Home
Witamy, Gościu
Nazwa użytkownika Hasło: Zapamiętaj mnie

Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji!
(1 przeglądających) (1) Gość
  • Strona:
  • 1

TEMAT: Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji!

Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji! 9 lata, 8 mies. temu #670

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Aborcja boli na zawsze

To było 10 lat lemu. Zaszłam w ciążę. Byłam rozwiedziona i faktycznie samotna. Pierwszą moją reakcją była panika. Miałam już 4-letnią córkę, pracowałam tylko dorywczo, więc niewiele zarabiałam. Ojciec dziecka, kiedy się dowiedział, że jestem w ciąży, wycofał propozycję małżeństwa. Byłam bez środków do życia, bez ubezpieczenia i nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy...

Kiedy zwracałam się do znajomych, każdy mi mówił coś innego: „Z czego się utrzymasz przy twoich zarobkach?”, „Przecież masz już jedno dziecko do wyżywienia”, „Z czego zapłacisz za poród i pobyt w szpitalu?”... Miałam okropny zamęt w głowie, nikt mnie nie wsparł, nie przytulił, nie zapytał, co czuję. A wystarczyłaby choć odrobina miłości czy wsparcia...

Znajoma, która 25 lat wcześniej poddała się nielegalnej aborcji, pierwsza podsunęła mi to rozwiązanie: „Przecież teraz aborcja jest już legalna i »bezpieczna«”. I choć ona sama na skutek aborcji nie mogła mieć dzieci, bardzo mnie do niej namawiała. Czułam się jak w potrzasku. Nie było czasu na myślenie...

Byłam kompletnie zdezorientowana i ogłupiona, nie wiedziałam, co robić. W tej sytuacji moi znajomi postanowili się zająć wszystkim sami. Czułam się jak ktoś patrzący na to wszystko z zewnątrz, jakby to w ogóle mnie nie dotyczyło, jakby chodziło o kogoś innego... Nie oskarżam teraz nikogo, oni po prostu robili to, co uważali za najlepsze. Dlatego teraz wiem, że tak ważne jest, by ludzi uczyć i uświadamiać w tym, co naprawdę jest dobre!

Znalazłam się w Cleveland, u znajomych, którzy zawieźli mnie do kliniki aborcyjnej. Moje serce mówiło mi wtedy, że robię źle, jednak rozsądek tłumaczył to, do czego namawiali inni.

Zostałam sama w klinice. Wzięto ode mnie 200 dolarów, poddano testowi ciążowemu i przydzielono metalową szafkę, taką jak na pływalni. Dostałam papierową jednoczęściową piżamę. Wszystko wokół było zimne, personel zachowywał się w sposób mechaniczny i formalny. Żadnego współczucia, żadnego wsparcia... Jak w jakiejś fabryce. Kazano mi czekać na wywołanie w małej poczekalni. Potem przeprowadzono mnie do innego pomieszczenia, kazano położyć się na stole i włożyć stopy w coś w rodzaju strzemion. Wszystko było tak zimne, że miałam dreszcze. Jeszcze nigdy tak się nie bałam i nie byłam taka samotna. Okazało się, że zabieg, który miał być bezbolesny, wcale taki nie był. Kiedy wyrywano ze mnie dziecko, ból stał się tak nieznośny, że z oczu popłynęły mi łzy. Kazano mi leżeć spokojnie i obiecywano, że „to zaraz się skończy”. Po aborcji kazano mi przejść do innego pokoju, gdzie pozwolono mi położyć się na pół godziny, po czym kazano wstać i pójść. Poszłam do szafki i ubrałam się. Miałam się zgłosić do lekarza rodzinnego za sześć tygodni. Zapytałam, czy mogę zadzwonić po kogoś. Odpowiedziano, że szpital nie ma telefonu na użytek pacjentek i że mogę zadzwonić z budki na zewnątrz.

Wyszłam na ulicę. Był zimny, listopadowy dzień. Kiedy czekałam przed kliniką na samochód, byłam zmarznięta, czułam nudności, zawroty głowy, samotność i pustkę. Podjechała po mnie znajoma ze swoją przyjaciółką. Jechały właśnie na lunch do restauracji, więc byłam zmuszona im towarzyszyć. Chciałam po prostu z kimś być. Po dwóch dniach ktoś ze znajomych odstawił mnie z powrotem do domu i dosłownie zostawił przed drzwiami mieszkania... Ciekawe, że tyle osób było gotowych, żeby mi doradzać przed aborcją, a po wszystkim zostałam kompletnie sama...

Wszystko, co nastąpiło później, przypominało bardziej koszmar niż rzeczywistość. W nocy śniło mi się moje własne, zabite dziecko... Zaczęłam pić, doszłam do pięciu butelek alkoholu tygodniowo. Czasem nie jadłam przez kilka dni, a potem, zmusiwszy się do jedzenia, wymiotowałam wszystko, co wcześniej zjadłam. W końcu poszłam do lekarza i okazało się, że po aborcji wdała się infekcja dróg rodnych. Lekarz zaczął mnie leczyć, lecz nic nie skutkowało. Kiedy opowiedziałam mu o nocnych koszmarach i o moim rozstrojeniu nerwowym, zapisał środki uspokajające. Żadnej pomocy, żadnej rady – po prostu tabletki...

Brałam tabletki uspokajające na noc, żeby móc spać, i tabletki pobudzające na dzień, żeby się jakoś trzymać. Cztery razy świadomie przedawkowałam, próbując się zabić. Nie sądzę, żebym naprawdę chciała wtedy umrzeć, po prostu chodziło o to, żeby mną się ktoś zajął, wysłuchał, wsparł. Chciałam, żeby to cierpienie się wreszcie skończyło. Lekarz próbował leczyć poaborcyjną infekcję coraz to nowymi sposobami, ale bez skutku. Zmieniałam lekarzy jednego po drugim i w końcu musiałam się poddać operacji chirurgicznej, bo infekcja uszkodziła szyjkę macicy. Na krótko poczułam się lepiej.

W końcu poznałam mężczyznę, który dzisiaj jest moim mężem. Dzięki jego miłości i wsparciu zaczęłam swoje życie jakoś składać na nowo. Razem zaczęliśmy chodzić do kościoła, gdzie wreszcie spotkałam Chrystusa, mojego Zbawcę. On bez zwłoki przebaczył mi to, co zrobiłam, ale upłynęło wiele czasu, zanim byłam zdolna wybaczyć sama sobie. Po długim okresie duchowej śmierci i doświadczenia prawdziwego piekła powróciłam wreszcie do życia. Fizyczne skutki aborcji dawały jednak ciągle znać o sobie: spadek odporności, ciągle nowe infekcje, guzki, endometrioza... W końcu lekarze stwierdzili, że wyleczenie jest niemożliwe, i dlatego byłam zmuszona poddać się operacji usunięcia macicy. Po 10 latach zapłaciłam wreszcie swój „rachunek” za aborcję.

Kiedy spoglądam wstecz, myślę, że jeśli wtedy znalazłabym wokół siebie miłość, zrozumienie i wsparcie, a przede wszystkim rzetelną znajomość faktów związanych z aborcją, nigdy bym się na nią nie zdecydowała. Aborcja boli, boli już na zawsze. Sądzę, że stowarzyszenia kobiet, które poddały się aborcji, powinny być dużo głośniejsze. Mamy prawo ostrzegać przed tym bólem.

A świadomość, że miliony kobiet przeżywają ten sam koszmar, który ja przeszłam, rozdziera mi serce.

Carolyn
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji! 9 lata, 8 mies. temu #671

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Dokonałam aborcji

Witam. Chciałbym podzielić się z Wami moją historią ... Dokonałam aborcji. Nie mogę sobie poradzić z ty co zrobiłam. Proszę pomóżcie mi. Czuję się bezwartościową i bezduszną kobietą, która zabiła życie jakie nosiła w sobie... Nie miałam wyjścia, musiałam to zrobić. Tak mi się wydaje ... oto moja opowieść.

Na początku sierpnia tego roku zaczęłam spotykać się z mężczyzna,z którym znałam się od dwóch lat, ale odrzuciłam jego uczucie, bo w tamtym czasie spotykałam się z żonatym mężczyzną. Żałowałam tego, nosiłam uczucie do niego przez dwa lata w sercu. I pod koniec lipca rozstałam się z Mario (tym żonatym). Darek rozstał się z obecną kobietą, z którą się spotykał. Daliśmy sobie szansę. Pojechaliśmy nad morze na kilka dni we dwoje z moją córką. I tak rozpoczęła się nowa era w naszym życiu. Byliśmy szczęśliwi, byliśmy razem. Pasujemy do siebie, mamy te same priorytety w życiu, pogląd na wiele spraw. Kochamy się... I tak ta sielanka trwała do moich urodzin, właściwie przed dzień moich urodzin. Darek przyjechał, zrobił mi niespodziankę, byłam taka szczęśliwa że jest... Zrobiłam kawkę, usiedliśmy na kanapie, nagle Darek stwierdził, że wszystko się skomplikowało, że życie jest zaskakujące itd.... usłyszałam - Ona jest w ciąży!!. Moje serce jakby pękło... nie mogłam zebrać myśli... świat się zawalił... nie wiedział co zrobić, jak postąpić... mnie kocha, chce być ze mną, ona spodziewa się jego dziecka. To były NAJGORSZE URODZINY W MOIM ŻYCIU!!!

Zdecydował, że zostanie ze mną, że wybierze miłość, ale uzna dziecko, pomoże w wychowaniu, będzie łożył na utrzymanie. Ja zdecydowałam, że będę go wspierać, będę z nim - przecież go KOCHAM. Życie płynęło dalej... pozornie spokojnie, choć gdzież ta sytuacja deprawowała nas oboje. Pewnego dnia, źle się poczułam, i przez kolejne trzy dni również... Zrobiłam test ciążowy. Okazało się że JESTEM W CIĄŻY. JA też jestem w ciąży. Z mężczyzną którego kocham, któremu pragnęłam urodzić dziecko.

Powiedziałam mu o tym. Zamilkł... Na drugi dzień pojechałam do niego już z usg maluszka (płaczę jak to piszę). Nie poruszaliśmy tematu aborcji. Chciałam urodzić to dziecko, JEGO dziecko, NASZE dziecko. Choć nasza sytuacja finansowa była złej kondycji, moje plany z pójściem do pracy legły w gruzach (po 7 latach zamknęłam firmę, stałam się osobą bezrobotną). Posiadałam dwa kredyty na łączną sumę 2100 tyś. miesięcznie. Ale wrócę do mojej wizyty - był inny milczący...

Zapytałam czy myślał, aby wziąć ślub ze mną, gdyż mam już córkę ze związku bez ślubu. Nie chciałam urodzić następnego dziecka jako panna. Powiedział, że papierek do niczego nie jest potrzebny... przemilczałam to, nie lubię nikogo do niczego zmuszać.... przez kilka następnych dni rozmawialiśmy telefonicznie co dalej, planowaliśmy nasze życie... jednak on nikomu o mojej ciąży nic nie powiedział. Byliśmy na niedzielnym obiedzie u jego rodziców, źle się czułam, miałam mdłości, on milczał... więc wieczorem spytałam, czy nie byłoby lepiej, gdybym usunęła to dziecko. Przez łzy z zaciśniętym gardłem powiedziałam to ...Usłyszałam, że on o tym myślałam, ale nie wiedział jak mi o tym powiedzieć. Zabolało... serce krwawiło. Podjęliśmy decyzję, że nie urodzę tego dziecka. Z powodów finansowych. Ja zamknęłam firmę, zostałam osobą bezrobotną, szukałam pracy, z kredytem hipotecznym na karku. On z alimentami na syna z pierwszego małżeństwa i przyszłe alimenty na dziecko, które miała urodzić tamta kobieta i kredytem hipotecznym, bo kupił mieszkanie. Biłam się z myślami, ale znalazłam lekarza, który to zrobi.

Wizyta była umówiona. Starałam się nie myśleć o tym, choć cały czas zadawałam sobie pytanie czy dobrze robię. Ale nie chciałam go uszczęśliwiać na siłę. Nie chciałam postawić go w takiej sytuacji jak tamta kobieta. Ale ona będzie miało z nim dziecko, a ja muszę ze swojego zrezygnować, co to za sprawiedliwość. Dzień przed przyjechał, przywiózł pieniądze, nie rozmawialiśmy w ogóle. Odwiózł mnie, siedziałam w samochodzie, chciałam aby mnie zatrzymał, powiedział nie rób tego damy sobie radę. Usłyszałam tylko- "bądź dzielna". Wysiadłam. Po kilku godzinach było po. Zadzwoniłam do niego. Zapytał jak się czuję? a jak ja mogłam się czuć!!! Nie chciałam o tym rozmawiać. Co noc płakałam, nie mogłam zasnąć, wciąż cierpię na bezsenność. Mam dziwne sny... nie potrafię sobie tego wybaczyć, wciąż myślę o tym, że ona urodzi mu dziecko, a ja swoje... usunęłam. Ostatnio chciałam o tym porozmawiać, bo psychicznie jest mi ciężko. Poruszyłam ten temat, a on, że to była moja decyzja, że ja mu to tylko zakomunikowałam.

Jak mógł, to była moja najważniejsza decyzja w życiu, najcięższa. Poza tym, że mieliśmy o tym nie rozmawiać. Mam do niego żal. Do siebie również. Jak ja mogłam to zrobić. Kocham go mimo wszystko, chcę z nim być, ale z drugiej strony jeśli on nie chciał tego dziecka ze mną, to co nas łączy. Jaka przyszłość czeka nasz związek. Po za tym oznajmił mi, że od kwietnia wszystko się zmieni bo ona urodzi. Ale co ma się zmienić, ustali odwiedziny dziecka, będzie płacił alimenty. Ostatnio zadzwoniła i prosiła, żeby się z nią spotkał, bo trzeba kupić wózek. A ja poczułam ból w sercu. Poczułam, że moje uczucia się nie liczą.

Co ja mam o tym wszystkim myśleć, jak poradzić sobie z bólem po stracie dziecka, nosiłam je w sobie, było częścią mnie. Proszę o pomoc! Jak ja mam postąpić? Nie mogę sobie poradzić, że to zrobiłam, może powinnam urodzić je bez względu na wszystko? Często tę całą sytuację analizuję.
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji! 9 lata, 8 mies. temu #672

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Tak bardzo chciałabym cofnąć czas

Mam 23 lata i chciałam podzielić się z Wami swoją historią. Jestem zaręczona z człowiekiem, którego bardzo kocham. Do niedawna walczyliśmy z jego depresją, był pod stałą opieką psychiatry, przyjmował leki, na szczęście wyszliśmy na prostą. Jestem na ostatnim roku studiów, pracuję, mój partner jest na drugim roku studiów.

W minione wakacje tydzień przed spodziewanym okresem zrobiłam test ciążowy. Byłam jakaś taka dziwnie spokojnie, miałam inne spojrzenie, błyszczały mi włosy - jednym słowem patrzyłam na siebie w lustro i miałam wrażenie, że rodzi się we mnie nowe życie. Wynik testu: grube dwie kreski. Wynik kolejnego testu również pozytywny. Ze zdenerwowania i ze stresu dostałam gorączki, natychmiast miałam odruch wymiotny.Przez kolejne dni jadłam tylko suchary, na wszystko inne miałam odruch wymiotny, mimo że przed zrobieniem testu czułam się fantastycznie. Badanie BETA potwierdziło ciążę, lekarz również.

W głowie kotłowało się tysiąc myśli, od razu pokochałam to dziecko, gładziłam brzuch, ale i potwornie się bałam. Sytuacja mnie przerażała - brak stabilizacji finansowej, dopiero zaczęłam nową prace na umowę zlecenie, nie przysługiwały mi żadne świadczenia, na moich oczach zwolniono z pracy dziewczynę w 8 miesiącu ciąży. Mama i siostra na wieść o ciąży doradziły usunięcie - chłodno skalkulowały cenę utrzymania dziecka, brak pracy partnera, mój ostatni rok studiów. Generalnie roztaczano przede mną wizję zmarnowanego życia.

Czułam się jak zwierze zaszczute w klatce, tak bardzo potrzebowałam wsparcia matki...gdyby chociaż przez moment powiedziała mi, dodała otuchy, że damy sobie radę, że będzie ciężko, ale miłość wszystko pokona. Zamiast tego skłóciła mnie z narzeczonym, wywiozła do domu i zamówiła wizytę u znajomego lekarza, który miał przeprowadzić zabieg. Sama w tym czasie poszła na spacer. Narzeczony zabrał mnie stamtąd, nie wyraził zgody na zabieg, zawiózł mnie do swojej rodziny...

Wyciszyłam się tam, moja przyszła teściowa wspierała mnie, wysłuchała, utwierdzała w przekonaniu, że jakoś to będzie. Jedna myśl nie dawała mi spokoju: jak to będzie... Narzeczony rzuci studia by zapewnić nam byt, wyjedzie zapewne do pracy za granicę, zostanę tu sama, do tego matka, która przekonywała o słuszności zabiegu...

Zamówiłam zestaw tabletek poronnych. Stało się. Usunęłam. Dziś dowiedziałam się, że moja znajoma urodziła córkę...

Tak strasznie mi ciężko... Źle mi z samą sobą, źle mi ze swoim życiem. Zawaliłam się pracą i studiami, pisaniem pracy mgr, ale gdy przychodzi wieczór... Do tego mam jakiś żal do partnera. Czy istnieje sposób na cofnięcie czasu?



Żałuję, że dokonałam aborcji...

Witam. Chciałabym opisać moją historię, jak z idealnego życia wpadłam prosto w głęboką depresję i popełniłam nieudaną próbę samobójczą. Ku przestrodze, aby niektóre decyzje przemyśleć 2 razy...

Wszystko zaczęło się jesienią zeszłego roku. Od prawie 5 lat miałam chłopaka. Poznaliśmy się kiedy jeszcze byłam w gimnazjum. To z nim przeżyłam swój pierwszy raz. Kochałam go ponad życie. Od kiedy pamiętam nie miałam nigdy problemów z facetami, zawsze uważana byłam za duszę towarzystwa i choć jestem osobą zakompleksioną wszyscy mówili mi, że jestem naprawdę ładna. Mój związek z Michałem od początku nie był usłany różami. Musieliśmy pokonać wiele przeciwieństw, aby być razem, jednak to miłość zawsze zwyciężała.

Rok 2008 zaczął się dla nas dosyć ciężko. W styczniu zaczęliśmy się odsuwać od siebie coraz bardziej. Nasze towarzystwa nie znosiły się (różnica klubów), więc zaczęliśmy imprezować oddzielnie. Wtedy poznałam Roberta. Zauroczyłam się totalnie, jednak nie chciałam dopuścić nowego uczucia do siebie. Walczyłam z tym, ale ciekawość wygrała. Zaczęłam spotykać się z Robertem potajemnie, nadal będąc w związku z Michałem. Po tygodniu kłamstw już nie chciałam więcej go oszukiwać, więc zerwałam z Michałem....

Jednak spotkania z Robertem skończyły się równie szybko, jak zaczęły. Od początku słyszałam dużo niedobrego na jego temat, jednak łudziłam się, że ludzie są po prostu zazdrośni o moje szczęście. Tu pojawia się błąd nr 1 - jeśli wszyscy przyjaciele mówią Ci, że on jest zły to widocznie coś w tym jest... Niemal każdego dnia dobierał się do mnie, a moje "nie" tylko go drażniło. Po 3 tygodniach spotkań najzwyczajniej poznał nową dziewczynę i przestaliśmy się spotykać. Przeżyłam to dość mocno, bo nigdy wcześniej nie miałam żadnej porażki jeśli chodzi o mężczyzn, a Robert zawrócił mi w głowie.

Postanowiliśmy z Michałem dać sobie kolejną szansę. Po wybaczeniu przeżywaliśmy drugą "młodość" w naszym związku. Sielanka trwała przez 2 miesiące.Na początku kwietnia wyjechałam na wakacje do USA, aby odwiedzić kuzynkę. Każdy dzień mojego pobytu opierał się na ogromnej tęsknocie. 3 miesiące przeżyłam ciężko, chociaż kraj bardzo mi się podobał. Po powrocie do Polski pierwsze dni były jak bajka. Jednak po czasie zaczęłam dowiadywać się od "życzliwych" znajomych, że mój chłopak wcale nie był, aż taki święty, kiedy byłam za granicą... Okłamywał mnie, że np. idzie na imieniny do babci, a tak naprawdę bawił się z koleżankami na imprezie...

Takich małych kłamstw, które wyszły po czasie było więcej. Tu nadszedł nasz kolejny poważny kryzys... W końcu Michał musiał pójść do wojska. Kiedy wyjechał bardzo za nim tęskniłam, jednak widzieliśmy się co tydzień. Po przysiędze zauważyłam, że bardzo zaczął się zmieniać... Zrobił się chamski, nieprzyjemny i ciągle starał się ze mnie naśmiewać. Mieliśmy nawet poważną rozmowę na ten temat, ale zawsze stawało na tym, że postara się zmienić. Pewnego dnia wraz z koleżanką pojechałyśmy do znajomej, która zaprosiła nas z okazji dostania nowej pracy kelnerki w pubie. Usiadłyśmy przy stoliku, zaczęłyśmy rozmawiać, kiedy z kuchni wyłonił się...Robert. Nie widziałam go od jakichś 8 miesięcy. Kiedy mnie zobaczył najwyraźniej go zamurowało, a moje serce zaczęło bić szybciej. Znajoma kelnerka powiedziała mi, że on pracuje tu już dłuższy czas, rozstał się 2 miesiące temu ze swoją dziewczyną (tą samą, dla której mnie zostawił) i teraz jest sam. Po kilku minutach przysiadł się do naszego stolika. Choć nadal drzemała we mnie złość na niego, że mnie tak po prostu "olał", to mimo wszystko serce nie przestawało mocniej bić. Pytał jak wygląda życie w USA, co u mnie słychać, itp., a kiedy tylko zostaliśmy sami przeprosił mnie za całą sytuację z początku roku i prawił komplementy. Wiedziałam, że siedząc przy stoliku i słuchając go zagłębiam się jeszcze bardziej w to uczucie, więc kiedy tylko dostał zamówienie i musiał wrócić do obowiązków szybko zabrałam koleżankę i wyszłyśmy z baru.

Obiecałam sobie, że już nigdy nie dam mu się omamić. Przypomniałam sobie o Michale, któremu oddałam już kawał swojego życia. Jednak o Robercie nie mogłam zapomnieć. Zasypiałam z jego twarzą w głowie, budziłam się i myślałam o nim... Po 2 dniach zadzwoniła do mnie koleżanka kelnerka: "Sylwia, czy mogę dać Robertowi Twój nowy nr telefonu? Ciągle mnie męczy, mówiłam mu, że masz chłopaka, ale nie odpuszcza...". Cóż miałam zrobić? Tak, powinnam powiedzieć, że nie. Nie potrafiłam. Tu błąd nr 2.

Po niedługim czasie dostałam SMS-a od Roberta z zaproszeniem na piwo. Biłam się z myślami pół dnia, kiedy w końcu odpowiedziałam, że przyjadę. Wiedziałam, że wpadam coraz głębiej, że on nie jest dla mnie... Ale cóż, emocje wzięły górę nad rozumem. Obiecałam sobie, że to ostatni raz. Porozmawiam z nim, wypiję piwo i po prostu wyjdę. Jednak los zrobił mi psikusa. Moja koleżanka kelnerka miała dzień wolny i kiedy barmanka nalewała mi piwo zauważyłam, że nie wzięłam portfela! Robert widząc tę sytuację powiedział, że zapłaci za mnie i że oddanie mu pieniędzy będzie przynajmniej wymówką na kolejne spotkanie...Tak więc umówiliśmy się na oddanie pieniędzy. Kolejne spotkanie z nim zakończyło się gorącym pocałunkiem. I tak się zaczęło...

Uzależniłam się od niego. Na początku naszych spotkań mimo ogromnej fascynacji nim, byłam bardzo ostrożna. Michał zaczynał już coś podejrzewać. Codzienne SMS-y ode mnie przychodziły coraz rzadziej. Robert coraz bardziej naciskał, abym w końcu rozstała się z Michałem. W końcu powiedziałam mu, że między nami koniec. Nie walczył, dowiedział się, że spotykam się z kimś innym...

Związek z Robertem z początku był bajką. Widywaliśmy sią prawie codziennie, pokazywał na każdym kroku, że bardzo mu zależy i że żałuje tego, co zrobił kilka miesięcy wcześniej. Wspólne pasje oraz poczucie humoru sprawiło, że czuliśmy się niezniszczalni. Pewnego wieczoru kiedy parę drinków zaczęło szumieć w głowie stało się, nasz pierwszy wspólny raz. Nie za bardzo go pamiętałam, ponieważ alkohol zrobił swoje. Jednak czułam się szczęśliwa. Udawałam, że nie słucham rad przyjaciół, którzy mnie przed nim znowu ostrzegali, zawsze odpowiadałam, że się zmienił, jest inny niż wcześniej.

Sielanka między nami trwała jeszcze około miesiąca, dopóki nie dowiedziałam się, że... jestem w ciąży. Tak, po naszym pierwszym razie zaszłam w ciążę! Lekarz tylko potwierdził moje przypuszczenia... Robert najpierw przeżył szok (zresztą tak jak ja), ale później nawet się ucieszył. Zaczęliśmy planować wygląd pokoiku dla dziecka, a nawet nasz ślub... Jednak Robert przestał być taki sam, jak na początku związku. Zaczął być coraz bardziej wulgarny, arogancki, a raz prawie mnie uderzył... W tym samym okresie ja straciłam pracę, potem przerwałam studia, bo nie stać było mnie na czesne. Moi rodzice żyli w separacji, więc w domu tez nie było kolorowo...

Robert pogarszał się niemal z dnia na dzień, zobaczyłam, że odzywa się w straszny sposób nie tylko do mnie, ale rownież do swojej matki, która miałam wrażenie, że się go po prostu boi... Podczas rozmowy z moją mamą zadała mi jedno pytanie: "Chcesz urodzić to dziecko?". Nie odpowiedziałam. Chciałam, ale coraz bardziej zastanawiałam się, co ja mu/jej dam? Nie mam pracy, mieszkam w okropnym mieszkaniu bez łazienki, sama nie dam sobie rady... Po głębszych przemyśleniach nasunęła się jedna odpowiedź: "nie..." Mama dała mi pożyczkę na aborcję. Spytałam Roberta, co o tym myśli, a on odpowiedział tylko, że to moja sprawa, co zrobię... Znalazłam lekarza, który wykonuje takie zabiegi, Robert obiecał, że odda mi połowę pieniędzy za zabieg. Stwierdził, że nie jest gotowy, żeby zostać ojcem. Już wtedy wiedziałam, że nie będzie dobrym ojcem, a ja tkwię w tym związku opartym na złudzeniach i wspomnieniach samego początku znajomości, a nie tego, co dzieje się teraz.

Tak więc zerwałam z Robertem. Nie miałam nawet ochoty już patrzeć na niego. Zbyt dużo przykrych rzeczy mi powiedział. O dziwo, ani nie płakałam, ani nie rozpaczałam, tylko poczułam, jakby spadł mi kamień z serca!!! Nadal jednak biłam się z myślami czy może jednak powinnam urodzić to dziecko. Do wyznaczonego dnia na zabieg został już tylko dzień. Zdecydowałam jednak:urodzę to dziecko! Zadzwoniłam do Roberta i powiedziałam mu, że nie idę na zabieg. Wtedy pokazał prawdziwą twarz. Powiedział mi, że jeśli tego nie zrobię to znienawidzi mnie i dziecko, zrobi mi krzywdę, że zaraz sam chyba wyskoczy z okna, że już się zdecydowałam, nie mogą cofnąć decyzji, że nie chcę abym była matką jego dziecka itp. Ta rozmowa zabił mnie psychicznie. Zadzwoniłam do mamy, która tylko potwierdziła to, że nie powinnam rodzić tego dziecka...

Tak wiec następnego dnia poszłam na zabieg... Pierwsze dni po zabiegu były w miarę znośne, starałam się myśleć pozytywnie. Jednak później nie potrafiłam nawet normalnie funkcjonować, ciągle myślałam o tym jak wielki błąd popełniłam. Płakałam całe dnie i noce. Zadzwoniłam do Roberta, aby powiedzieć mu, że go potrzebuję, że nie daję sobie rady, że muszę z nim porozmawiać, w końcu to było też jego dziecko. On tylko stwierdził, że pomógłby mi, ale ma za duży żal do mnie o to, że go zostawiłam i nie chce mnie widzieć...

Zostałam z tym sama. Mój świat się zawalił. Nie potrafiłam już normalnie żyć, codziennie obwiniając się za to co zrobiłam. Byłam totalnie załamana psychicznie. Jednak po wielu rozmowach z przyjaciółmi i rodziną postanowiłam wziąć się w garść .Znalazłam nową pracę. Rzuciłam się w wir pracy, czasem pracowałam nawet po 16 godzin. Robiłam wszystko, by tylko przestać o tym myśleć. Wolne dni spędzałam z najlepsza przyjaciółka, z którą czas mijał zawsze najlepiej. Rozumiałyśmy się bez słów, kochałyśmy jak siostry. Nadal żyłam trochę jak "robot", bo wydarzenia sprzed kilku tygodni ciągle za mną chodziły, nadal w każdą noc płakałam,ale żyłam spotkaniami z przyjaciółka.

Wszystko zaczęło małymi krokami wychodzić na dobrą drogę dopóki moja przyjaciółka nie oznajmiła mi, że... jest w ciąży. Możecie nazwać mnie zawistna, jakkolwiek. Mój świat wtedy runął. Już nie miałam siły na nic, straciłam sens życia. Byłam pewna, że to koniec. Garść silnych tabletek nasennych miała mi pomóc ukoić ból... Tak, chciałam się zabić. Obudziłam się dopiero w szpitalu. Obok mojego łóżka siedział... Michał.

Moje pierwsze myśli po obudzeniu ze śpiączki? "Nie...odratowali mnie....", Tak bardzo nie chciałam wtedy żyć. Cieszyłam się, że Michałowi zależy, że jest obok mnie, ale niestety nie czułam już wtedy tego co wcześniej.... Wyszłam ze szpitala, poszłam nawet dwa razy na terapię z psychologiem. Nie wiem, jak moja historia potoczyłaby się, gdyby nie kuzynka z USA. To ona wykupiła mi bilet na najbliższy lot, mama spakowała wszystkie rzeczy i wysłała mnie tutaj.

Od tamtych zdarzeń minęło już sporo czasu. Od pół roku jestem w USA, przyzwyczaiłam się do życia tutaj. Czasem tęsknota za Polską jest olbrzymia, lecz moja sytuacja materialna i psychiczna poprawiła się o 100%. Prawdziwym ciosem była wiadomość, że Robert zostanie tatą. Od maja jest z inną dziewczyna, wyrzekał się, że to tylko koleżanka i nie chce z nią być, jednak teraz chyba nie ma wyjścia. Są razem oficjalnie. Jeden komentarz - współczuję jej. Z drugiej strony to ja miałam zostać matką.

Staram się przestać obwiniać siebie, wiem, że nic mnie nie tłumaczy, ale ja naprawdę tak mocno tego żałuję... Gdybym tylko mogła cofnąć czas... Nigdy nie poszłabym na ten zabieg. Chociaż nie w luksusowych warunkach, ale miałabym swoje dziecko. Istotkę, którą kochałabym ponad wszystko... Moje relacje z facetami tutaj też nie są za ciekawe. Ciągle coŚ jest nie tak. Nie wiem czy to leży wciąż we mnie, ten strach. Może potrzebuję więcej czasu, jednak wiem jedno - nie chcę być już dłużej sama. Mam nadzieje, że i na mnie czeka ta druga połówka... I że moje dziecko, które będę kiedyś miała będzie najszczęśliwsze na świecie. Zrobię wszystko,aby tak się stało...
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji! 9 lata, 8 mies. temu #673

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Cierpię i ufam

Ostatnio bardzo często wracam myślą do swojego dziecka, któremu nie pozwoliłam żyć, i wyobrażam sobie, jakie by ono teraz było. Może by pozostało z nami? A ja nawet nie znam jego płci i nie mogłam go ochrzcić… Kiedy to w pełni do mnie dotarło, zaczęła mnie ogarniać coraz większa pustka wewnętrzna i coraz większa rozpacz, aż w końcu popadłam w depresję – i to bardzo głęboką, z której się nie mogę wyzwolić do dzisiaj. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że depresja może być aż tak wielkim cierpieniem dla człowieka. Musiałam się zgłosić do lekarza i rozpocząć specjalistyczne leczenie.

W wieku 34 lat miałam troje dzieci, bardzo interesującą, mocno mnie pochłaniającą pracę oraz pracowitego męża, który poza pracą zarobkową studiował jeszcze wieczorowo. Żyłam wtedy w wielkim pośpiechu, zapracowana od świtu do nocy. Z jednej strony praca zawodowa, przynosząca mi dużą satysfakcję i awanse, a z drugiej – opieka nad dziećmi (które dość dużo chorowały), gotowanie, sprzątanie itd. zabierały mi cały mój czas. I nagle, kiedy nasz najmłodszy synek nie miał jeszcze roczku, okazuje się, że jestem w ciąży. Ogarnęło mnie ogromne przerażenie, bo już teraz, przy trójce małych dzieci, brakowało mi trzeciej ręki. A co będzie przy czwartym? Aborcja?... Uczepiłam się tej myśli niczym ostatniej deski ratunku.

Nie ośmieliłam się nikomu powiedzieć, że chcę usunąć dziecko. Jednak to zrobiłam… Nie pozwoliłam żyć swojemu dziecku, które przecież było własnością nie moją, lecz Pana Boga… Kiedy wróciłam do domu po „zabiegu”, ogarnęło mnie uczucie wielkiej pustki. Wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobiłam, dręczyły mnie przez mniej więcej tydzień, później jednak moje sumienie przytłumiła praca zawodowa i trudności dnia codziennego. Nasze dzieci rosły, były dość samodzielne i po pewnym czasie uświadomiłam sobie, że na pewno znalazłoby się w naszej rodzinie miejsce dla jeszcze jednego dziecka. Ale ja, z tchórzostwa i wygodnictwa, nie pozwoliłam na to…

Czas, jak wiadomo, biegnie bardzo szybko. Ani się spostrzegliśmy, kiedy nasze dzieci porosły, ukończyły szkoły średnie i studia. W końcu wyfrunęły z domu i rozproszyły się po świecie. Zostaliśmy z mężem sami – ja z poczuciem wielkiej, przytłaczającej winy. Za każdym razem kiedy widzę małe dziecko – a dość część zaglądam do dziecięcych wózków – doznaję skurczów żołądka. To poczucie winy narastało we mnie wraz z upływem czasu; gdy przeszłam na emeryturę, stało się wręcz nie do zniesienia. Nigdy nie przypuszczałam, że będę tak bardzo cierpieć w starszym wieku wskutek aborcji, której się dopuściłam w młodości.

Ostatnio bardzo często wracam myślą do swojego dziecka, któremu nie pozwoliłam żyć, i wyobrażam sobie, jakie by ono teraz było. Może by pozostało z nami? A ja nawet nie znam jego płci i nie mogłam go ochrzcić… Kiedy to w pełni do mnie dotarło, zaczęła mnie ogarniać coraz większa pustka wewnętrzna i coraz większa rozpacz, aż w końcu popadłam w depresję – i to bardzo głęboką, z której się nie mogę wyzwolić do dzisiaj. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że depresja może być aż tak wielkim cierpieniem dla człowieka. Musiałam się zgłosić do lekarza i rozpocząć specjalistyczne leczenie.

To wszystko jednak nie jest takie proste, w pewnym momencie tworzy się z tego błędne koło. Wprawdzie wiem, że Chrystus odpuścił mi ten straszny grzech w sakramencie pokuty, a mimo to ja sama nie mogę go sobie odpuścić. Dlatego też odbyłam spowiedź generalną, skupiając się na tym najcięższym grzechu – na morderstwie. Spowiednik, widząc moją rozpacz, pocieszał mnie i doradził mi zwrócić się do Chrystusa, Jemu powierzając to moje dziecko, któremu nie pozwoliłam żyć. Zalecił mi również podjęcie duchowej adopcji innego nie narodzonego dziecka, które może się znajdować w zagrożeniu życia. Każdy, kto podejmuje duchową adopcję poczętego dziecka, zobowiązuje się do codziennego odmawiania jednej dziesiątki różańca św., co też czynię. Bo choć nie mogę w ten sposób przywrócić życia swojemu dziecku, to mogę swą wytrwałą modlitwą walczyć o każde ludzkie istnienie zagrożone aborcją. Mogę również szerzyć dobro, różnymi sposobami.

Wiem, że Boże miłosierdzie jest niewyobrażalne, że nie ma ono granic – jednak ogrom zła, które wyrządziłam, szczególnie mnie zobowiązuje do zadośćuczynienia. Teraz pozostaje mi już tylko pełna pokory modlitwa oraz czynienie dobra bliźnim za to swoje wcześniejsze przeciwstawienie się woli Bożej. Staram się tak postępować, lecz moje cierpienie spowodowane depresją nie mija. Nie wiem, kiedy się od tego uwolnię, mimo to całkowicie ufam Panu i głęboko wierzę w Jego miłosierdzie.

Cierpiąca matka
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji! 9 lata, 8 mies. temu #674

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Nie opuszcza mnie poczucie winy

Pod koniec studiów, a były to lata 70., przeżyłam bardzo boleśnie rozstanie z moim chłopakiem, który był moją pierwszą miłością i z którym chodziłam prawie 5 lat. Pewnego dnia oświadczył mi, że się zakochał, że nic na to nie poradzi i musi odejść. Zostałam sama, a był to czas, kiedy wszystkie moje koleżanki wychodziły za mąż.

Po wyjściu z depresji zaczęłam „żyć na nowo”, ale czyniłam to bardzo naiwnie i nieroztropnie – akademickie imprezy zakrapiane alkoholem, nieodpowiednie towarzystwo... Bardzo chciałam, aby ktoś mnie znów pokochał.

Związałam się z człowiekiem, który o mnie nie dbał. Kiedy zaszłam w ciążę, powiedział, że nic go to nie obchodzi. Znalazłam się w sytuacji (w ówczesnym moim przekonaniu) bez wyjścia. Dziś już wiem, że Bóg zawsze pomaga tym, którzy Mu zaufają i powierzą swój los. Wtedy jednak wiara moja była jeszcze bardzo słaba, wydawało mi się, że nie ma innego wyjścia, jak tylko aborcja. Na rodziców nie mogłam liczyć, choć byli w separacji, żyli w jednym mieszkaniu. Stwarzało to, nawet bez dodatkowych czynników, ciężką atmosferę. Nie było wtedy jeszcze domów samotnych matek, w każdym razie ja o nich nie słyszałam. W latach 70. ub. wieku aborcja była na porządku dziennym. Uznawano ją za oznakę nowoczesności i postępu. Moje wyrzuty sumienia zagłuszyła ostatecznie panująca wtedy ustawa (z 1956 r.) o dopuszczalności aborcji. Skoro obowiązuje takie prawo, to widocznie moje postępowanie nie jest takie złe, jest prawe... Nie dostrzegałam wtedy tego, że prawo Boże stoi ponad wszelkim innym prawem i tyko ono obowiązuje chrześcijanina. Niemniej jednak ta właśnie obowiązująca ustawa o aborcji była tą przysłowiową kropką nad „i”, która wpłynęła na moją decyzję.

Z przerwaniem ciąży nie miałam żadnych trudności, lekarz nawet nie starał się mnie odwieść od tego zamiaru, od razu dał skierowanie do szpitala. Po zabiegu czułam się bardzo źle psychicznie i przed nikim nie mogłam się wypłakać. Przez 3 lata nie chodziłam do spowiedzi, ze strachu. Bałam się, że nie zostanę rozgrzeszona.

Ale Bóg miłosierny nie pozostawił mnie samej sobie. Dziś rozumiem, że tylko dzięki Niemu poznałam uczciwego chłopaka. Po 2 latach pobraliśmy się. Na spowiedzi przedślubnej wszystko wyznałam w konfesjonale i nie spotkało mnie potępienie.

Jak każde małżeństwo chcieliśmy mieć dzieci. Przez ponad 3 lata cierpiałam psychiczne męki, nie mogąc zajść w ciążę. Coraz bardziej dotkliwie uświadamiałam sobie, co zrobiłam i jakie niesie to za sobą skutki. Ale i tym razem Bóg miłosierny wysłuchał moich modlitw i obdarzył mnie dziećmi. Urodziłam dwóch synów, ale kosztowało mnie to bardzo dużo trudu. Pierwszą ciążę donosiłam tylko dlatego, że leżałam, a i tak codziennie wydawało mi się, że nie doniosę ciąży. Po dziś dzień mój syn jest nieśmiały, zalękniony, ma kłopoty emocjonalne. Drugi syn urodził się już jako wcześniak, nie zdołałam go donosić, dużo chorował, ale obecnie jest zdrowy.

Choć minęły lata i znam już smak macierzyństwa, poczucie winy nie osłabło, wręcz się nasiliło. Kiedy patrzę na rozkoszne małe dzieciaczki, wyobrażam sobie, że nagle stają się martwe i robi mi się słabo. Myślę, że po dokonaniu aborcji poczucie winy nigdy nie opuszcza kobiety. Chociaż wierzę, że Bóg, który wszystkim skruszonym i pokornym przebacza, „grzech mój zawsze jest przede mną”.

Nadchodzące wybory mogą zrodzić ustawę o dopuszczalności aborcji. Mówi się, że i tak istnieje podziemie aborcyjne, i kto chce i tak z niego skorzysta, ale według mnie, prawne zezwolenie wywołuje u kobiet dużo łatwiejszą decyzję o zabiciu dziecka.

Pragnęłabym, aby wszystkie kobiety zrozumiały, że aborcja jest wielkim złem, że każde życie ludzkie jest święte i nikt nie ma prawa go niszczyć. Modlę się codziennie do Miłosierdzia Bożego i odmawiam różaniec za dzieci nienarodzone. Może kogoś to uratuje.



Małgorzata
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świadectwa cierpienia kobiet po aborcji! 9 lata, 8 mies. temu #675

  • Faustyna
  • ( Użytkownik )
  • Offline
  • Złoty forowicz
  • Posty: 272
  • Oklaski: 22
Leczenie poaborcyjnych zranień

Jestem matką siedmiorga dzieci. Troje urodziłam, a dla czworga stałam się miejscem śmierci… Chociaż wydarzyło się to dawno, bo ponad trzydzieści lat temu, i przygotowując się do Pierwszej Komunii Świętej najstarszego syna, byłam u spowiedzi i otrzymałam rozgrzeszenie, poranienie pozostało.

Przeżycia związane z aborcją schowałam bardzo głęboko, starając się o nich zapomnieć. To moje „zapomnienie” polegało tylko na tym, że nigdy i z nikim nie mówiłam o przerywaniu ciąży. Gdy słyszałam, jak inni poruszali ten temat, byłam pełna niepokoju, smutku i bólu. Mijały lata, dochodziły różne problemy życiowe, takie jak na przykład wyjazd z rodziną do Niemiec, troska o dorosłe już dzieci i wiele innych kłopotów.

Depresja... Leczenie psychosomatyczne trwało prawie dziesięć lat. Trzy razy byłam w sanatorium. Lekarze starali się mi pomóc, znaleźć przyczynę mojej choroby. Ja sama widziałam ją tylko w moich obecnych problemach. Zamknięty krąg, beznadzieja…

Przez wszystkie te lata moje życie duchowe polegało na tym, że tylko chodziłam do kościoła. Bałam się Pana Boga. Wydawało mi się, że jestem niegodna tam przychodzić. Tylko do Maryi miałam odwagę się zwrócić. Została moją powierniczką, do Niej zwracałam się z moimi problemami, ale sama niewiele robiłam.

Pewnego dnia, gdy byłam w Polsce, weszłam do księgarni katolickiej i na bocznym stoliku spostrzegłam Dzienniczek siostry Faustyny Kowalskiej, który natychmiast kupiłam. Zdziwiło mnie Boże Miłosierdzie! Zadziwiło i wywołało we mnie pragnienie doświadczenia Go – lecz moja dusza była głucha… Zaczęłam jednak odmawiać koronkę do Miłosierdzia Bożego. Uparcie i ciągle. Wynotowałam sobie wszystkie słowa Pana Jezusa zapisane przez św. Faustynę. Szczególnie głęboko poruszyły mnie słowa Pana Jezusa, które s. Faustyna zapisała w zeszycie piątym: „Córko moja, zachęcaj dusze do odmawiania tej koronki, którą ci podałem. Przez odmawianie tej koronki podoba mi się dać wszystko, o co mnie prosić będą… Napisz dla dusz strapionych: Gdy dusza ujrzy i pozna ciężkość swych grzechów, gdy się odsłoni przed oczyma jej duszy cała przepaść nędzy, w jakiej się pogrążyła, niech nie rozpacza, ale z ufnością niech się rzuci w ramiona mojego miłosierdzia, jak dziecko w objęcia ukochanej matki. Dusze te mają pierwszeństwo do mojego litościwego serca, one mają pierwszeństwo do mojego miłosierdzia” (Dz. 1541). Czytałam i płakałam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. I wtedy właśnie, kiedy wołanie: „Jezu, ufam Tobie!” stało się moim SOS, we wrześniu 1998 roku, odbyły się rekolekcje prowadzone przez o. Józefa Kozłowskiego z Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi wraz z zespołem ewangelizacyjnym „Mocni w Duchu”. Pomyślałam, że tylko Duch Święty może mnie oświecić. I tak się stało!

Z pragnieniem ponownego wyznania grzechów przeciwko życiu udałam się do konfesjonału, otrzymując dar: modlitwę uwolnienia od skutków grzechów. Nareszcie opadły moje okowy, zaczęłam rozumieć przyczynę mojej depresji. Zachwyciło mnie nieskończone, przebaczające Boże Miłosierdzie, którego przez tyle lat nie rozumiałam. Wreszcie wybaczyłam również sobie…

Przeżyłam Seminarium Życia w Duchu Świętym. Cotygodniowe spotkania w grupie modlitewnej z ludźmi, którzy otwierali swoje serca Jezusowi, aby w nich mieszkał i przemieniał je, dawały mi siłę. I już nie było pustki. Powróciła radość życia. Zostałam uzdrowiona z depresji. I znowu zadziwienie, że i mnie Pan uzdrowił! Lecz o swoich dzieciach, którym nie dałam żyć, myślałam coraz częściej i dziwna tęsknota trwała… Dzięki łasce, jaką jest kierownictwo duchowe, weszłam na drogę pokuty. Rozpoczęłam ją w 2000 r. – w Roku Jubileuszowym, roku szczególnej łaski. Trwała ona od dnia 2 lutego do 1 listopada.

W tym czasie podjęłam dziewięciomiesięczną adopcję duchową, którą nazwałam „Poczęcie Miłości”. Pomogła mi ona pokochać moje dzieci. Codziennie odmawiałam jedną tajemnicę różańca, jednocząc się z Maryją, Matką. Zapragnęłam, aby te dziewięć miesięcy było nowenną uwielbienia Boga Dawcy Życia, dlatego też codziennie rozważałam i obserwowałam rozwój dziecka w łonie matki. Wielbiłam Boga w genach, chromosomach, w każdej nowej komórce… Zachwyciłam się cudem i pięknem rozwoju nowego życia, ale w tym też czasie odczuwałam ból, który nazwałam „bólem prawdy o sobie”. Był mi on potrzebny, bo uczył mnie miłości. Rozmawiałam z Maryją o moich dzieciach i prosiłam Ją, aby przekazywała im moją miłość. Moje poranienie wewnętrzne było tak głębokie, że nie mogłam się do nich zwrócić bezpośrednio. Ale i to Pan we mnie uzdrowił. Pod koniec siódmego miesiąca mojej modlitwy miłości zapragnęłam wreszcie – i mogłam to pragnienie powierzyć Maryi – nadać swoim dzieciom imiona. Prosiłam Ją tak: „Widzisz, Mamo, z jakim pragnieniem jestem u Ciebie… Jakie to mają być imiona, przecież nie znam płci moich dzieci?… Zaradź, pomóż mi w tej sprawie, proszę”. Było to w przeddzień święta Matki Boskiej Częstochowskiej. Następnego dnia rano, tuż przed pracą, otworzyłam Pismo Święte, by pokrzepić się choć kilkoma zdaniami. Przeczytałam fragment z Księgi Daniela: „Spośród synów judzkich byli wśród nich Daniel, Chananiasz, Miszael i Azariasz. Nadzorca służby dworskiej nadał im imiona (…)” (1, 6-7). Z wielkim dziękczynieniem wybiegłam do pracy. Mogłam więc nadać imiona swoim czterem synom! Stało się to w dniu zakończenia mojej pokuty, w uroczystość Wszystkich Świętych.

W tym dniu zapragnęłam szczególnie podziękować Panu Bogu za dar życia. Otworzyłam się… Zaprosiłam rodzinę i wspólnotę na spotkanie do parafii w Polskiej Misji Katolickiej w Ludwigsburgu, gdzie na moją prośbę kapłan prowadzący mnie odprawił Mszę św. w intencji moich nienarodzonych dzieci, podczas której dziękowałam Panu Bogu za dar ich życia. Moje dzieci żyją, spotkam je, są osobami zmarłymi, a więc potrzebna jest Msza św. – tak czułam. Potem w kapliczce maryjnej, gdzie modliłam się w czasie pokuty, odbyło się nadanie imion moim dzieciom. Kapłan przeczytał Ewangelię o Zwiastowaniu Pańskim i wyjaśnił, co znaczy „chrzest pragnienia” dla osób nieochrzczonych w Kościele. Nastąpiła modlitwa uwielbienia i dziękczynienia, dzięki której otworzyłam się i wypowiedziałam swoje podziękowanie Bogu za dar drogi pokuty, a po niej nadałam kolejno imiona swoim dzieciom. Po raz pierwszy odezwałam się osobowo, prosto do ich serc. Zapalając świecę, mówiłam kolejno tak: „Synu, nadaję Ci imię Mateusz (Marek, Łukasz, Jan), wyznaję ci swoją miłość i proszę cię o przebaczenie”. Wieczorem na cmentarzu ze wzruszeniem i miłością zapaliłam 4 lampki jako znak ich życia.

Po przejściu drogi pokuty, która jest miłością – miłością do Boga Dawcy Życia i duchowym powiązaniem miłości z moimi dziećmi, weszłam na drogę służby życiu – poprzez krzewienie modlitwy duchowej adopcji dziecka poczętego i poprzez swoje świadectwo. To moje osobiste świadectwo sprawia ból nie tylko mnie samej, ale również powoduje „przebudzenie”. Tego doświadczam już siedem lat.

Cierpienie po grzechu przeciw życiu jest wielkie: wszyscy doradcy, współuczestnicy tego grzechu odchodzą, a matka zostaje sama z tym bólem do końca życia. O aborcji nie da się zapomnieć, ale – jest Jezus i Jego Miłosierdzie i Miłość. „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” – Jemu więc oddałam pod krzyżem wszystkie skutki swoich grzechów. Zaufałam i ufam. Pan prowadzi mnie na służbę życiu od poczęcia do naturalnej śmierci – a więc na wszystkich etapach życia, również ludziom poranionym z braku miłości, często już od poczęcia.

Matkom poranionym polecam to, co sama przeżyłam we wspólnocie, w Kościele:

– modlitwę do Ojca Niebieskiego o poznanie imion swoich nienarodzonych dzieci (również zmarłych na skutek poronienia, gdy tęsknota za nimi w sercach matek trwa) – On wezwał nas po imieniu i ma nasze imiona wyryte na obu swoich dłoniach;

– nadanie imion dzieciom;

– prośbę o przebaczenie i wyznanie swojej miłości nienarodzonym;

– uznanie ich za zmarłe osoby, zapalenie światła na cmentarzu;

– zamówienie dziękczynnej Mszy św. za poczęte życie jako znak miłości Boga i daru życia;

– podjęcie służby życiu.



Na koniec chcę przypomnieć słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, na które natrafiłam zaraz po zakończeniu swojej drogi pokuty. Są one dla mnie umocnieniem, potwierdzeniem tego, co dojrzało we mnie na drodze pokuty, są też moim drogowskazem na drodze służby życiu: „Szczególną uwagę pragnę poświęcić wam, kobiety, które dopuściłyście się przerwania ciąży. Kościół wie, jak wiele czynników mogło wpłynąć na waszą decyzję, i nie wątpi, że w wielu przypadkach była to decyzja bolesna, może nawet dramatyczna. Zapewne rana w waszych sercach jeszcze się nie zabliźniła. W istocie bowiem to, co się stało, było i jest głęboko niegodziwe. Nie ulegajcie jednak zniechęceniu i nie traćcie nadziei. Starajcie się raczej zrozumieć to doświadczenie i zinterpretować je w prawdzie. Z pokorą i ufnością otwórzcie się – jeśli tego jeszcze nie uczyniłyście – na pokutę: Ojciec wszelkiego miłosierdzia czeka na was, by ofiarować wam swoje przebaczenie i pokój w Sakramencie Pojednania. Odkryjecie, że nic jeszcze nie jest stracone, i będziecie mogły poprosić o przebaczenie także swoje dziecko: ono teraz żyje w Bogu. Wsparte radą i pomocą życzliwych wam i kompetentnych osób, będziecie mogły uczynić swoje bolesne świadectwo jednym z najbardziej wymownych argumentów w obronie prawa wszystkich do życia. Poprzez wasze oddanie sprawie życia, uwieńczone być może narodzinami nowych istot ludzkich i poświadczone przyjęciem i troską o tych, którzy najbardziej potrzebują waszej bliskości, ukształtujecie nowy sposób patrzenia na życie człowieka” (Jan Paweł II: Evangelium vitae, 99).

Z darem modlitwy

Wiesława Maria
Podniosłeś mnie, gdy brakło sił by dalej iść.
Okryłeś mnie, ciepłym płaszczem miłości swej...
Ufam słowom Twym Pragnę Twoją być Twoją być!
Wprost ze źródła pić miłości Twej...Nowa rodzę się.

Odp: Świdectwo 9 lata, 7 mies. temu #935

  • sylka1989
  • ( Moderator )
  • Offline
  • Administrator
  • Posty: 894
  • Oklaski: 36
Coraz więcej kobiet, nie tylko w Stanach Zjednoczonych przyznaje, że decyzja poddania się przez nie aborcji zmieniła ich życie i wywarła nieodwracalny wpływ na całą rodzinę: na ojca poczętego i następnie zabitego dziecka, rodzeństwo, a nawet dziadków. Publikujemy rzadkie świadectwo babci zabitego dziecka.

Mamo, jestem w ciąży

"Mamo, jestem w ciąży" to słowa, których nigdy nie spodziewałam się usłyszeć... A przynajmniej jeszcze nie teraz, nie od mojej nastoletniej córki Karen.

Była cichą, spokojną i miłą dziewczyną, świetną uczennicą szkoły średniej. Jak mogło do tego dojść? Co zrobiłam nie tak? Jej ojciec powiedziałby, że to był mój błąd!
Pojawiało się tyle pytań - i na żadne nie znajdowałam odpowiedzi.

Aborcja..? Był problem, który musiałyśmy rozwiązać. Chciałyśmy jak najszybciej pozbyć się "kłopotu" i powrócić do normalnego życia. Gdy chodzi o mnie, to postrzegałam tę sytuację podobnie do bólu zęba. Cierpisz na takowy? Idź do dentysty. on się tym zajmie i już wkrótce poczujesz się lepiej.
Miałam pieniądze, które udało się zaoszczędzić z nadgodzin. Wzięłam wolny dzień, aby zostać z Karen w domu. Razem wybrałyśmy się do kliniki aborcyjnej. Nigdy nie zapomnę smutnych oczu Karen, kiedy z poczekalni dla pacjentów przechodziła do gabinetu zabiegowego. Kilka innych babć, tak jak ja, oczekiwało na poddające się tzw. "zabiegowi" córki. Chciałam krzyczeć. że Karen została zgwałcona, że gdyby nie to, nie zaszłaby w ciążę, że ona jest dobrą dziewczyną! Jednak milczałam.

Jak gdyby wszystko było w porządku...
Nigdy więcej nie rozmawiałyśmy o tym dniu. Nigdy też nie powiedziałam o tym jej ojcu.
To jest już za nami. Zachowujemy się. jak gdyby wszystko było tak jak dawniej, jak gdyby wszystko było w porządku.
Karen zaszła w ciążę ponownie. Tym razem wyszła za za ojca dziecka. Pomimo początkowych trudności, nadrobiła szkolne zaległości i znowu była świetną uczennicą. W czerwcu ukończyła szkołę średnią. Moja wnuczka urodziła się w lipcu. Cóż to była za radość!

Dopiero po kilku latach wystąpiły u Karen koszmary nocne związane z wcześniejszą aborcją. Ja natomiast często odczuwałam dziwną pustkę, a nawet rozpacz. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, co przeżywa moja córka, gdyż nadal nie rozmawiała ze mną o swoich odczuciach. Ja też o nic nie pytałam.

Powoli, jak pączek róży, Karen zaczęła się otwierać. Płatki zaczęły się rozchylać, ujawniając potrzebę dzielenia się doświadczeniem aborcji z innymi ludźmi. Kiedy się o tym dowiedziałam, krzyknęłam do samej siebie: "O nie! Tylko nie to! Myślałam, że to już odeszło w przeszłość! Dlaczego ona wyciąga wszystko na światło dzienne? Co pomyślą o mnie ludzie?! Przecież to ja zaprowadziłam ją do kliniki aborcyjnej! Jak ona może mi to robić?!"
Nie wiedziałam, jaką męczarnię przeżywała Karen. Emocjonalne, duchowe i fizyczne wyczerpanie przygniatało ją. Jednak ja nadal najbardziej martwiłam się o siebie.
Tymczasem płatki róży wciąż się otwierały... Karen zaczęła udzielać wywiadów w chrześcijańskiej telewizji o "chorobie", która ją dotknęła, wystąpiła nawet w jednym z najbardziej znanych amerykańskich programów "Klub 700". Wygłaszała prelekcje w kościołach i na uniwersytetach, otwierając swoje serce przed ludźmi, którzy przeżywali podobne zranienia.

Syndrom poaborcyjny

"O nie, ja nie będę tego słuchała!.
Jeśli tylko będę unikała towarzystwa ludzi, zajmujących się obroną życia, wszystko będzie w porządku." - myślałam. Jednak któregoś dnia byłam sama w domu, a jedna z chrześcijańskich telewizji ponownie wyemitowała program o syndromie poaborcyjnym. W programie wspomniano o mojej Karen! Siedziałam w fotelu jak sparaliżowana, słuchając o nocnych koszmarach córki, o nadużywaniu przez nią alkoholu i narkotyków, a nawet o jej odczuciach samobójczych. Jakże mogłam być w tym wszystkim aż tak zajęta sobą? Zaczęłam głośno szlochać długo powstrzymywanymi łzami nad stratą własnego wnuka. W końcu w pełni pojęłam rozpacz, jakiej doświadczała moja ukochana córka. Tyle lat oszukiwania samej siebie! Wszystko wcale nie było w porządku! Przeszłość nie odeszła w zapomnienie! Nasze działania wywołują konsekwencje, z którymi musimy się uporać.
Pojednanie Karen i ja wybaczyłyśmy sobie wzajemnie. Znowu łączy nas zdrowa i piękna relacja matki z córką. Z czasem wybaczyłam również sobie...
Mam nadzieję, że "Historia matki Karen" dotrze do wielu osób, którym przyszło się zmagać z problemem niezamężnej, spodziewającej się dziecka córki. Pamiętajcie! MOŻECIE ocalić swojego wnuka! I możecie uniknąć straszliwych konsekwencji śmierci tego maleństwa.

za: "American victims of abortion"
tłum. Alicja Babkiewicz



ZAWRÓCIŁAM Z DROGI PIEKŁA

Przypadkowo natknęłam się u znajomych na Wasze pismo i czytając wyznania innych ludzi, przeżyłam wstrząs. Nagle uświadomiłam sobie, że moje przeżycia sprzed lat powinny wreszcie ujrzeć światło dzienne - może będą dla kogoś ostrzeżeniem? Nie podpiszę się imieniem i nazwiskiem, wstyd jest zbyt wielki, ale pragnę podzielić się z Wami najboleśniejszą częścią mojego życia.

"Rodzimy czy usuwamy?"
Jestem już starszą kobietą, przed emeryturą, z niemałym dorobkiem życiowym. Mam szczęśliwą rodzinę: męża, syna, wnuki, dobrą pracę, różne dobra majątkowe. Ale w głębi duszy stale towarzyszy mi wspomnienie tego, co się stało przed laty i dręczy, powracając ciągle na nowo. Moja pierwsza młodzieńcza miłość skończyła się wymuszoną zgodą na współżycie i niezaplanowaną ciążą. Oboje byliśmy na studiach, młodzi, zbuntowani. Co do swojego stanu upewniłam się dopiero w piątym miesiącu, więc za późno było na jakiekolwiek rozważania o aborcji. Poród i towarzyszące mu okoliczności, ludzie i przeżycia były tak straszne, że kiedy pół roku później zaszłam w ciążę po raz drugi, najbardziej ze wszystkiego bałam się powtórki tego, czego doświadczyłam w szpitalu.

Do tego doszedł wpływ wielu osób, a każda wydawała się na pozór życzliwa i zatroskana. Koleżanki i kuzynki ubolewały nad brakiem mieszkania, pieniędzy i "przerwą w życiorysie". Pani doktor ginekolog mówiła o świadomym macierzyństwie, obciążeniu dla organizmu "ciążą po ciąży", straszono mnie zażywanymi wcześniej lekami i w końcu usłyszałam, także od drugiego ginekologa, do którego poszłam, słowa: "Rodzimy czy usuwamy"? Jakbym miała zdecydować, czy wolę lody śmietankowe czy czekoladowe. Jeszcze miałam wątpliwości, wtedy mówiono mi o "płodzie", "zbitce komórek", możliwości, że drugie dziecko tak szybko po pierwszym będzie uszkodzone... Nie rozumiałam, że to oszustwo!

Mój młody towarzysz życia chciał najpierw skończyć studia, pisał pracę magisterską, do tego wynajmowaliśmy mieszkanie. Powiedział, że "chyba za wcześnie na drugie dziecko" i że decyzję pozostawia mnie. Czułam, że spoczywa na mnie straszliwa odpowiedzialność - za siebie, za żyjące i nienarodzone dziecko, za szczęście ukochanego. Jego rodzina nie była chętna do pomocy, a moja miała ciągłe pretensje o "zmarnowanie szans na karierę naukową" i życie "na kocią łapę". Unosiliśmy się ambicją i żalami, nie umieliśmy szukać wsparcia.

Nikt wówczas nie pokazywał zdjęć ani filmów o życiu dzieci w łonie matki, nie było dyskusji, książek, programów TV na ten temat, a w każdym razie ja na takie nie trafiłam. Nie miałam też szczęścia spotkać na swojej drodze ludzi, którzy by mnie powstrzymali, powiedzieli: "nie rób tego" albo przynajmniej: "masz inne wyjście". Cały świat był przeciwko mojemu dziecku i mnie - przerażonej matce. A przecież instynktownie czułam jakiś opór, tylko nie umiałam go uzasadnić. Najlepsza przyjaciółka poszła ze mną i ojcem mojego dziecka do gabinetu lekarza, który dokonał aborcji - za nasze pieniądze! Ale nie chcę przez to powiedzieć, że inni zawinili, nie ja. Owszem - dokonałam wyboru - nie dałam mojemu drugiemu dziecku szansy na życie.


Poaborcyjny koszmar

Zaraz po tym strasznym "zabiegu", jak to się ładnie nazywa, obudziły się we mnie koszmarne odczucia. Najpierw była to dziwna pustka i odrętwienie. Rozmyślałam: "Co ja zrobiłam"? Nie mogłam patrzeć na ukochanego mężczyznę, wzbudzał we mnie wstręt. Chyba obwiniałam go o to, co się stało, chociaż próbowałam odsuwać te myśli. Do dziś nie rozumiem, jak mogliśmy tak łatwo przekreślić własne dziecko. Co gorsza, patrząc na wcześniej urodzonego synka, zadawałam sobie stale pytania bez odpowiedzi o płeć, wygląd tamtego dziecka. Dlaczego temu pozwoliłam żyć, a tamtemu nie?

Po aborcji pojawiły się dolegliwości hormonalne, kilkakrotnie miałam przedłużające się do kilku tygodni menstruacje i lekarz nie umiał wyjaśnić ich przyczyn. Te objawy minęły, ale żal pozostał i rósł. Najgorsze, że nie byłam w stanie z nikim o tym rozmawiać. W tamtych czasach w ogóle nie chodziłam do kościoła i uważałam się za niewierzącą. Nie zdawałam sobie sprawy, że to, co przeżywam, to zespół poaborcyjny. Dopiero po latach pani psycholog, do której się zgłosiłam, wyjaśniła mi, co to za problem i że nie jestem żadnym wyjątkiem.

Mój stosunek do najbliższych wywoływał różne niesnaski, ze spokojnej i pogodnej osoby stałam się kłębkiem nerwów. Nawet wobec dziecka bywałam albo nadmiernie opiekuńcza, albo agresywna, jakbym miała pretensje, że ono żyje, podczas gdy tamto umarło. Albo jakbym bała się, że i ono umrze. Aborcja śniła mi się po nocach, budziłam się roztrzęsiona, od ukochanego usłyszałam, że powinnam iść do psychiatry, bo zaczynam wariować. Nigdy więcej nic mu nie powiedziałam na ten temat. Moja rozpacz rosła, gdy na ulicy dostrzegałam młode matki z wózkami albo kobiety w ciąży - mogłam być jedną z nich, ale wolałam zabić swoje dziecko!

W tym czasie mój partner zainteresował się inną kobietą, a ja też z zemsty zaczęłam go zdradzać. Stosowałam wówczas doustne środki antykoncepcyjne, które wywoływały różne dolegliwości układu pokarmowego i zaburzenia cyklu, powodując przy tym duży dyskomfort fizyczny i psychiczny. Wtedy nie łączyłam ze sobą pojęć "aborcja" i "antykoncepcja", ale teraz widzę, że stanowiły jakąś całość. U źródeł naszych, a głównie moich nieszczęść, leżał brak wiary w Boga, pycha i egoizm. Ale w tamtym czasie wydawało mi się, że jestem najbardziej nieszczęśliwą istotą na ziemi i nie ma dla mnie żadnej nadziei. Jednak nie było w tym pokory i skruchy, tylko bunt i kolejne przejawy pychy.

Przyszły dni, gdy uznałam, że nie warto żyć - przegrałam jako matka, partnerka, kobieta, poza tym mój związek, który był dla mnie najważniejszy na świecie, rozsypał się jak domek z kart. Postanowiłam popełnić samobójstwo. Zaplanowałam wszystko: sposób uśmiercenia się, wysłanie synka do dziadków na dwa dni, to, że byłam sama w domu. Gdyby mój ówczesny kochanek nie postanowił odwiedzić mnie akurat tego dnia, albo gdybym zostawiła drzwi zamknięte na zasuwkę, nie byłoby mnie na tym świecie.

Odratowano mnie i znalazłam się w szpitalu psychiatrycznym. Tam nikt nie wziął pod uwagę tego, co mówiłam o moim utraconym dziecku. Pewnego dnia spytałam lekarza, dlaczego zapisuje różne moje słowa, a tych o aborcji nie? Odpowiedział, że "skrobanka nie może być przyczyną takiej depresji" i że powinniśmy się skupić na moich relacjach "z rodzicami i mężczyznami". Nie rozumiałam wtedy, że po raz kolejny jestem oszukiwana, ale czułam, że te rozmowy nic nie dają.


W przeraźliwej pustce
Wypisano mnie i wróciłam do pustego mieszkania, bo synkiem zajęli się rodzice. Kochanek ani pierwszy ukochany nawet mnie nie odwiedzili. Czułam się jak zmęczona staruszka i nie wiedziałam, co ze sobą robić. Potem nastąpiło kilka dziwnych i strasznych lat. Miotałam się między rozpaczą a pragnieniem zapomnienia. Dawny ukochany założył nową rodzinę, potem rozwiódł się i ponownie ożenił. Ja bałam się samotności i wpadłam w kolejny bezsensowny związek z mężczyzną, który okazał się przestępcą. Z nim także zaszłam w ciążę i - jakbym nie pamiętała o poprzednich strasznych przejściach - także ją usunęłam. Zorientowałam się późno, a może podświadomie zwlekałam z decyzją, ale i ten partner nie chciał dziecka, dość szybko znalazł ginekologa, który podjął się wykonać "zabieg" w dwunastym tygodniu ciąży!

Żyłam jakby w okropnej pustce, wszystko wydawało się bez znaczenia i niewyraźne, nawet cierpienie. Tak musi wyglądać droga do piekła. Życie uważałam za ciąg pomyłek, sądziłam nawet, że dobrze robię usuwając ciążę, bo przecież nie nadaję się na matkę, nie umiem stworzyć normalnego związku i domu. Ojciec dziecka też według mnie nie nadawał się na ojca, był kłamcą - oszukał mnie, że jest bezpłodny, żebym zgodziła się na współżycie. Potem okazało się, że chciał w ten sposób uniknąć stosowania prezerwatyw. Ja miałam tak zniszczoną wątrobę i nerki, że nie mogłam brać "pigułek", a spirala, żele i kapturki nie wchodziły w grę z powodu zaawansowanej nadżerki i tendencji do krwotoków.

Tak więc mój partner zapewnił sobie komfort w łóżku kosztem mojego zdrowia i życia naszego dziecka. Z bólem to piszę, ale decydując się po raz drugi na aborcję, nawet nie czułam żalu, tylko złość i strach. Związek oparty na kłamstwie i rozpaczy nie mógł dać mi siły, więc tym bardziej nie chciałam z niego dzieci.
Podobno każdy ma to, na co zasłużył, więc i ja miałam wtedy mężczyznę, który odpowiadał mojemu poziomowi degrengolady moralnej. Oszukiwał w wielu sprawach, potem dowiedziałam się, że kradnie i handluje skradzionymi rzeczami. Żyliśmy hałaśliwie, alkohol, narkotyki, huczne imprezy - wmawiałam sobie, że nie chcę być sama, a może było mi wszystko jedno? Zaczynając ten romans nie wiedziałam, jaką cenę przyjdzie za niego zapłacić. Młode dziewczęta często nie zdają sobie sprawy, jak bezwzględni potrafią być mężczyźni nie kochający naprawdę, zdecydowani tylko uwieść, wykorzystać kobietę. Tacy nigdy nie chcą wziąć odpowiedzialności za rodzinę, za życie dziecka, które spłodzili - uważają je za wynik błędu, nieostrożności, czy "pech", jak to określił mój partner.

Ta sytuacja może stanowić dowód na to, że gdy się zaczyna kwestionować jedno przykazanie, bardzo łatwo zakwestionować następne, może nawet wszystkie. Od życia bez ślubu z mężczyzną, czyli przekreślenia "nie cudzołóż", omamiona złudzeniami na temat miłości i wolności, łatwo przeszłam do złamania przykazania "nie zabijaj". Pożycie z przestępcą i stan pustki, zniechęcenia, jakie po tym czułam, owocowały coraz silniejszym wstrętem do siebie i powracającymi myślami samobójczymi.

Chaos, zagubienie, oszustwa, przekleństwa, seks bez głębszych uczuć - przez kilka lat to akceptowałam. Chyba nie wierzyłam, że zasługuję na coś lepszego i nieświadomie pragnęłam zniszczyć, ukarać się do końca, dokończyć to, co zaczęłam podczas próby samobójczej. Aż dziwne, że byłam zdolna do takiego zepsucia, a raczej do takiej obojętności moralnej, jakby sumienie we mnie uschło, a może nawet wszelkie głębsze uczucia. Aż zobaczyłam, że synek przejmuje pewne zachowania mojego partnera i zaczęłam się o niego bać - wtedy zerwałam ten chory układ. Resztki odpowiedzialności uchroniły mnie przed ostatecznym upadkiem i zniszczeniem życia mojego syna.

Nawrócenie
Nie wiem, jakim cudem udało mi się szybko rozstać z przestępcą, znaleźć uczciwą pracę i dach nad głową. Może to wynik modlitw mojej cioci, która jako jedyna w rodzinie wierzyła we mnie, a może modlitw innych osób, które dobrze mi życzyły, czy wstawiennictwa zmarłych? Albo interwencja któregoś ze świętych? Nie wiem, chociaż mam pewność, że nie zasłużyłam na pomoc, a jednak mi ją dano. Łaska jest czymś niepojętym. Ale nie było mi łatwo i pokusa samobójstwa często powracała. Gdy zostałam sama, byłam wrakiem człowieka, pod względem i fizycznym, i psychicznym. Nie potrafię opisać dokładnie moich przeżyć, powiem tylko, że żyłam w piekle, i trwało to wiele lat. Aż przed jedną z Wielkanocy nie mogłam sobie znaleźć miejsca i w końcu trafiłam do kościoła. W potwornym strachu, niepokoju, ale z jakimś wewnętrznym przymusem poszłam do spowiedzi. Najpierw po to, żeby porozmawiać z kimś, kto mnie nie zna. Nie wiem, co czuł ksiądz spowiadający mnie, bo przecież od pierwszej komunii nie chodziłam do kościoła, aleja cały czas płakałam, a chwilami nie mogłam mówić.

I tak się zaczęło moje nawrócenie. Zobaczyłam po pewnym czasie, że podłożem większości moich grzechów była straszna pycha: to, że chciałam sama o wszystkim decydować i uważałam, że mam do tego prawo. O tym, co jest dobre, a co złe, co mogę robić, a czego nie, o życiu i śmierci mojej i moich dzieci. Nawet zgoda na te wszystkie oszustwa dotyczące "miłości", sposobu życia i aborcji, łapanie się na lep uwodzicieli i osób zainteresowanych, żebym postąpiła w taki właśnie sposób, było związane z pychą. Nie chcę oceniać udziału innych ludzi, niech Bóg im wybaczy, ale czasem wraca do mnie wielki żal. Dlaczego nie byłam mądrzejsza, uczciwsza, czystsza? Dlaczego musiałam zaznać tych okropności i skazać na śmierć dwoje swoich dzieci? Co się z nimi teraz dzieje? Czy mój grzech może być wybaczony? Dręczyło mnie to latami i jeszcze czasem wraca.

Mam wrażenie, że w sytuacjach, gdy ludzie stają przed tak dramatycznymi decyzjami, zło skupia wszystkie swoje moce, żeby zaciemnić ich wybór, zafałszować obraz rzeczywistości, omamić. Świadomość nieodwracalności swojego czynu i bezradność rodzi poczucie winy, może zniszczyć nadzieję i godność, świadomość własnej wartości i naprawdę łatwo doprowadzić do załamania i samobójstwa.

Kiedyś trafiła mi w ręce cienka broszurka autorstwa ojca Salija o tym, czym jest aborcja. Wtedy z całą wyrazistością zobaczyłam obrzydliwość mojego grzechu i dotarło do mnie w głębszy sposób, co zrobiłam. Ale to, co wcześniej pchnęło mnie do samobójstwa, wówczas przyniosło coś nowego: pokorę. Chciałam jakoś wynagrodzić, odpokutować ten grzech, ustrzec przed nim inne kobiety i mężczyzn, jednak wiedziałam, że to niemożliwe. Czułam osamotnienie, może znów wpadłabym w rozpacz, gdyby nie łaska Boża. Gdy podczas którejś spowiedzi po raz kolejny skarżyłam się na poczucie bezsensu i na to, że grzech aborcji jest zbyt wielki, by mógł być przebaczony, wówczas ksiądz doradził mi rekolekcje.

Tam uświadomiłam sobie, że znów grzeszę pychą, bo przecież Miłosierdzie Boga jest większe od moich grzechów. Poza tym zrozumiałam, że byłam nie tylko sędzią i katem moich dzieci, ale także ofiarą. Ofiarą tego nieludzkiego systemu, który pozwala na oszukiwanie matek lub żerowanie na ich strachu i samotności oraz na mordowanie nienarodzonych dzieci w majestacie prawa. Były dni, kiedy chciałam wyjść na ulicę i krzyczeć; "Oddajcie mi moje dzieci"! Czasami nie chciało mi się żyć.

Ale Dobry Pasterz znalazł dla mnie pocieszenie i pokazał, że mam do spełnienia swoje zadanie jako matka żyjącego dziecka i że mogę przez modlitwę i duchową adopcję pomóc innym dzieciom zagrożonym aborcją. To niesie ukojenie, chociaż czasem zdarza mi się płakać na myśl o przeszłości. Bóg jest jednak litościwszy niż sądzimy, daje łaski nawet najpodlejszym grzesznikom. Mnie w jesieni życia dał poznać prawdziwą miłość człowieka. Spotkałam kilkanaście lat temu mężczyznę dobrego, szlachetnego, także nawróconego po latach życia w sekcie i zwątpieniu. Wzięliśmy ślub w kościele i jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, doświadczającym mocy sakramentu i Ducha Świętego. Wreszcie uwierzyłam, że mogę kochać i być kochana. Mój syn nazywa mego męża ojcem. Mąż zna całą prawdę o mojej przeszłości, chociaż bałam się, że wyznanie jej zakończy naszą znajomość. A jednak zaakceptował mnie jako przyszłą żonę pomimo tylu strasznych upadków.


"Płakałyśmy obie"
Czasami z wielką obawą myślę o Sądzie Ostatecznym, na którym mogą mnie oskarżać moje własne nienarodzone dzieci, ale ratuje mnie ufność w Miłosierdzie Boże. Ciężkim cierpieniem i krzyżem była dla mnie wiadomość, że już nie będę mogła mieć dzieci - oboje z mężem pragnęliśmy dziecka, ale widocznie Bóg uznał, że nie dostanę więcej takiej szansy, gdy dwa razy samowolnie z niej zrezygnowałam. A może to po prostu konsekwencja problemów zdrowotnych i wieku, bo pobraliśmy się, kiedy miałam trzydzieści kilka lat?

Wstrząsem była dla mnie wiadomość po ślubie syna i urodzeniu pierwszej wnuczki, że moja synowa także przeszła aborcję jako nastolatka. Zwiedziona przez kolegę z liceum rzekomo "pewną skutecznością" prezerwatyw i pigułek plemnikobójczych, zaszła w ciążę pomimo ich stosowania. Przemysł produkujący te środki żeruje na głupocie i naiwności młodzieży. Synowa bała się kpin i kłopotów, wyrzucenia ze szkoły, złej opinii i gniewu rodziców, dlatego łatwo uległa namowom chłopaka, który zdobył skądś pieniądze i wszystko "załatwił". O niczym nie powiedziała nawet swojej matce. Kiedy mi to opowiadała, płakałyśmy obie.
Słuchając jej historii myślałam, jak niewiele brakowało, by uratować nas obie przed wyborem śmierci. Jedno słowo rzucone w porę mogło powstrzymać zło, ale nikt go, niestety, nie wypowiedział. Moja synowa przeżywała podobne wątpliwości, depresje i zniechęcenie, jak kiedyś ja, ale wiara w Boga, skrucha, modlitwa i szczęście małżeńskie - mam nadzieję - uleczają ze smutku.
Nie powiedziałam ani mojemu synowi, ani jego żonie o tym, co kiedyś zrobiłam - nie potrafiłam się na to zdobyć. To też pokazuje, jak strasznym czynem jest aborcja, przekreślająca coś tak podstawowego, jak prawo do życia i macierzyństwo - naturę kobiety. Czy mój syn mógłby mnie nadal kochać i z pełnym zaufaniem powierzać własną dwójkę dzieci wiedząc, że odebrałam mu rodzeństwo? Zawsze narzekał, że jest jedynakiem. Boję się, że wyznanie prawdy o aborcji całkowicie odmieniłoby jego stosunek do mnie. Swojej żonie współczuł i wybaczył, ale matkę każde dziecko chce chyba widzieć jako czystą, uczciwą i kochającą, troskliwą i opiekuńczą, a nie gotową zabić swoje potomstwo. Zresztą ksiądz i pani psycholog radzili, bym nie obciążała psychiki syna swoimi przejściami.

Niedawno rozmawiałam na ulicy z pewną młodą feministką, która broniła "prawa" kobiet do aborcji. Nie przyjmowała żadnych argumentów, aż spytałam, czy rozmawiała kiedyś z osobą pragnącą odebrać sobie życie właśnie z powodu aborcji? Odparła, że nie, bo takich kobiet nie ma. Ja na to, nie zastanawiając się, rzuciłam jej słowa, które wyrwały mi się prosto z serca: "Właśnie rozmawia pani z jedną z takich kobiet i raczej broni pani swojej wcześniejszej decyzji o poddaniu się aborcji niż prawdziwej wolności wyboru. Wybór jest wtedy, gdy zna się jego skutki. I nie mówmy, że zabijanie to prawo kobiet". Nie wiem, co mną kierowało, ale efekt był zaskakujący: moja rozmówczyni pobladła i uciekła, a na jej twarzy była panika, bo nagle ujawniłam jej tajemnicę, prawdziwe motywy.


Bóg daje wybaczenie
Nikt nie chce czuć się gorszy, wolimy usprawiedliwiać swoje czyny, dlatego kobieta po aborcjach wyśmiewa często ciężarne albo rodziny wielodzietne, oburza się na rzekomą "bezmyślność", "zacofanie" itp. To są pewnie także niektóre źródła fałszywego feminizmu, pielęgnowania postawy pogardy albo roli skrzywdzonej ofiary, niechęci do mężczyzn. To jak "fala" w wojsku: zło jest mściwe i zakaźne, przenosi się na kolejne pokolenia. Znam to wszystko, sama miewałam te uczucia. A jednak Bóg pozwala nam niekiedy zobaczyć całą prawdę o sobie i daje wybaczenie - tylko On, żaden lekarz, psycholog, psychiatra, kochający krewny, przyjaciel nie ma tej mocy. Oni mogą być tylko narzędziami Boga. Tego wybaczenia Boga też doświadczyłam i sama próbuję wybaczać:

• mężczyznom, którzy lekkomyślnie spłodzili ze mną dzieci, a potem ich nie chcieli i nie walczyli o ich życie, bo pragnęli tylko "pozbyć się kłopotu", przeszkadzającego w przyjemnościach i wygodach
• lekarzom, którzy nie powiedzieli mi prawdy o tym, czym jest aborcja i jej skutki, ale za pieniądze chętnie zaoferowali zabicie moich dzieci, a nawet namawiali do tego
• położnym, pielęgniarkom i lekarkom ze szpitala, gdzie w nieludzkich warunkach i atmosferze obozu koncentracyjnego rodziłam pierwsze dziecko, co spowodowało uraz i lęk przed następnym porodem
• autorom ulotek i artykułów reklamujących środki antykoncepcyjne, wcale nie tak skuteczne, jak się często wierzy
• koleżankom namawiającym do ich stosowania, a potem do "zrobienia skrobanki" jak do jakiejś zwyczajnej, normalnej i słusznej metody "rozwiązującej ten problem"
• sąsiadkom i rodzinie - plotkującym, patrzącym obojętnie i niechętnie na trudności młodej pary z jednym małym dzieckiem i drugim "w drodze"
• księżom, i tak zwanym wierzącym, którzy za mało albo nieprzekonująco mówili o takich sprawach w czasach mojej młodości
• właścicielom wynajmowanego mieszkania, którzy nie chcieli słyszeć o małych dzieciach
• sobie - głupiej, naiwnej, zagubionej, bezradnej egoistce, pełnej strachu i zarozumiale pewnej swojego "prawa" do wolności decydowania o odebraniu życia człowiekowi: własnemu dziecku, sobie samej.

Grzech to naprawdę jest śmierć - doświadczyłam tego w najgorszy z możliwych sposobów, zgadzając się na zabicie moich dzieci i próbując samobójstwa. Grzech prowadzi do pragnienia i zadawania śmierci, do umierania fizycznego i duchowego. Pani psycholog w wieku mojej synowej, do której zgłosiłam się kilka lat temu za namową męża, po kilkudziesięciu latach od aborcji wyprowadziła mnie z depresji i ciągłego poczucia winy. Powiedziała mi kiedyś, że człowiek potrzebuje czegoś większego od siebie, żeby mieć jakąś perspektywę, jakiś punkt odniesienia i oparcia. Dopiero niedawno zrozumiałam te słowa w pełni. Znalezienie Boga pozwoliło mi zobaczyć ogrom moich grzechów i ogrom dobroci Boga, Dawcy Życia, który nie chce karać i niszczyć, ale pragnie ratować grzeszników.

Proszę wszystkich, którzy to czytają, nikomu nie doradzajcie aborcji, nie bądźcie milczący lub obojętni, gdy słyszycie takie propozycje. Ale ważne jest też coś więcej, co dotyczy wszystkich ludzi. Nie reagujcie oburzeniem, złością, ironicznymi uwagami, śmiechem, szyderstwem i pogardą, zniecierpliwieniem, kiedy usłyszycie, że jakaś kobieta spodziewa się dziecka. Nawet jeśli jest bardzo młoda lub starsza, bez męża, niewierząca, chora, bez środków do życia, nawet gdy wydaje się wam głupia i nieodpowiedzialna, za mało poważna na matkę. Może traktując ją życzliwie, wyrozumiale, ocalicie czyjeś życie?

Skruszona Babcia
Wieczny odpoczynek racz im dać Panie a światłość wiekuista niechaj im świeci, a dusze wiernych zmarłych niech odpoczywają w pokoju szczególnie tych co z nikąd nie mają pomocy Amen

Maria Simma

Dusze czyśćcowe mówią, że wielu ludzi dostaje się do piekła, ponieważ za mało ludzi modli się za nich. Przez odmawianie rano i wieczorem poniższej modlitwy odpustowej, wiele dusz uratować można przed potępieniem. Simma widziała pewnego razu takie dusze, których losy ważyły się między piekłem i czyśćcem.

O Najłaskawszy Jezu, miłośniku dusz, błagam Cię przez konanie Najświętszego Serca Twego i przez boleści Matki Twej Niepokolanej, obmyj we Krwi swojej grzeszników całego świata, którzy teraz konają i dziś jeszcze umrzeć mają. Serce Jezusa konające, zlituj się nad konającymi. Serce Maryi pod krzyżem omdlewające, módl się za umierającymi. Amen





Strona o Czyśćcu bardzo polecam i zapraszam ;

czysciec.npx.pl/news.php
Ostatnio zmieniany: 9 lata, 7 mies. temu przez Faustyna.
  • Strona:
  • 1
Wygenerowano w 3.38 sekundy