszcze pulsowało, coraz wolniej i wolniej, aż w końcu przestało bić. Wtedy zrozumiał, że zabił człowieka. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Wpadł w odrętwienie, nie pamiętał, ile czasu to trwało. Nagle poczuł szarpanie za ramię i usłyszał przerażony głos pielęgniarki: "Doktorze Adaäevid! Doktorze Adaäevid!". Okazało się, że pacjentka się wykrwawia. Po raz pierwszy od dawna zaczął się gorąco modlić: "Panie Boże! Ratuj nie mnie, ale tą kobietę". Cudem mu się udało. Gdy zdjął rękawice, wiedział, że już nigdy w życiu nie zrobi aborcji.

Sabotaż przeciwko państwu

Kiedy oznajmił swoją decyzję ordynatorowi, wywołało to zdziwienie. Wcześniej nie zdarzyło się, by w belgradzkim szpitalu jakiś ginekolog odmówił wykonywania aborcji. Zaczęto wywierać na niego presję, by zmienił zdanie. Zmniejszono mu o połowę wypłatę, córkę wyrzucono z pracy, syna oblano na egzaminach wstępnych na studia. Atakowano go w prasie i w telewizji. Pisano, że socjalistyczne państwo dało mu wykształcenie, by mógł wykonywać aborcje, a on uprawia sabotaż. Po dwóch latach nagonki był na skraju wyczerpania nerwowego. Postanowił, że następnego dnia zgłosi się do ordynatora i zmieni decyzję. W nocy przyśnił mu się jednak Tomasz, który poklepał go po ramieniu i powiedział: "Jesteś moim dobrym przyjacielem. Walcz dalej". Nazajutrz rano doktor nie poszedł do ordynatora. Postanowił walczyć. Zaangażował się w ruch obrony życia nienarodzonych. Objeżdżał Serbię z wykładami i prelekcjami na temat aborcji. Dwukrotnie w jugosłowiańskiej telewizji udało mu się pokazać film Bernarda Nathansona "Niemy krzyk", ukazujący przerwanie ciąży na ekranie USG. Dzięki jego inicjatywie na początku lat dziewięćdziesiątych parlament przegłosował ustawę o ochronie życia nienarodzonych. Trafiła ona do prezydenta Slobodana Miloäevicia, który jednak jej nie podpisał. Później zaczęła się wojna i do ustawy nikt nie miał już głowy.
Gdy mowa o wojnie, Adaäevid zamyśla się: - Jak inaczej wyjaśnić tę rzeź na Bałkanach, jak nie odejściem ludzi od Boga i brakiem szacunku dla ludzkiego życia?
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świdectwa lekarzy, pielęgniarek, położnych. 8 lata, 5 mies. temu #934

  • sylka1989
  • ( Moderator )
  • Offline
  • Administrator
  • Posty: 893
  • Oklaski: 35
NAWRÓCENIE AMERYKAŃSKIEJ ABORCJONISTKI

Dr Beverly McMillan cieszy się sławą wspaniałego ginekologa. W pierwszych ośmiu latach swojej praktyki lekarskiej dokonywała również zabiegów przerywania ciąży. Prawda o tym, że są to morderstwa najbardziej niewinnych istot ludzkich, dotarła do niej dopiero pewnego wieczoru w 1977 r. kiedy po skończonym zabiegu przeprowadziła rutynową identyfikację pokrojonych części ciała, a więc rąk, nóg, tułowia i główki. Patrząc na pocięte ciało dwunastotygodniowego dziecka uświadomiła sobie, że to był chłopiec. Przy oglądaniu rączki z pięknym maleńkim bicepsem przyszedł jej na myśl czteroletni synek, który lubił napinać mięśnie i chwalić się nimi. W tym momencie zdała sobie sprawę z tego, że jeszcze przed kilkoma minutami to dziecko żyło, a ona je w okrutny sposób uśmierciła. Z całą mocą dotarła do niej przerażająca prawda: "To ja go zabiłam. Dlaczego ja to robię?"
To była jej ostatnia aborcja. Postanowiła w tym momencie, że nigdy już nie uśmierci nienarodzonego dziecka.

Dlaczego była aborcjonistką? Dlaczego przez prawie 8 lat zabijała bez skrupułów najbardziej bezbronne i niewinne istoty ludzkie?


Po raz pierwszy uśmierciła nie narodzone dziecko w 1969 r. podczas nocnego dyżuru w jednym z chicagowskich szpitali. Kierowała się litością wobec matki, bo nie chciała, aby przeprowadziła zabieg w prywatnym gabinecie. Była przecież świadkiem, że do jej szpitala zgłaszało się wtedy około 15-25 kobiet dziennie z ostrym zapaleniem narządów rodnych spowodowanym niechlujnie wykonanym zabiegiem przerwania ciąży w prywatnym gabinecie pewnego ginekologa. Aborcjonista ten w pośpiechu nie oczyszczał dokładnie macicy po "zabiegu" tylko radził, aby kobiety zgłaszały się do najbliższego szpitala. Kiedy w 1973 r. aborcja została zalegalizowana w całych Stanach Zjednoczonych, dr Beverly odetchnęła z ulgą bo sądziła, że wreszcie zabiegi będą dokonywane w sanitarnych warunkach. Jednak po pewnym czasie bardzo się zawiodła bo okazało się, że problem poaborcyjnych powikłań jeszcze bardziej się pogłębił.

W 1974 r. dr Beverly przeprowadziła się do Jackson Miss. W mieście tym powstała klinika oferująca tzw. bezpieczną aborcję. Jednak tuż przed jej otwarciem powstał problem, ponieważ trudno było znaleźć lekarza, który byłby odpowiedzialny za ten proceder uśmiercania nienarodzonych. W końcu dr Beverly zgodziła się pełnić tę funkcję. Była to pierwsza klinika aborcyjna otwarta w 1975 r. w tym mieście.

Dr McMillan osiągnęła wszystko to, co wydawało się jej potrzebne do szczęścia: piękny i zasobny dom, lukratywną praktykę lekarską. Jednak nosiła w sobie jakiś nieokreślony niepokój i smutek. Była katoliczką, ale od czasu studiów utraciła wiarę i uważała się za agnostyka. Przychodziły stany depresji. W czasie jednej z nich czytała książkę dr. Normana Yincent Peal "Siła pozytywnego myślenia". Przy końcu pierwszego rozdziału autor wymienia dwadzieścia wskazówek, które pomagają przezwyciężyć depresję i osiągnąć radosne i optymistyczne nastawienie do życia. Potrafiła wykonać wszystkie wskazówki z wyjątkiem jednej. Chodziło o to, by przynajmniej dziesięć razy w ciągu dnia głośno powiedzieć: "Panie, Jezu Chryste, tylko dlatego, że umacniasz mnie swoją miłością, mogę osiągnąć wszystko." Tego zdania nie mogła wypowiedzieć. Cały tydzień zmagała się ze sobą aby to uczynić, ale bezskutecznie. Jednak pewnego ranka, jadąc samochodem do pracy, przełamała się i wypowiedziała głośno: "Panie, Jezu Chryste, tylko dlatego, że umacniasz mnie swoją miłością, mogę wszystko osiągnąć." Dr Beverly pisze: "...po wypowiedzeniu tych słów nagle tak mocno odczułam obecność Pana Jezusa, że wybuchnęłam płaczem. Czułam, że moje serce pęka z radości. Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak bardzo błądziłam. Zawsze nosiłam w sobie przekonanie, że jestem dobrą i uczciwą osobą. Idąc za radą autora książki, zaczęłam czytać Biblię. Przeczytanie jej w całości zajęło mi dwa lata."

Po tym pierwszym kroku zbliżenia się do Boga zaczęła uczęszczać na wykłady biblijne, ale w dalszym ciągu sądziła, że aborcja nie jest moralnym złem. Dopiero pamiętnego wieczoru 1977 r. po dokonanej aborcji, gdy patrząc na pocięte ciałko nienarodzonego dziecka przyszedł jej na myśl czteroletni synek, wtedy zrozumiała, że aborcja jest makabrycznym morderstwem najbardziej bezbronnych i niewinnych istot ludzkich. Nie wiedziała, ile setek czy nawet tysięcy aborcji dokonała, ale była pewna, że nigdy więcej już tego nie uczyni. Dr McMillan sądzi, że to Duch Święty otworzył jej umysł i oczy tak, aby w pełni zrozumiała, że przerywanie ciąży jest przerażającą zbrodnią. Przeżycie to zadecydowało, że zrezygnowała z pełnionej funkcji dyrektora i zerwała wszelkie kontakty z kliniką aborcyjną. Włączyła się w działalność grupy lekarzy ruchu obrony życia. Wtedy też sięgnęła po książkę dr. Bernarda Nathansona "Aborting America" . Ten światowej sławy profesor, specjalista z dziedziny ginekologii, położnictwa i bioetyki, w latach 60. był przywódcą amerykańskiego ruchu prokreacyjnego, które doprowadziło w 1973 r. do zalegalizowania w USA aborcji na życzenie. Dopiero intensywne badania naukowe ludzkich płodów przy pomocy najnowszej aparatury pozwoliły mu obserwować dziecko w łonie matki jak oddycha, ssie swój kciuk, przełyka, oddaje mocz, a nawet śni. Jak sam pisze, dopiero dane naukowe uświadomiły mu, "że życie ludzkie zaczyna się od poczęcia - zapłodnienia, i od tego momentu mamy do czynienia z osobą ludzką. Nie ma żadnego miejsca w macicy, w którym mogłoby dojść do zmiany czegoś, co nie jest osobą, w osobę. Nie ma żadnej nagłej zmiany w czasie rozwoju wewnątrzmacicznego i dlatego życie jest nieprzerwanym ciągiem od swojego początku aż do końca. Ludzki płód jest człowiekiem bezbronnym i dlatego musi być chroniony. Zrozumiałem, że życie to nie tylko materia, i że nie my jesteśmy szafarzami życia... Przerwanie ludzkiego życia w tym stadium rozwoju to makabryczna zbrodnia."

Lektura książki "Aborting America" była dla dr Beverly wielkim duchowym wstrząsem który sprawił, że odtąd wszystkie swoje siły oddała na rzecz ratowania dzieci nienarodzonych.

W 1990 r. dr McMillan przeżyła głęboko śmierć swego ojca, katolika. Wspomina: "...było nas sześcioro rodzeństwa. Niestety, na pogrzebie nikt z nas nie mógł przystąpić do Komunii św. za wyjątkiem naszej mamy. Wtedy pomyślałam sobie, że potrzebuję więcej siły i duchowej mocy. Wiedziałam, że mogłam ją znaleźć tylko w Eucharystii. Wtedy podjęłam decyzję i po 30 latach poszłam do spowiedzi. Przygotowałam się do niej opierając się na Dekalogu. Była to spowiedź generalna z całego życia. Płakałam, doświadczając ogromu Bożego Miłosierdzia. Bóg był wierny mimo mojej niewierności. Czułam, że to mój ojciec wymodlił moje nawrócenie modląc się o to każdego dnia rano, w południe i wieczorem."

Od tego czasu dr McMillan codziennie, przed pójściem do pracy, uczestniczy we Mszy św. o godz. 6 rano. Przynajmniej raz na miesiąc korzysta z sakramentu pokuty. Jako katoliczka odkryła radość bycia we wspólnocie Kościoła, gdzie odnajduje pełnię prawdy oraz miłość Chrystusa w darze siedmiu sakramentów.

Dr McMillan opiekuje się kobietami ciężarnymi, które zrezygnowały z aborcji na skutek działalności ruchu obrony życia. Nie przepisuje swoim pacjentom środków antykoncepcyjnych ani nie kieruje nikogo do sterylizacji. Tłumaczy, że antykoncepcja wynika z błędnego nastawienia do rzeczywistości. "Jeśli stosujesz antykoncepcję, to oznacza, że nie doceniasz tego wielkiego daru jakim jest płodność, że nie akceptujesz siebie takim, jakim zostałeś lub zostałaś stworzona. Stosując antykoncepcję działasz przeciwko prawu natury, przeciw Bogu i sobie samemu."

Pytana, jak sobie radzi z ciężarem win z przeszłości, odpowiada:
"Bóg sobie z nim poradził. Jego Miłość przezwycięża każdy grzech. Tylko trzeba Bogu zaufać w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. Ciężar moich win powierzałam Bogu wielokrotnie na spowiedzi, a także mówiłam ludziom o mojej aborcyjnej przeszłości w publicznych wystąpieniach. Mam również okazję i szansę, żeby moje winy wynagrodzić, pomagając kobietom ciężarnym. Niedawno przyszła do mojego gabinetu nastolatka, która została zgwałcona i była już w 26 tygodniu ciąży. Była zdecydowana poddać się aborcji, jednak w ostatniej chwili zgłosiła się do mnie po radę. Po rozmowie zmieniła zdanie, zrozumiała, że dziecko żyjące w jej łonie nie jest winne krzywdy, którą wyrządził jej gwałciciel. Na koniec wspólnie modliłyśmy się, a z oczu popłynęły łzy radości z ocalenia jeszcze jednego niewinnego dziecka."

Pani dr McMillan przechowuje zdjęcia setek dzieci, które uratowała od śmierci przez cierpliwą i wytrwałą rozmowę z zagubionymi matkami.



KOCHAJMY ŻYCIE OD MOMENTU POCZĘCIA

Chciałbym podzielić się świadectwem miłości, jaką ofiarowała swojemu dziecku moja młodsza siostra. Dedykuję je wszystkim, którzy nie przyjęli nowego życia, jako daru od Boga. Dedykuję tym wszystkim, którzy uważają, że człowiekiem stajemy się od momentu narodzenia, a nie od poczęcia. Dedykuję tym, którzy twierdzą, że aborcji należy dokonywać, jeżeli poród zagraża życiu matki.

Cała moja rodzina mieszka na terenie Białorusi, z pochodzenia jesteśmy Polakami. Problem aborcji we wszystkich byłych republikach Związku Radzieckiego w zasadzie nie istnieje. Zabieg przerwania ciąży stawia się na równi z rozgnieceniem muchy na szybie. To nic wielkiego, przecież to nie morderstwo! Prawo zezwala, a więc jest przyzwolenie. System zrobił swoje! W ramach dygresji - w Polsce też zrobił swoje, a i tak tęsknią niektórzy za jego powrotem. Ciekawe, o ile mniej się nas będzie rodzić?

Siostra moja już od dzieciństwa miała problemy zdrowotne. Szczególnie dokuczały jej nerki. Może i częste choroby, jakie przechodziła, przyczyniły się do tego, że wybrała zawód pielęgniarki. Moja siostra jest osobą radosną i pełną pogody ducha. Pamiętam jej radość i szczęście, kiedy to w 1993 roku wychodziła za mąż. Przyznam, że trochę się o nią bałem, miała dopiero 20 lat, więc zastanawiałem się, czy to nie za wcześnie. Czy podoła trudnej roli matki i żony. Przecież życie jest takie ciężkie w biednej Białorusi, tutaj niewiele się zmieniło i nadal z trudem starcza środków na życie.

Od dnia ślubu siostry minęły trzy lata. Niestety przez ten czas nie widywałem jej często, kontynuowałem bowiem studia teologiczne w Polsce.

Ciąża Aliny była bardzo trudna. Schorowane nerki szybko zaczęły dawać znać o sobie. Musiała być hospitalizowana. Po powrocie do domu zastała ją śmierć kochanej babci. Przeżyła ją tak bardzo, że podczas pogrzebu doznała nagłego pogorszenia stanu zdrowia. Bardzo wysoka temperatura, ból nerek, nóg, oczu i w końcu głębokie omdlenie, spowodowały, że siostra ponownie trafiła do szpitala. Tam lekarz dyżurny zapytał wprost mamę, która pojechała wraz z Aliną, kogo ma ratować: córkę czy jej dziecko. Przez całą noc pytanie to nie dawało spokoju naszej mamie. Po długiej modlitwie i głębokim przemyśleniu sytuacji, mama przypomniała sobie o znajomym doktorze, który zapewne starałby się pomóc obojgu pacjentom.

Tymczasem w szpitalu lekarz rozpoczął przekonująco namawiać moją siostrę na dokonanie zabiegu aborcyjnego. Swój wywód zakończył jednym zdaniem: "Jeśli nie zgodzisz się na zabieg, nie będę się zabierał za leczenie, nie chcę ryzykować i bawić się twoim życiem, młoda damo". Potem rozpoczęły się przekonywania pielęgniarek: "Sama zginiesz i będziesz miała kalekie dziecko.", "Kto ci wydał dyplom pielęgniarki, skoro tak postępujesz?", "Jesteś młoda, dużo jeszcze będziesz miała dzieci, ratuj najpierw siebie."

Uparte "nie" siostry doprowadziło cały personel do złości i wręcz szału. Alina odmówiła również brania leków przeciwbólowych, do czasu przybycia znajomego lekarza.

Płakałem, gdy czytałem list naszej mamy, w którym pisała: "...Weszłam do sali, gdzie leżała Alinka, tak że ona mnie nie widziała. Głaskała swój brzuszek i przez łzy bólu mówiła do dziecka: «...Kochanie, widzisz mama też cierpi, proszę uwierz, wszystko będzie dobrze...»".

Wszystko zakończyło się rzeczywiście dobrze. Po przybyciu znajomego lekarza rozpoczęło się leczenie w niewielkim stopniu farmakologiczne. Za trzy miesiące Alina urodziła zdrową i piękną córeczkę Marysię.

Po pewnym czasie napisała do mnie: "Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym straciła to dziecko. Cały czas prosiłam Boga, aby ono mogło narodzić się zdrowe i normalne."

Dzisiaj Marysia ma już dwa latka, jest pogodnym i radosnym dzieckiem. Wszyscy się nią bardzo cieszymy. Jest również bardzo zdolna i inteligentna np. umie na pamięć cały pacierz.

W czasie mojego ostatniego pobytu w domu rodzinnym Alina powiedziała do mnie: "Zobacz, gdybym wtedy posłuchała ludzi i medycyny, to nie byłoby wśród nas Marysi."

Dziękuję Bogu za to, że tak hojnie obdarzył moją siostrę wiarą, nadzieją i miłością. Bardzo kocham Alinę i jej dziecko. Są dla mnie wzorem przezwyciężenia cierpień i nadziei, wbrew wszelkiej nadziei.



CHCIAŁAM ZABIĆ WŁASNE DZIECKO

Ta historia zaczęła się w maju 2000 roku, kiedy mój lekarz stwierdził, że jestem w ciąży. To było jak grom z jasnego nieba, dla mnie i dla lekarza. Miałam już troje dzieci w wieku 15, 13 i 9 lat. Podczas ostatniego porodu omal nie umarłam wraz z dzieckiem i lekarz powiedział, że nie powinnam już mieć więcej dzieci, bo każdy następny poród będzie zbyt dużym obciążeniem dla mojego organizmu (przy dwu pierwszych porodach miałam krwotoki, trzeci po 25 godzinach odbył się poprzez cesarskie cięcie, a lekarze wiele godzin ledwo utrzymywali mnie przy życiu).
Założyłam sobie spiralę. Po pięciu latach następną. Na badaniu kontrolnym powiedziałam, że opóźnia mi się miesiączka. Dostałam zastrzyki na jej wywołanie. Nie poskutkowały. Lekarz zrobił mi USG i stwierdził ciążę. Płakałam w gabinecie, a mój lekarz "nie mógł mi spojrzeć w oczy" - jak to sam powiedział i zaproponował mi aborcję gratis, bo przez jego niedopatrzenie byłam w niechcianej ciąży.
Nasza sytuacja materialna nie była dobra, ciasnota w domu, syn od września miał uczyć się w technikum (co wiązało się z dodatkowymi wydatkami), młodszy kończył przygotowania do I Komunii św. Utrzymywaliśmy się tylko z poborów męża, a tu trzeba będzie kupić wyprawkę, łóżeczko, pieluchy, wózek, no i mleko - bardzo drogie, ja nigdy nie karmiłam dziecka własnym mlekiem, bo nigdy go nie miałam.
Kiedy usłyszałam propozycję bezpłatnej aborcji, ucieszyłam się i uspokoiłam. Miałam zgłosić się za tydzień do szpitala. W drodze do domu uspokajałam sumienie - będzie dobrze, przecież to dopiero siódmy tydzień, zlepek bezkształtnych komórek. Wieczorem powiedziałam o wszystkim mężowi. Bardzo się zmartwił, a kiedy usłyszał o aborcji stanowczo się temu sprzeciwił. Krzyczałam, że to ja będę "nosiła brzuch" i rodziła w tych okropnych bólach, że mogę umrzeć, że nic go to nie obchodzi, bo cały ciężar wychowywania dzieci spoczywa na mnie, że mam już 36 lat i nie chcę znów powracać do pieluch. Wtedy on spokojnie powiedział: - Zanim wyszłaś za mnie, modliłaś się podczas pielgrzymki na Jasną Górę o syna-księdza, być może to jest ten syn. Ten argument zamknął mi usta. Nie spałam całą noc, tylko myślałam. Nad ranem postanowiłam ciążę usunąć, a mężowi powiedzieć, że poroniłam. Ta myśl mnie uspokoiła.
Następnego dnia przed pójściem z synem na katechezę przedkomunijną sortowałam rzeczy do prania. W koszu na brudną odzież znalazłam mój medalik. Stwierdziłam, że zdejmując bluzkę dwa dni temu musiałam go oderwać tak, że nawet tego nie zauważyłam, bo sam łańcuszek dalej wisiał na szyi. Na medaliku z jednej strony jest wizerunek Jezusa Miłosiernego z napisem Jezu ufam Tobie, z drugiej - podobizna siostry Faustyny. Poszliśmy z synem na katechezę. W kościele ksiądz zaczął śpiewać pieśń Kiedyś, o Jezu chodził po świecie i przy trzeciej zwrotce Kto by u siebie dziecię przyjmował... doznałam jakby porażenia. Uklękłam i zaczęłam płakać. Przepłakałam całą Mszę św. - Co ja chciałam zrobić - myślałam - Chciałam zabić nasze dziecko, uciszając sumienie złym stanem materialnym, niewygodą, swoim wiekiem. Chciałam zabić dziecko, które ma już i ciało i duszę, tak samo jak to, które za kilka dni przystąpi do I Komunii św. Jak mogłabym "spojrzeć w twarz" Jezusowi. Zgubiłam medalik i od razu "zgubiłam" sumienie.

Parę tygodni później przeczytałam w "Miłujcie się", że spirala nie zapobiega ciąży, ale jest środkiem poronnym. Tu się zaczął mój koszmar. Cały czas myślałam tylko o tym, ile dzieci już zabiłam i jak silne musi być to, które noszę pod sercem, skoro pokonało tyle "zamachów". Po spowiedzi św. trochę się uspokoiłam, ale w sercu wciąż czułam odrazę do samej siebie. Uderzyła mnie ta prawda o Bogu, że dla Niego wszystko jest możliwe. Obdarował mnie wielkim darem, chociaż ja robiłam wszystko, by go nie przyjąć.

Od dnia, w którym zdecydowałam, że urodzę to dziecko, codziennie modliłam się na koronce do Miłosierdzia Bożego, prosząc by dziecko urodziło się zdrowe. Mój synek przyszedł na świat w grudniu 2000 roku. Urodził się bez żadnych komplikacji - naturalnie, przy niewielkich bólach - zdrowy i piękny. Przywitałam go łzami, ucałowałam, zrobiłam znak krzyża na czole i szepnęłam: Wybacz mi, synku.

Mój cudowny skarb skończył już rok. Uwielbiamy go wszyscy i bardzo kochamy. Rozwija się wspaniale, biega po domu, śmieje się głośno i mówi mama, a wtedy serce kurczy mi się z żalu, że mogłam go nie urodzić. Wszystko, co zdarzyło się od chwili, kiedy podjęłam decyzję o narodzinach syna, jest dla mnie cudem od Boga. Choć jest nam ciasno i brakuje pieniędzy, znaleźli się ludzie, którzy najpierw modlili się za nas, a potem ofiarowali nam ubranka, łóżeczko, wózek, nawet zabawki. Cudem jest też to, że wciąż mam pokarm w piersiach i karmię mojego synka bez żadnych przeszkód.
I myślę sobie, że Jezus wystawił mnie na próbę, zaufałam Mu i jestem szczęśliwa. Uratował moje dziecko, uratował mnie.

Anonim
Wieczny odpoczynek racz im dać Panie a światłość wiekuista niechaj im świeci, a dusze wiernych zmarłych niech odpoczywają w pokoju szczególnie tych co z nikąd nie mają pomocy Amen

Maria Simma

Dusze czyśćcowe mówią, że wielu ludzi dostaje się do piekła, ponieważ za mało ludzi modli się za nich. Przez odmawianie rano i wieczorem poniższej modlitwy odpustowej, wiele dusz uratować można przed potępieniem. Simma widziała pewnego razu takie dusze, których losy ważyły się między piekłem i czyśćcem.

O Najłaskawszy Jezu, miłośniku dusz, błagam Cię przez konanie Najświętszego Serca Twego i przez boleści Matki Twej Niepokolanej, obmyj we Krwi swojej grzeszników całego świata, którzy teraz konają i dziś jeszcze umrzeć mają. Serce Jezusa konające, zlituj się nad konającymi. Serce Maryi pod krzyżem omdlewające, módl się za umierającymi. Amen





Strona o Czyśćcu bardzo polecam i zapraszam ;

czysciec.npx.pl/news.php
Ostatnio zmieniany: 8 lata, 5 mies. temu przez Faustyna.
Za tę wiadomość podziękował(a): Faustyna
  • Strona:
  • 1
Wygenerowano w 1.98 sekundy